10 Cloverfield Lane
Kompozytor: Bear McCreary
Rok produkcji: 2016
Wytwórnia: Sparks & Shadows
Czas trwania: 63:32 min.

Ocena redakcji:

 

Trudno w dzisiejszym kinie o nieprzewidywalność. Zaskoczeń jest i owszem, całe mnóstwo, lecz w większości wydają się albo wymuszone, przegięte lub też zwyczajnie bez sensu. Tym bardziej cieszy więc seans „10 Cloverfield Lane”, który igra sobie z oczekiwaniami widza już samym tytułem – w domyśle nawiązującym do hitu s-f z poprzedniej dekady, w rzeczywistości nie mający z nim wiele wspólnego. Wręcz przeciwnie, to w dużej mierze zaprzeczenie historii o atakującym Nowy Jork potworze z kosmosu. Debiutant, Dan Trachtenberg, skupia się na znacznie skromniejszych relacjach trójki osób odciętych od świata. I trzeba przyznać, że obserwowanie ich poczynań, podszytych wieczną niepewnością tego, co może wydarzyć się za moment, to istna sinusoida emocjonalna.

 

Doskonale wpisuje się w nią Bear McCreary ze swoją ilustracją. Znany głównie z licznych prac serialowych maestro nie ma specjalnie szczęścia do dużego ekranu. „10 Cloverfield Lane” pokazuje, że czuje się on tam równie dobrze jak na małym, także potrafiąc pozytywnie zaskoczyć. Jego score daleki jest oczywiście od rewolucji w branży. Niemniej w czasach zdominowanych z jednej strony odtwórczymi kompozycjami horrorowymi (do którego to gatunku film także aspiruje), a z drugiej jednolitym brzmieniem ze studia Remote Control Productions, może wydać się w miarę świeży i, co ważne, nad wyraz przyjemny.

 

bear-mccreary-2399906-1590001695Owszem, na zamykającym się w nieco ponad godzinie albumie znajdziemy sporo wypełniaczy, lecz są one poprowadzone całkiem sprawnie, intrygują. Muzyka w oderwaniu od kontekstu nie przytłacza odbiorcy, nie męczy. I nawet jeśli przyjąć, że odchudzenie płyty o kwadrans nie zaszkodziłoby finalnym wrażeniom, to i tak mamy do czynienia z całkiem zjadliwym, niegłupim przykładem solidnej ilustracji, która wcale nie jest tak oczywista, jakby się mogło wydawać. Kompozytor dobrze wywiązał się z niełatwego zadania stworzenia pracy, która jest typowym, adekwatnie budującym napięcie i stopniującym dramaturgię tłem i jednocześnie w miarę atrakcyjnym, mogącym się podobać również samoistnie graniem.

 

Co prawda na jej najjaśniejszy punkt trzeba czekać do samego końca. Tytułowa suita, która uprzyjemnia napisy końcowe to pozbawiona służebności ruchomemu obrazowi dobra zabawa – ale i wcześniej jest na czym zawiesić ucho. Fragmenty akcji – druga część „The Concrete Cell”, „The Burn” i, zwłaszcza, przebojowe „Hazmat Suit” – są w dodatku rozłożone dość równomiernie. Stoją w odpowiedniej opozycji do trudniejszych, bardziej posępnych i wypełnionych underscorem motywów. W sukurs przychodzi im dodatkowo chronologiczny układ tracklisty, na której mogące swobodnie wybrzmieć melodie pozwalają wyłapać wszelkie idee narracji, jak i nie dają się tak naprawdę słuchaczowi nudzić.

 

Najciekawiej prezentuje się natomiast liryka, przypisana w większości głównej bohaterce o słodkiej twarzy Mary Elizabeth Winstead. Otwierające całość „Michelle” oraz będące jego rozwinięciem „The New Michelle” to naprawdę ładne, nieco smutne, ale ujmujące melodie, które przez wzgląd na instrumentarium przywodzą na myśl podobne rozwiązania i ogólny styl „Star Treków” Michaela Giacchino. Doskonale wypadają one zresztą w filmie – zwłaszcza ten pierwszy utwór, towarzyszący sekwencji pozbawionej dialogów i innych przeszkadzajek, zagarnia dla siebie sporo miejsca i z dużym wyczuciem wypełnia ruchomy obraz.

