• Witch, The
  • Sing Street
  • Firestarter
  • Hitman’s Bodyguard, The
  • Klute / All The President's Men

Nice Guys, The

data publikacji: 13/06/2016

Nice Guys. Równi goście

Nice Guys, The

"...ograne do bólu..."

Kompozytor: różni wykonawcy

Rok produkcji: 2016

Wytwórnia: Lakeshore Records

Czas trwania: 61:41 min.

Nice Guys, The

"...mieszanka luzu, pazura i adrenaliny..."

Kompozytor: John Ottman & David Buckley

Rok produkcji: 2016

Wytwórnia: Lakeshore Records

Czas trwania: 43:41 min.

 

Klasyczny przepis na film kumpelski jest znany: dwóch niedopasowanych do siebie bohaterów zostaje zmuszonych do podjęcia wspólnego rozwiązania sprawy, najczęściej kryminalnej. Mistrzem w tworzeniu tego typu produkcji jest scenarzysta Shane Black („Zabójcza broń”, „Ostatni skaut”, „Bohater ostatniej akcji”, czy jego reżyserki debiut „Kiss Kiss Bang Bang”). Nie inaczej ma się sprawa z najnowszym „Nice Guys”, który serwuje to, co zawsze plus klimat lat 70. oraz kapitalny duet Russell Crowe/Ryan Gosling.

 

Skoro są lata 70., to atmosferę mogła zbudować tylko muzyka z epoki, którą umieszczono na oddzielnym soundtracku. Zebrano tutaj najoczywistsze oczywistości oraz wykonawców kojarzonych niemal automatycznie z tym okresem – Earth, Wind & Fire, Bee Gees, Al Green, Kool & The Gang oraz Kiss. O ile obecność tej pierwszej grupy nie jest niespodzianką i ma uzasadnienie fabularne (grają na imprezie w willi), o tyle reszta to ograne do bólu piosenki. Funk, disco, odrobina rocka oraz mieszanka jazzu (The Band czy Rupert Holmes) – wszystko to, co się kojarzy z tą dekadą.

 

Patrząc na wrażeniometr możecie wpaść w osłupienie, zastanawiając się czemu dałem aż tak niską ocenę ogólną. Same piosenki mimo lat nadal brzmią bowiem co najmniej bardzo dobrze, ale tylko parę jestem w stanie powiązać je z poszczególnymi scenami. Tak jest z otwierającym film oraz płytę „Papa Was a Rollin’ Stone”, chociaż pojawia się tylko jako instrumentalny wstęp, czy pojawiający się w scenie jazdy taksówką „A Horse with No Name”.

 

Cała reszta jest, bo jest. A sam soundtrack to tylko i wyłącznie skok na kasę. Dla osób niezaznajomionych zbyt dobrze z muzyką lat 70., to może być dobry początek do zapoznania się z tą barwną epoką. I tylko dla nich, gdyż bardziej obcykani miłośnicy muzyki rozrywkowej zwyczajnie się wynudzą. Ostateczna nota tej pozycji to 2,5 nutki.

 

 

Soundtrack do „Nice Guys” okazał się sporym zawodem, ale od czego jest score. Jednak i tutaj producenci postanowili pójść za fabułą i na kompozytorskim stołku usadzili dwóch kompletnie różnych od siebie autorów. John Ottman to bardzo doświadczony twórca, dla którego jazz nie ma tajemnic („Podejrzani”, „Żegnaj, kochanku”). Wcześniej zresztą współpracował z reżyserem przy wspomnianym „Kiss Kiss Bang Bang”. Z kolei David Buckley jest młodszym twórcą muzyki filmowej. Podopieczny Harry’ego Gregson-Williamsa, operuje stylem swojego mentora, a największym jego osiągnięciem pozostaje opierająca się na muzyce klasycznej partytura do serialu „Żona idealna”. Wydawałoby się zatem, że pod tym względem „Nice Guys” stoją na straconej pozycji.

 

Ale panowie nie pozabijali się i stworzyli stylowe, eleganckie dzieło, zgodne z regułami epoki, w której toczy się akcja. Czyli mamy niemal klasyczny jazz zmieszany z funkiem oraz konwencjonalną orkiestrą. „Theme from The Nice Guys” brzmi jakby niemal żywcem przeniesione z lat 70., gdzie do otwierającego całość klawesynu, dołączają się wszelkiej maści dęciaki, suspens mieszając z luzem. Następnie w połowie utworu trąbka zaczyna grać bardziej melancholijnie wraz z płynącymi smyczkami i "strzelającymi" saksofonami.

