Whale Rider
Kompozytor: Lisa Gerrard
Rok produkcji: 2002
Wytwórnia: 4AD Records
Czas trwania: 41:27 min.

Ocena redakcji:

 

"In the old days the land felt a great emptiness. It was waiting…
waiting to be filled up… waiting for someone to love it. Waiting for a leader…"


gerrard-7352744-1590000970Maorysi wierzą, że ongiś do wybrzeży Nowej Zelandii przybył na grzbiecie wieloryba założyciel ich plemienia. Od tamtej pory wraz z każdym nowym pokoleniem wybierany jest jego następca – wymaga to szczególnych umiejętności, których młodzi adepci uczą się od swoich dziadków. Pai niektóre z tych umiejętności posiada, innych uczy się z czasem. Jest tylko jeden problem – Pai jest dziewczyną, a to wbrew tradycji… "Whale Rider" to piękny film mówiący o przełamywaniu barier, dorastaniu do pewnych praw i obowiązków, i oczywiście o tym, że płeć tak naprawdę nie ma znaczenia. Zabrzmiało trochę feministycznie, ale w końcu film wyreżyserowany został przez kobietę, kobieta zagrała główną rolę (rewelacyjna Keisha Castle-Hughes), a i kobieta stworzyła muzykę do tego poruszającego dzieła. Mowa o Lisie Gerrard (tej pani nie trzeba chyba przedstawiać, ale na wszelki wypadek rzucę kilkoma tytułami, np. "Gladiator", "Ali", "Gorączka", "Informator"), której mistyczna muzyka to jedna z piękniejszych ilustracji, z jakimi się zetknąłem.

Zaczyna się od wprowadzenia. Z fal uderzających o brzeg wynurza się cicha, klimatyczna muzyka, która powoli narasta. Po chwili pojawia się głos Paikei, który otwiera także sam film i tekst tej recenzji. Sam utwór prowadzony jest nieco sennie i w pierwszej chwili może nieco przytłoczyć i zniechęcić, ale kiedy wchodzi niesamowity kobiecy głos w tle, zapominamy o wszystkim i słuchamy jak zahipnotyzowani. Także w tym utworze słyszymy po raz pierwszy ponure, tajemnicze tuby oraz inne instrumenty dęte, które w taki czy inny sposób towarzyszyć nam będę już do końca. Bardzo podobnie rozpoczyna się kolejny kawałek na płycie, czyli "Journey Away". Jest on jednak nieco bardziej dynamiczny od swojego poprzednika i pojawiają się tu charakterystyczne bębny wystukujące równie charakterystyczny rytm. Sam utwór odpowiada kilku filmowym wydarzeniom, choć najłatwiej skonfrontować go można z powrotem ojca Pai oraz w następstwie 'wyjazdu' jej samej. 

 

whalerider-2014760-1590000970Tu od razu napiszę, że utwory są ułożone chronologicznie względem filmu, choć na dobrą sprawę nie ma to większego znaczenia. Potem mamy smutne "Rejection", w którym już wyraźnie słychać całą gamę innych instrumentów, które dotychczas robiły za niemal niesłyszalne tło. Utwór ten jednak dość szybko przechodzi w dużo bardziej radosne i dynamiczniejsze "Biking Home", w którym to na pierwszy plan wysuwa się gitara, i który jest jednym z moich ulubieńców. Ma on rytm zupełnie inny od tego, co dotąd dane nam było słyszeć i wprowadza świeżość – nowy motyw, który także jeszcze usłyszymy dalej na płycie. Jest to też jedyny utwór, który w samym filmie nie zarysowuje się tak wyraźnie w głowie, jak czyni to poza nim.


W "Ancestors" wita nas językiem Maorysów dziadek Pai i robi to wrażenie, jednocześnie budując klimat płyty – zresztą to nie pierwszy i nie ostatni dialog filmowy umieszczony na krążku. Potem słychać stonowany, cichy fortepian, a całość znowu staje się tajemnicza i spokojna. Z tego fragmentu niezauważalnie wręcz przechodzimy do następnego i równie krótkiego "Suitcase", który jest niczym innym, jak kontynuacją poprzedniego utworu. Warto zauważyć, iż tytuły danych utworów oddają w mniejszym lub większym stopniu wyobrażenie o scenach, jakie przedstawiają, a dla osób, które film widziały, są wręcz bardzo pomocne. "Pai Calls the Whales" – ten utwór także zmienia klimat. W tle słychać Pai nawołującą wieloryby, a potem płynnie przechodzi to w głos Lisy Gerrard.

