Once Upon a Time in the West – expanded version
Kompozytor: Ennio Morricone
Rok produkcji: 2004
Wytwórnia: BMG
Czas trwania: 49:46 min.

Ocena redakcji:

 

Sergio Leone to dziś niemal synonim westernu – na sześć nakręconych w tym gatunku filmów (z czego jeden współ-reżyserowany), pięć powszechnie uważa się za klasykę. Apogeum geniuszu objawia się dokładnie w środku stawki, którym obok „The Good, the Bad and the Ugly” jest epopeja „C'era Una Volta Il West”. Blisko trzygodzinny fresk zilustrował rzecz jasna inny włoski kowboj i stary przyjaciel, Ennio Morricone, dla którego było to jeden z – bagatela – 20 projektów 1968 roku.

 

morricone-6745982-1590001057

Maestro już dawno zdołał odcisnąć swe piętno na Dzikim Zachodzie, nie tylko dzięki wcześniejszym produkcjom Leone. Poniekąd OUATITW stanowi więc i dla niego punkt szczytowy, o którego obecnej kultowości nawet nie trzeba wspominać. O tym, jak kluczowe i nieodzowne są dla tych filmów jego nuty, dosadnie przekonujemy się już na początku „Dawno temu…”, kiedy to ostre, nieprzyjemne dźwięki gitary elektrycznej uświadamiają małego chłopca o masakrze, jaka właśnie się dokonała. Niesamowite i kompletne zespolenie ścieżki dźwiękowej z ruchomym obrazem, a jednocześnie pewien standard u tego duetu.

 

Jak na ironię – w porównaniu do wcześniejszych i późniejszych prac włoskiego mistrza – ten tytuł nie pęka jednak w szwach od legendarnych tematów, przez większość czasu będąc raczej wyciszoną, wyczekującą i bardzo cierpliwą kompozycją. Owszem, to właśnie tu ma swoją genezę rzewna, harmonijkowa, kultowa melodia („Man With a Harmonica”), która nagle wybucha do iście epickich rozmiarów, angażując sporą część orkiestry. Lecz generalnie Morricone stawia karty na lirykę, jakiej pozwala stosownie się rozwinąć.

 

Taki jest właśnie tytułowy motyw przewodni, który powraca na zasadzie klamry w finale – anielskie wokalizy Eddy Dell'Orso oraz liczne smyczki tworzą tyleż przejmującą, co pełną przepychu chwilę. Takie są również tematy większości głównych postaci – dostojne „Jill's America” z delikatnymi chórami, które także składają się na ikoniczną sekwencję filmu; nieco nostalgiczny, smutny, podszyty niepokojem „Frank” (wychodzący niejako od tematu Harmonijki) oraz będący mieszanką nadziei, niewinności i bezsilności „Morton”. Ważkim, ale – tak, jak na ekranie – trzymającym się nieco na uboczu elementem jest też zadziorne i zdecydowanie weselsze od reszty „Farewell to Cheyenne”, z obowiązkowymi gwizdami, wybijającą rytm gitarą i przypominającym stukot końskich kopyt, sympatycznym efektem.

 

Niemal każdy z tych tematów zostaje powielony w stosownej wariacji (ciekawie wypada „Jill” i „A Dimly Lit Room”), lecz poza nimi Morricone serwuje już jedynie klimatyczne tło, które poza filmem wypada raczej średnio, a czasem wręcz słabo. Nie brakuje mrocznego underscore’u, który poza kontekstem zwyczajnie nie istnieje (wszystkie „…Tavern”, zbudowane na perkusjonaliach „The Transgression”, krótkie „The Man” czy składające się z chaotycznych pociągnięć harmonijki „Death Rattle”). W kilku fragmentach daje też o sobie znać prostota i wiek muzyki (strasznie chropowaty, a przez to lekko archaiczny początek „As a Judgement” oraz słaby dźwięk w utworze tytułowym), które mogą irytować.

 

Trafiają się również takie rodzynki, jak kompletnie burzące nastrój, slapstickowe „Bad Orchestra”, którego trafna nazwa przekonuje o tym, iż w ogóle nie powinno zostać uwzględnione na albumie. Wydanie płytowe cierpi przy tym także na aranżacjach nie do końca odpowiadających tym ekranowym i braku chronologii – tak na edycji podstawowej, jak i opisywanej tu rozszerzonej, która oferuje 7 nowych utworów, co równe jest 12 dodatkowym minutom grania (w gustownym digipacku). Nie jest to przy tym najpełniejszy album. Taki wypuściło dopiero rok później włoskie GDM Music – 27 utworów i aż 65 minut zremasterowanego, ułożonego chronologicznie oraz zatwierdzonego przez samego maestro materiału, uzupełnionego grubą książeczką w specjalnym opakowaniu.

 

ouatitw2-8333997-1590001599 ouatitw_exp-5324670-1590001599 ouatitw_rem-6182382-1590001600

 

Niezależnie jednak od rodzaju (i formatu) krążka, a także tych paru niuansów, jakie potrafią doskwierać poza filmem, nie ulega wątpliwości, że „Once Upon a Time in the West” to tytuł, który nie tylko przeszedł do historii, ale w znaczący sposób ją ukształtował. Skończone arcydzieło, które można jedynie gorąco rekomendować tym, którzy go jeszcze nie znają. Zasługuje na to.

 

P.S. Piosenka, którą w jednej ze scen nuci córka McBaina, to „Danny Boy” Fredericka Edwarda Weatherly.

 

ouatitw_ita-5548289-1590001600 ouatitw_lp2-9677573-1590001600 ouatitw_single-2207734-1590001601

Autor recenzji: Jacek Lubiński
  • 1. Once Upon a Time in the West
  • 2. As a Judgement
  • 3. Cheyenne
  • 4. The Transgression
  • 5. Harmonica
  • 6. The First Tavern
  • 7. The Second Tavern
  • 8. The Third Tavern
  • 9. Jill
  • 10. Man with a Harmonica
  • 11. A Dimly Lit Room
  • 12. Frank
  • 13. Bad Orchestra
  • 14. Morton
  • 15. Jill's America
  • 16. The Man
  • 17. Epilogue
  • 18. Death Rattle
  • 19. Farewell to Cheyenne
  • 20. Finale
5
Sending
Ocena czytelników:
0 (0 głosów)

1 komentarz

  1. DominikCh

    Wiadomo, ocena może być tylko jedna, z tym że ja tam akurat lubię „Bad Orchestra”, nawet jeśli nie za bardzo pasuje do reszty materiału 🙂

    Odpowiedz

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

„Anna” i wampir

„Anna” i wampir

„Wampir z Zagłębia” – to jedna z najgłośniejszych spraw kryminalnych PRL-u lat 70. Niby schwytano sprawcę i skazano go na śmierć, ale po wielu latach pojawiły się wątpliwości, co pokazały publikowane później reportaże czy nakręcony w 2016 roku film „Jestem mordercą”....

Bullitt

Bullitt

There are bad cops and there are good cops – and then there’s Bullitt Ten tagline mówi chyba wszystko o klasyce kina policyjnego przełomu lat 60. i 70. Film Petera Yatesa opowiada o poruczniku policji z San Francisco (legendarny Steve McQueen), który ma zadanie...

Halston

Halston

Roy Halston – zapomniany, choć jeden z ważniejszych projektantów mody lat 70. i 80. Człowiek niemal cały czas lawirujący między sztuką a komercją, został przypomniany w 2021 roku dzięki miniserialowi Netflixa od Ryana Murphy’ego. Choć doceniono magnetyzującą rolę...