 

Nad wszystkim czuwa duch Lalo Schifrina (początek „Kids Today” czy całe „P.I. Life” brzmią niczym niepublikowane fragmenty z „Bullitta”), Davida Shire’a czy Johna Barry’ego, kiedy w tle przewija się łagodnie funkowa gitara elektryczna czy flety będące tutaj podwaliną underscore’u. Towarzyszy on wszelkim scenom związanym z zakradaniem, ukrywaniem się lub śledzeniem. Do fletowo-trąbkowego składu czasami wtrąci się ksylofon („Kids Today”) czy niezawodny Hammond. Czuć lekką rękę Ottmana, czującego się tutaj jak ryba w wodzie. I nieważne czy miesza skoczność trąbki z delikatnością fletu („To The Car Show / Amelia?”), by potem zapuścić się z "knajpiarsko-jazzowy" sznyt (melancholijne „Pornocchio”). Wyjątkiem jest końcówka „Chet in the Dumps”, gdzie poza fletami odzywa się też elektronika.

 

Jedynym lirycznym fragmentem rzucającym się w uszy jest „A Little Favor”, gdzie prym wiedzie fortepian z wiolonczelą i trąbką. Przynajmniej na początku wywołuje to skojarzenia z „Chinatown”, by w połowie zamienić się w mniej inspirujące tło na perkusję, skrzypce oraz wstawki a la wczesny HGW (tu się Buckley odezwał) czy Horner z „48 godzin” (horrorowe smyczki na końcu i popisy perkusyjno-fortepianowe, które mocniej czuć w „Equanimity”). Fragment tej melodii wyczuwa się także pod koniec „Helping Blue Face / Car Crash”.

 

Action score jest najczęściej reprezentowany przez dynamiczne kompozycje, jednak można odnieść wrażenie, że są one trochę z innej bajki, nawet superbohaterskiej. „Disco Party Fight” zaczyna się dość spokojnie, by nagle ostro zaatakować dźwiękami saksofonu, trąbek i opadających jak w filmie grozy smyczków. Mroczniejsze „Meeting John Boy” to z kolei falujące popisy fletów, elektroniczne wstawki podtrzymywane przez nieprzyjemne nuty fortepianu i działający niczym sinusoida, smyczkowo-dęty podkład rodem z Jamesa Bonda autorstwa Zimmera bądź Hornera. W podobnym tonie utrzymane jest „Car Show Shoot Out” (perkusjonalia i dęciaki niemal wyjęte z incepcyjno-batmanowych soundtracków), które wieńczy odrobinę podniosły happy end na gitarę oraz trąbkę. I jestem absolutnie pewny, że te fragmenty to robota Buckleya.

 

Razem z Ottmanem dokonał on niemożliwego i stworzył prawdziwą petardę, która – niczym ubiegłoroczny „Kryptonim U.N.C.L.E.” – jest pełna odniesień do epoki, w której toczy się akcja filmu, jednak przepuszczonej przez pryzmat współczesności. Swoista mieszanka luzu, pazura i adrenaliny, przygotowana przez zręcznego barmana. Trudno powiedzieć, czy to początek niezwykłej przyjaźni (jak i nowego cyklu – bardzo chciałbym sequel), czy też jednorazowa akcja obu panów, ale efekt jest więcej niż satysfakcjonujący i świetnie działa na ekranie. Nice score from the nice guys.

Autor recenzji: Radosław Ostrowski


CD 1

01.

Papa Was a Rollin' Stone – The Temptations

02.

Get Down On It – Kool & The Gang

03.

Boogie Oogie Oogie – A Taste of Honey

04.

September – Earth, Wind & Fire

05.

Couldn't Get It Right – Climax Blues Band

06.

Love and Happiness – Al Green

07.

Dazz – Brick

08.

Boogie Wonderland – Earth, Wind & Fire

09.

Jiva Talkin' – Bee Gees

10.

Rock and Roll All Night – Kiss

11.

Ain't Got No Home – The Band

12.

Escape (The Pina Colada Song) – Rupert Holmes

13.

Lonely Boy – Andrew Gold

14.

A Horse with No Name – America

15.

Green Peppers – Herb Alpert & The Tijuana Brass

CD 2

01.

Theme from The Nice Guys

02.

Kids Today

03.

Disco Party Fight

04.

To The Car Show / Amelia?

05.

Pornocchio

06.

A Little Favor

07.

Equanimity

08.

Chet in the Dumps

09.

You Got Her / Easy 20

10.

Helping Blue Face / Car Crash

11.

Meeting John Boy

12.

It’s Not a Flight

13.

Cars That Drive Themselves

14.

YooHoo Delivery / Breaking In

15.

Car Show Shoot Out

16.

Follow the Yellow Dick Road

17.

P.I. Life

18.

Flight of the Bumble Bee / The Right Thing to Do (bonus track)

Komentarze

Obecnie brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz