To Live and Die in L.A
Kompozytor: Wang Chung
Rok produkcji: 1985 / 1996
Wytwórnia: Geffen Goldline
Czas trwania: 38:49 min.

Ocena redakcji:

 

Powstały w 1985 r. film Williama Friedkina należy już dziś do klasyki amerykańskiej sensacji, nawet jeśli lekko się przez te niemal 30 lat od premiery przykurzył i nie każdy, zwłaszcza w nadwiślańskim kraju, go zna. Ba! Tytuł ten bez problemu można też zaliczyć do pozycji kultowych – bez względu na to, że slogan ten troszkę się ostatnio wyświechtał, to „Żyć i umrzeć w Los Angeles” spełnia wszystkie jego kryteria, i, co najważniejsze, ma grono oddanych fanów. I choć do historii produkcja ta przeszła głównie dzięki rewelacyjnemu, mocno realistycznemu pościgowi pod prąd, to jest to tylko jeden z wielu elementów, na które warto zwrócić uwagę w przekroju całości. Inną, równie ważną i nietypową częścią tejże jest muzyka brytyjskiej grupy Wang Chung.

 

wang-chung-1461935-1590001321Co ciekawe, reżyser mocno zabiegał o to, by to właśnie należące do ówczesnej Nowej Fali duo (Jack Hues i Nick Feldman) stworzyło ilustrację do jego filmu. Rezultatem tego może niezbyt oryginalna, zwłaszcza w kontekście przesyconych popem i elektroniką lat 80, ale za to niezwykle lotna i klimatyczna ścieżka dźwiękowa, którą bardzo łatwo zidentyfikować z filmem. Soundtrack szybko stał się zresztą hitem, przynosząc muzykom – którzy parę lat wcześniej działali pod nazwą… Huang Chung –  rozgłos i miejsce na liście TOP 10 najlepiej sprzedających się płyt w USA. Zresztą do momentu premiery ich czwartego albumu był to największy sukces, jaki osiągnęli. No, ale to było prawie trzy dekady temu… A jak dziś prezentuje się ta praca?

 

Cóż, przyznam, że zaskakująco dobrze! Choć tu i ówdzie muzyka trąci już myszką, a elektronika bywa toporna i archaiczna, to generalnie rzecz biorąc zarówno ona, jak i piosenki wciąż brzmią żywo, dynamicznie i zwyczajnie fajnie – ergo, potrafią wciągnąć. Spora w tym zasługa zarówno świetnego zgrania z obrazem, który trafnie dopełnia, interesujących i miejscami hipnotyzujących wręcz melodii o lekkim zabarwieniu orientalnym (oczywiście jest to orient, który nielegalnie wyemigrował do Stanów, zakumplował się z pop-rockiem i został poturbowany przez disco), jak i nienagannej prezentacji albumowej.

 

Krążek od Geffen proponuje nam bowiem niespełna 40 minut grania, przy którym zwyczajnie nie zdążymy się znudzić, nawet jeśli jego atmosfera nie przypadnie nam do gustu. A przy tym jest on dość pomysłowo, acz nie do końca trafnie zmontowany, oddzielając piosenki od score’u. Taki zabieg skutkuje co prawda większą klarownością/funkcjonalnością płyty, ale i niestety sprawia, że wydaje się ona mocno nierówna, gdyż piosenki są zdecydowanie atrakcyjniejsze dla przeciętnego słuchacza i z pewnością bardziej wciągają od ilustracji – zwłaszcza, że ta potrafi być momentami ciężkawa. Jestem przekonany, że gdyby wymieszać ze sobą utwory śpiewane i instrumentalne, lub też całość ułożyć chronologicznie, to ten dysonans nie byłby aż tak odczuwalny. A tak, po highlightach w postaci piosenki tytułowej i „Wake Up, Stop Dreaming” większość osób może się zwyczajnie rozczarować.

