Shape of Water, The
Kompozytor: Alexandre Desplat
Rok produkcji: 2017
Wytwórnia: Decca
Czas trwania: 76:23 min.

Ocena redakcji:

Kształt wody

„…Desplat wyciąga tu z instrumentów maksimum możliwości…”

Guillermo del Toro jest jednym z tych reżyserów, którzy ciągle potrafią zaskoczyć, jednocześnie zachowując swój własny styl. Meksykanin od zawsze był zafascynowany baśniami i horrorami, wypełniając znany nam świat potworami oraz zjawiskami nadnaturalnymi. Tak było w „Hellboyu”, w „Labiryncie fauna” i tak jest w jego ostatnim filmie – „Kształt wody”. I jest to kolejne połączenie baśni, melodramatu, thrillera szpiegowskiego oraz (do pewnego stopnia) dramatu społecznego. Mamy niemą sprzątaczkę, jej sąsiada malarza, naukowców, antypatycznego wojskowego oraz tajemnicze monstrum – torturowane, bite i poddawane eksperymentom. Ten miks powinien się rozsypać, ale reżyserowi udaje się to wszystko utrzymać w ryzach, mieszając wszelkie możliwe emocje. I przy okazji zgarnął masę nagród z Oscarami i Złotym Lwem z Wenecji na czele.

Jeden ze Złotych Rycerzy trafił do odpowiedzialnego za muzykę Alexandre’a Desplata. Wybór o tyle zaskakujący, że Francuz wcześniej z del Toro nie pracował (potem jednak panowie spotkali się przy serialu „Łowcy trolli” oraz zbliżającym się „Pinokiu”) i nie miał do czynienia z takimi gatunkowymi hybrydami. Jak zachować w takim wypadku spójność muzyczną? Czy może tylko skupić się na jednym aspekcie, ignorując całą resztę? Oto są pytania, na które odpowiedzią wydaje się to pierwsze rozwiązanie.

Całość ilustracji zbudowana jest na trzech motywach, stanowiących jej fundament: naszej protagonistki (Elisa), stwora – opisanego w napisach końcowych jako Człowiek-amfibia – oraz zmieniającej się relacji między nimi. Najbardziej zadziwiające jest tutaj instrumentarium, a właściwie nietypowe jego połączenie. Z jednej strony mamy fortepian, akordeon (przypisany monstrum) i harfę, ale z drugiej szklaną harmonijkę (imitacja gwizdania) oraz coś, co Anglosasi nazywają waterphonem (instrument smyczkowy lub perkusyjny zawierający korpus z nierdzewnej stali, przymocowany mosiężnymi prętami, w środku którego znajduje się odrobina wody zmieniająca brzmienie). Ten kolaż dźwięków tworzy aurę tajemnicy i liryzmu, ale też odrobiny mroku („The Shape of Water”).

Temat potwora pojawia się pierwszy raz w „The Creature” i polany jest przez mroczny ton. Krótki pięcionutowiec początkowo brzmi niepokojąco, wręcz agresywnie (nawet troszkę przypomina temat rekina ze „Szczęk”), w czym pomagają wplecione flety – jedyne dęte drewniane wykorzystane tu przez maestro. Jednak z czasem oraz kolejnymi fragmentami ta nieprzyjazna atmosfera zaczyna słabnąć.

Z kolei temat Elisy pochodzi jakby z drugiego bieguna – jest zwiewny, bardzo delikatny i ciepły. To spora zasługa fletów oraz cymbałków, a także niemal płynących smyczków. Motyw najpierw wybrzmiewa na akordeonie, który następnie zastąpują skrzypce i fortepian. Te dźwięki mówią bardzo wiele o postaci: wrażliwej, samotnej, wykluczonej. A pojawiający się akordeon opisuje jej relacje z tajemniczą istotą.

Większość muzyki Francuza to wariacje każdego z tych tematów, które różnią się od siebie tonem, tempem oraz aranżacjami. W „Fingers” temat Człowieka-amfibii brzmi odrobinę komediowo, grany przez tykające perkusjonalia oraz flety, by w drugiej połowie utworu wejść w lekko orientalne, ponure rewiry wzięte z kina grozy. Z kolei „Elisa and Zelda” to motyw bohaterki w rytmie walczyka, zdominowany przez akordeon.

Trzeci temat, miłosny, łudząco przypomina temat Elisy, przynajmniej aranżacyjnie (harfa, akordeon). Początkowo jednak pojawia się w nim więcej niepokoju oraz elementów mroku (początek „The Silence of Love” czy niepokojące „Egg” ze śliczną partią fortepianu w środku). Dopiero z czasem potrafi rozkwitnąć („Underwater Kiss” z poruszającym solo skrzypiec czy „Overflow of Love”). Desplat wyciąga tu z instrumentów maksimum możliwości, aby przekonująco przekazać emocje tej nietypowej pary.