 

W zbliżonym, także mocno melanchonijnym klimacie utrzymany jest motyw Howarda, w którym pojawia się zarówno nieco mroku, jak i kołysankowych brzmień, które trafiają idealnie w punkt. Nuty te powracają potem jeszcze miejscami, m.in. w mniej angażującym „Two Stories” czy „A Happy Family”. Reszta soundtracku miota się już pomiędzy nerwowymi wybuchami orkiestry, a z wolna budowaną atmosferą grozy i niedopowiedzeń, które niekiedy wymagają ciut więcej samozaparcia. Podobnie jak i sam film, także i one potrafią jednak spłatać figla i dalekie są od bezmyślnej tapety.

 

„Cloverfield Lane” o numerze 10 to praca generalnie zrobiona z głową, inteligentnie, oszczędnie oraz trafnie wykorzystana w medium, do którego powstała. Raczej nie ma szans, aby zapisać się w annałach muzyki filmowej. Niemniej warta jest chwili cierpliwości również na samodzielnym, solidnie wyeksponowanym krążku, na którym można znaleźć sporo smaczków. Polecam, choć raczej po wcześniejszej wizycie w kinie, niż przed. 3,75 nutki, naprawdę blisko czterech, to moja ostateczna ocena tej ścieżki dźwiękowej.

 

10lane-4653322-1590001697

 

P.S. W filmie wykorzystano również fragmenty piosenek: „I Think We're Alone Now” by Tommy James & The Shondells, „Tell Him” grupy The Exciters i „Venus” Frankiego Avalona.

Autor recenzji: Jacek Lubiński
  • 1. Michelle
  • 2. The Concrete Cell
  • 3. Howard
  • 4. A Bright Red Flash
  • 5. At the Door
  • 6. Two Stories
  • 7. Message from Megan
  • 8. Hazmat Suit
  • 9. A Happy Family
  • 10. The Burn
  • 11. Up Above
  • 12. Valencia
  • 13. The New Michelle
  • 14. 10 Cloverfield Lane
3
Sending
Ocena czytelników:
0 (0 głosów)

3 komentarze

  1. Mystery

    Zgoda, najlepsza i najbardziej dojrzała praca Beara na rzecz filmu i mocna pozycja w swoim gatunku.

    Odpowiedz
  2. Tomasz Goska

    Całkiem dobra praca do której można powracać. Filmowo działa jak należy

    Odpowiedz
  3. J.B.

    Dobre, dobre, dobre, świetne w filmie, „Michelle” na piątkę

    Odpowiedz

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

„Anna” i wampir

„Anna” i wampir

„Wampir z Zagłębia” – to jedna z najgłośniejszych spraw kryminalnych PRL-u lat 70. Niby schwytano sprawcę i skazano go na śmierć, ale po wielu latach pojawiły się wątpliwości, co pokazały publikowane później reportaże czy nakręcony w 2016 roku film „Jestem mordercą”....

Bullitt

Bullitt

There are bad cops and there are good cops – and then there’s Bullitt Ten tagline mówi chyba wszystko o klasyce kina policyjnego przełomu lat 60. i 70. Film Petera Yatesa opowiada o poruczniku policji z San Francisco (legendarny Steve McQueen), który ma zadanie...

Halston

Halston

Roy Halston – zapomniany, choć jeden z ważniejszych projektantów mody lat 70. i 80. Człowiek niemal cały czas lawirujący między sztuką a komercją, został przypomniany w 2021 roku dzięki miniserialowi Netflixa od Ryana Murphy’ego. Choć doceniono magnetyzującą rolę...