 

wang-chung2-8551480-1590001322Co prawda otwierające drugą część płyty „City Of The Angels” to mocny kopniak, który w niczym nie ustępuje piosenkom, lecz potem zaliczamy już spadek – tak jakości, co zainteresowania. Owszem, dynamiką porywają także „Black-Blue-White” i „Every Big City”, lecz nie mają one już tej mocy, co pierwsza ścieżka, a i czuć w nich lekkie zmęczenie materiału. Są to dość monotonne melodie, które po świetnym otwarciu i wkręcającej pierwszej minucie potrafią lekko zirytować swą jednolitą strukturą i powtarzającym się tempem. Z kolei „The Red Stare” to mocno melanchonijny miks fortepianu solo z posępną elektroniką – toporny i stanowiący najgorszy moment całej płyty, który spokojnie można sobie darować, zwłaszcza jeśli nie oglądaliśmy wcześniej filmu..

 

Ciekawym jest, iż można tu znaleźć sporo elementów wspólnych ze wczesną twórczością Erica Serra, a niektóre fragmenty jako żywo przypominają nuty wyciągnięte z „Nikity” czy „Leona”. Czyżby Francuz czerpał inspirację z Wang Chung? A może podobny background muzyczny wytworzył u niego bliźniacze pomysły i aranżacje przy okazji wejścia na rynek filmowy? Niestety, w przeciwieństwie do paryskiego artysty, Londyńczycy nie zadomowili się na stałe w filmie. Co prawda na fali sukcesu „To Live and Die in L.A.” napisali w tym samym roku jeszcze krótki fragment „Fire in the Twilight” do równie kultowej komedii Johna Hughesa „The Breakfast Club”, następnie ich piosenka „Hypnotize Me” została uwzględniona na soundtracku do przygodowego s-f „Innerspace”, a w latach 90. Jack Hues samotnie powrócił do współpracy z Friedkinem przy okazji horroru „The Guardian” lecz na tym w zasadzie koniec. Zresztą duet rozpadł się wraz z Murem Berlińskim, tak więc nigdy nie dowiemy się, co by było, gdyby panowie poszli tą samą drogą, co wspomniany Serra.

 

Choć może to i dobrze, gdyż dzięki temu „Żyć i umrzeć…” pozostaje unikatowym albumem zarówno w ich dyskografii, jak i w muzyce filmowej. Nie jest to oczywiście wielce wyjątkowe, bezbłędne arcydzieło, które trzeba znać – wręcz przeciwnie, to muzyka, która lekko trąci kiczem i/lub pretensjonalnością i na pewno nie spodoba się każdemu. To znak swoich czasów, który przy odrobinie dobrej woli bez problemu daje się lubić. Dla mnie to niezwykle klimatyczny, pełen kontrastów soundtrack, który szczerze, acz z pewną rezerwą polecam nawet tym, którzy nie znają filmu. W końcu żyje się i umiera nie tylko w Mieście Aniołów…

 

P.S. W filmie pojawia się także sporo innych piosenek – Ich pełna lista TUTAJ.

Autor recenzji: Jacek Lubiński
  • 1. To Live and Die in L.A.
  • 2. Lullaby
  • 3. Wake Up, Stop Dreaming
  • 4. Wait
  • 5. City of the Angels (instrumental)
  • 6. The Red Stars (instrumental)
  • 7. Black-Blue-White (instrumental)
  • 8. Every Big City (instrumental)
4
Sending
Ocena czytelników:
4 (2 głosów)

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

All Quiet On the Western Front

All Quiet On the Western Front

Na Zachodzie bez zmian   Wojna, wojna nigdy się nie zmienia... Powstało i nadal powstaje wiele filmów o wojnie lub z wojną w tle. Bardziej lub mniej z nich wynika, że wojna nigdy nie przynosi niczego dobrego. Chyba, że dla kogoś dobra jest śmierć, zniszczenie...

Book of Boba Fett, The

Book of Boba Fett, The

Księga Boby Fetta   Rozszerzania uniwersum Gwiezdnych wojen na małym ekranie ciąg dalszy. Po sukcesie „Mandalorianina” część odpowiedzialnej za niego ekipy (scenarzysta Jon Favreau oraz reżyserzy Dave Filoni i Robert Rodriguez – cała trójka jako producenci) i...

Home Before Dark: Season 1

Home Before Dark: Season 1

Powoli Apple TV+ zaczyna dorównywać innym platformom streamingowym, choć nie realizuje aż tylu tytułów co Netflix czy Prime Video. Na pewno jednym z wartych uwagi jest „Home Before Dark” – kryminalna historia dziennikarskiego śledztwa Hildy Lisko, która z rodziną...