Kiedyś wydawało się, że miejsce na proste i krwawe filmy akcji zniknęło gdzieś w latach 90., gdy jeszcze w formie byli Bruce Willis, Steven Seagal, Dolph Lundgren czy Jean-Claude Van Damme. Jednak sukces „Niezniszczalnych” pokazał, że jest zapotrzebowanie na oldskulową rozwałkę. Potwierdza to też przykład „The Hitman’s Bodyguard” (autor polskiego tłumaczenia powinien zniknąć jak najszybciej). Historia jest prosta jak konstrukcja cepa – wysokiej klasy ochroniarz (Ryan „Deadpool” Reynolds) ma dostarczyć w ciągu 27 godzin świadka na proces oskarżonego o zbrodnie wojenne prezydenta Białorusi w Hadze. Świadkiem tym okazuje się płatny zabójca (Samuel L. „Motherfucker” Jackson), którego z ochroniarzem łączy wspólna przeszłość. Produkcja ta okazała się kasowym hitem, co jest zasługą dobrych scen akcji, silnej chemii między bohaterami oraz solidnej realizacji.
W tego typu filmach warstwa muzyczna nie jest najważniejsza, bo zagłusza ją świst kul oraz mordobicia i wybuchy. W dodatku często za tło robią piosenki. W przypadku „Bodyguarda…” postawiono właśnie na taki zbiór utworów śpiewanych i jednocześnie zatrudniono kompozytora – pochodzącego z Islandii Atli Örvarssona. Maestro krążył ostatnio w kierunku kina niezależnego, więc powrót do mainstreamu mógł być dla niego czymś wyczekiwanym. Czy jest to powrót w glorii i chwale? Trudno powiedzieć, gdyż dzieło Islandczyka zostało w pełni zdominowane przez kompozycje innych twórców.
Całość zaczyna piosenka finałowa wykonywana przez… Samuela L. Jacksona. „Nobody Gets Out Alive” to spokojny blues z delikatną gitarą, klawiszami i gospelowym chórem. O dziwo, jest to bardzo przyjemne, skoczne granie (końcówka bardzo szybko przyspiesza), gdzie aktor płynnie wchodzi w nutę, nie zapominając parę razy przekląć. Dalej jest bardziej romantycznie, gdyż zarówno ograne „Hello” Richiego, jak i mega przebój grupy Foreigner ilustrują sceny z przeszłości naszego kilera, a dokładniej jego związku z żoną. Po drodze powraca jeszcze wolny blues („Ships on the Ocean”), dostajemy siarczysty, rockowy policzek („Black Betty” ze sceny pościgu w Amsterdamie) oraz klasyczny rock’n’roll od Chucka Berry’ego. Istne pomieszanie z poplątaniem, w sporej części sprawdzające się na ekranie, chociaż ocena poszczególnych utworów na płycie jest kwestią indywidualną.
Ilustrację Örvarssona zaczyna tytułowy utwór, który stylistyką przypomina takie dzieła, jak „The Nice Guys” czy „Kryptonim U.N.C.L.E.”, czyli jest to mieszanka funku z jazzem i orkiestrą. Obowiązkowym zestawem w arsenale kompozytora są smyczki, gitara elektryczna, perkusja, organy Hammonda i dęciaki. Początek pachnie lekko Dalekim Wschodem (gra klawiszy w drugiej części „Hitman’s Bodyguard”), jednak dalej pojawiają się fragmenty czysto bluesowe (harmonijka ustna w „Smells Like Ass Back Here”) czy rockowe (gitara a la Eric Clapton z „Zabójczej broni” w „Jag Didn’t Smell Like Ass”). Maestro próbuje jeszcze dodać mroku w bardziej spokojnych fragmentach za pomocą męskich wokaliz brzmiących jak wycie (smutne „One of the Good Guys?” czy polane sosem rosyjskim „Dukovich”), jednak niewiele to wnosi do całości. Najlepszy na tym polu okazał się Dmitri Golovko ze swoim „Amsterdam Chase”, czerpiącym garściami z oldskulowego brzmienia (troszkę taki podrasowany Lalo Schifrin), dodając do siebie fantastycznie wplecione w całość flety.
„The Hitman’s Boyguard” to konglomerat tak różnych gatunków i konwencji, że starczyłoby na kilka filmów. Praca ta jest jak film: niepozbawiona powagi, ale bardzo lekka i przyjemna w odsłuchu (ze szczególnym uwzględnieniem piosenek). Pewnie – tak jak film – nie zostanie w pamięci na długo, jednak potrafi w kilku miejscach skupić swoją uwagę. I robi to na tyle dobrze, że jestem w stanie dać naciąganą trójkę.
0 komentarzy