Ponieważ większość utworów na tej płycie nie przekracza trzech minut, już po chwili słyszymy kawałek "Reiputa", w którym w tle także pojawia się głos z poprzedniego motywu, w podobnej tonacji. Będąc cały czas w lekko przygnębiającym nastroju płyty przechodzimy równie niezauważalnie do utworu "Disappointed". Oba utwory podkreśla bas, który wciąż płynie z głośników (czy raczej z subwoofera). Powraca tu także fortepian oraz, pod sam koniec, raz jeszcze ten niesamowity głos przypominający nawoływanie, ale i ogromny smutek i żal. W "They Came To Die" głos ten obecny jest niemal przez cały czas i razem z wcześniejszymi "Disappointed" i "Reiputa" to jeden ze smutniejszych utworów. W ogóle płyta jest dość jednostajna jeśli chodzi o tempo i poza wyjątkami takimi jak "Biking Home" jest raczej cicha i niepokojąca, żeby nie powiedzieć przygnębiająca (absolutnie nie jesy to zarzut). Natomiast "Pai Theme" jest już trochę dłuższy i wychodzi tu na wierzch po troszę z poprzednich kawałków. Mamy więc i głos Lisy, i fortepian, i skrzypce, a nawet elektronikę. Wszystko jednak zgrabnie zostało pomyślane i wyszedł charakterystyczny motyw głównej bohaterki, po raz pierwszy słyszany w całej okazałości.

 

  


Z kolei "Paikea's Whale" jest z początku bliźniaczo podobny do pierwszego utworu, a co za tym idzie – powraca tu motyw legendy Jeźdźcy Wielorybów, którym są te wszelkie tuby i basy wspomniane wcześniej. Mniej więcej od połowy wchodzi na krótko fragment maoryskiego obrządku wspomagany dodatkowo przez narastający głos Lisy. Całość kończy cisza i wpleciona w tradycję smutna pieśń Maorysów z kluczowych scen finału filmu. Począwszy od ścieżki nr 11 utwory nie są już takie smutne i niosą ze sobą jakąś nadzieję, mimo wciąż tego samego rytmu płyty. Idealnie podkreśla to zarówno "Empty Water", jak i następne w kolejności "Waka in the Sky", w którym to niemal przez cały czas słychać w tle pieśni Maorysów, nad którymi wyrasta coraz bardziej pogodna muzyka. Jej zwieńczenie następuje w ostatnim już kawałku "Go Forward", który oprócz tego, że jest chyba najweselszy, to jeszcze wpleciona została weń bardzo sprytnie końcowa pieśń plemienna, z wybijającym się głosem Pai – nowego Jeźdźcy Wielorybów. Najdłuższy utwór na tej płycie staje się przez to jednym z piękniejszych i bardziej rozpoznawalnych motywów na krążku, który kończy się ponownie na falach przybijających do brzegu i krótkim odgłosie wieloryba.

Sam krążek nie jest długi. Łączny czas trwania nie przekracza nawet 45 minut, ale mimo to pozostaje w sercu na zawsze i bezustannie powraca. Jak mówiłem na początku, jest to jedna z tych partytur, które potrafią zamącić w głowie niejednego słuchacza. Polecam bardzo mocno.


"My name is Paikea and I come from a long line of chiefs
stretching all the way back to the Whale Rider…"

Autor recenzji: Jacek Lubiński
  • 1. Paikea Legend
  • 2. Journey Away
  • 3. Rejection
  • 4. Biking Home
  • 5. Ancestors
  • 6. Suitcase
  • 7. Pai Calls The Whales
  • 8. Reiputa
  • 9. Disappointed
  • 10. They Came To Die
  • 11. Pai Theme
  • 12. Paikea's Whale
  • 13. Empty Water
  • 14. Waka In The Sky
  • 15. Go Forward
5
Sending
Ocena czytelników:
5 (2 głosów)

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

„Anna” i wampir

„Anna” i wampir

„Wampir z Zagłębia” – to jedna z najgłośniejszych spraw kryminalnych PRL-u lat 70. Niby schwytano sprawcę i skazano go na śmierć, ale po wielu latach pojawiły się wątpliwości, co pokazały publikowane później reportaże czy nakręcony w 2016 roku film „Jestem mordercą”....

Bullitt

Bullitt

There are bad cops and there are good cops – and then there’s Bullitt Ten tagline mówi chyba wszystko o klasyce kina policyjnego przełomu lat 60. i 70. Film Petera Yatesa opowiada o poruczniku policji z San Francisco (legendarny Steve McQueen), który ma zadanie...

Halston

Halston

Roy Halston – zapomniany, choć jeden z ważniejszych projektantów mody lat 70. i 80. Człowiek niemal cały czas lawirujący między sztuką a komercją, został przypomniany w 2021 roku dzięki miniserialowi Netflixa od Ryana Murphy’ego. Choć doceniono magnetyzującą rolę...