Wspomniałem już, że film ma pewne elementy kina szpiegowskiego i to też musiało zostać podkreślone w muzyce. Pojawia się więc budujący napięcie underscore, który jest związany z dwoma postaciami: demonicznym pułkownikiem Stricklandem oraz doktorem Hoffstetlerem, który ma swój ukryty cel. Tutaj Francuz korzysta z fletów, powolnych skrzypiec i perkusji. Niepokój ten objawia się już w „Fingers”, by przebić się potem w „Spy Meeting”, „Five Stars General” czy „This Isn’t Good”. Ale prawdziwym popisem w tej dziedzinie jest ponad 10-minutowe „The Escape”, opisujące kulminacyjny moment filmu. Tutaj nastrój zmienia się jak w kalejdoskopie: od nerwowych dźwięków skrzypiec i rytmicznych wiolonczel, przez podbijający dramaturgię fortepian oraz intensyfikację reszte elementów, w które wplatane są tematy obojga naszych bohaterów. W tle przebija się jeszcze harfa, a także flety. Z każdą minutą coraz bardziej czuć podnoszące się napięcie, zaś rytm może budzić skojarzenia z „Autorem widmo” lub „Godzillą”. Prawdopodobnie to najbardziej dynamiczny utwór w karierze maestro.

A im bliżej finału, tym Desplat coraz bardziej angażuje emocjonalnie, co pokazują cztery ścieżki. „Overtone of Love” jest bardzo liryczną wersją tematu głównego, rozpisaną na fortepian, smyczki, flet i akordeon. Trop ten kontynuuje bardziej wyciszone, przynajmniej na początku, „Without You”, z delikatnym wstępem na flet i harfę, nabierające iście hollywoodzkiego rozmachu. „Rainy Day” idzie już bardziej w mroczniejsze, typowo horrorowe klimaty, a całość wieńczy „A Princess Without a Voice”, czyli temat Elizy poprowadzony przez fortepian, skrzypce i flety, tworzące razem iście baśniową mieszankę.

Reżyser wykorzystuje także w paru miejscach piosenki, które zostały wrzucone na sam koniec albumu. Ten prosty zabieg nie wywołuje dezorientacji, ani nie psuje budowanego przez score nastroju. Chociaż jest jeden wyjątek od tej reguły, czyli „You’re Never Know” z filmu „Hello, Frisco, Hello”, rocznik 1943. Utwór dostał nową aranżację (jest też wersja alternatywna), a wykonuje ją w jazzowym style znakomita Renee Fleming. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że artystka jest śpiewaczką operową. Oprócz tego mamy elegancki cover Serge’a Gainsbourgha w wykonaniu Madeleine Peyroux, nieśmiertelny klasyk Maxa Steinera z filmu „A Summer Place”, swingującego Glenna Millera, szybkie i egzotyczne „Chica Chica Boom Chic” i oparte na gitarze oraz perkusjonaliach „Babalu”.

Jak Desplat to robi, że potrafi połączyć tak skrajne elementy w spójną, angażującą oraz fantastycznie brzmiącą muzykę? „Kształt wody” to zdecydowanie jedna z jego najlepszych prac w karierze, świetnie sprawdzająca się na ekranie oraz dająca masę frajdy poza nim. Niektórzy nazywają to magią, wznoszącą kompozycję ponad zwykłą, rzemieślniczą robotę. W pełni zasłużona statuetka Oscara oraz bardzo mocne cztery (a za album nawet cztery i pół) nutki ode mnie. Do tej płyty będę wielokrotnie wracał.

Autor recenzji: Radosław Ostrowski
  • The Shape Of Water
  • You'll Never Know – Renee Fleming
  • The Creature
  • Elisa's Theme
  • Fingers
  • Spy Meeting
  • Elisa And Zelda
  • Five Stars General
  • The Silence Of Love
  • Egg
  • That Isn't Good
  • Underwater Kiss
  • The Escape
  • Watching Ruth
  • Decency
  • He's Coming For You
  • Overflow Of Love
  • Without You
  • Rainy Day
  • A Princess Without A Voice
  • La Javanaise – Madeleine Peyroux
  • I Know Why (And So Do You) – Glenn Miller & His Orchestra
  • Chica Chica Boom Chic – Carmen Miranda
  • Babalu – Caterina Valente & Silvio Francesco
  • A Summer Place – Andy Williams
  • You'll Never Know (Alternate Version) – Renee Fleming
4.4
Sending
Ocena czytelników:
0 (0 głosów)

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

„Anna” i wampir

„Anna” i wampir

„Wampir z Zagłębia” – to jedna z najgłośniejszych spraw kryminalnych PRL-u lat 70. Niby schwytano sprawcę i skazano go na śmierć, ale po wielu latach pojawiły się wątpliwości, co pokazały publikowane później reportaże czy nakręcony w 2016 roku film „Jestem mordercą”....

Bullitt

Bullitt

There are bad cops and there are good cops – and then there’s Bullitt Ten tagline mówi chyba wszystko o klasyce kina policyjnego przełomu lat 60. i 70. Film Petera Yatesa opowiada o poruczniku policji z San Francisco (legendarny Steve McQueen), który ma zadanie...

Halston

Halston

Roy Halston – zapomniany, choć jeden z ważniejszych projektantów mody lat 70. i 80. Człowiek niemal cały czas lawirujący między sztuką a komercją, został przypomniany w 2021 roku dzięki miniserialowi Netflixa od Ryana Murphy’ego. Choć doceniono magnetyzującą rolę...