Mary Shelley’s Frankenstein
Kompozytor: Patrick Doyle
Rok produkcji: 1994
Wytwórnia: Epic Soundtrax
Czas trwania: 69:37 min.

Ocena redakcji:

 

Wśród licznych ekranizacji klasycznej powieści Mary Shelley, „Frankenstein”, wersja Kennetha Branagha z 1994 roku zajmuje szczególne miejsce, a to ze względu na to, iż jest bodaj najbliższa pierwowzorowi. Dlatego trudno ją rozpatrywać w kategoriach horroru. To z pewnością film grozy, ale raczej łagodnej, nie wywołującej szczególnych dreszczy, natomiast stanowiącej osnowę filozoficznej przypowieści. Inną kwestią wartą zaznaczenia jest wystawność tej produkcji. Branagh jest obdarzony wizualnym smakiem, a wytwórnia najwyraźniej nie szczędziła na scenografię i kostiumy. To samo dotyczy muzyki. Patrick Doyle, stały współpracownik Branagha, otrzymał możliwość napisania ścieżki bogatej, efektownej i rozbudowanej. Możliwość tę w pełni wykorzystał.

 

doyle-2776355-1590000974Doyle już na początku kariery zasłynął z potężnych orkiestrowych brzmień, a „Frankenstein” wpisuje się w ten nurt. Już na wstępie słuchacza wita ponury, powolny temat prowadzony przez smyczki i instrumenty dęte blaszane z towarzyszeniem złowieszczych uderzeń bębna. Świetnie zostaje w ten sposób wprowadzony nastrój gotyckiej grozy: ciężkiej, obezwładniającej, z nienachalnym, ale wyraźnym napięciem. Zaraz potem z głośników wydobywa się znacznie głośniejsza i żywsza muzyka zdająca się napierać i przytłaczać tempem oraz niespodziewanymi zmianami rytmu. Ten pierwszy temat dobrze obrazuje przebieg całej ścieżki, gdzie na przemian pojawiają się fragmenty powolne i mroczne (z reguły mniej interesujące) oraz bardzo intensywne, tętniące emocjami. Do kompletnego obrazu brakuje jednak jeszcze jednego czynnika: pełnego słodyczy liryzmu.

 

Może się wydać dość przewrotne, że Doyle napisał na potrzeby „Frankesteina” jeden z najlepszych (jeśli nie najlepszy) tematów miłosnych w karierze. Najpełniej rozsmakować się nim można w utworze „Please Wait”, gdzie grany jest bardzo powoli. Ma w sobie elegancję, nienachalny urok, smak i klasę, a przy tym skromność i coś w rodzaju wstydliwej niewinności, bardzo dobrze oddającej relację Wiktora Frankensteina i jego narzeczonej, Elizabeth. Podobnie jak inne tematy na płycie, jest on stosowany oszczędnie. Doyle unika wykorzystywania tych samych melodii przy podobnych nastrojem scenach, a nawet jeśli aranżuje je w podobny sposób, to stara się, by brzmiały świeżo. Inna sprawa, że dba także o identyfikację postaci i wątków z muzyką. Temat z „Death of Justine/Sea of Ice”, który towarzyszy scenie ponownego spotkania doktora z Monstrum (charakter tego spotkania Doyle dość przewrotnie zaakcentował przyspieszonym rytmem walca), wybrzmiewa na przykład w finałowym „He Was My Father”, kiedy zapasy potwora z jego stwórcą wreszcie się kończą.

 

Mnogość tematów i techniczna komplikacja materiału, które stanowią siłę tej partytury, nie stanowią celu samego w sobie, lecz służą uwydatnieniu emocji, a tych w filmie jest sporo. Mamy więc oczywiście miłość („I Won’t If You Won’t”), determinację („Victor Begins”), szaleństwo („The Creation”), gniew („Friendless”) – a zatem same skrajności. Najbardziej brawurowo brzmi tu kapitalne „The Creation”, gdzie wysokie zrytmizowanie nie przeszkadza w tworzeniu bogatej, niebanalnej muzycznej konstrukcji, zachowującej swego rodzaju melodyjność. Niezwykłą intensywność uczuć Doyle pozwala przy tym odczuć bez konieczności uciekania się do muzycznych eksperymentów. „Frankenstein” to bardzo klasyczna w formie partytura, co wcale nie odbiera jej przebojowości. Dzięki konsekwentnemu tempu, starannemu wyważeniu poszczególnych elementów, a także bogactwu detali, udaje mu się utrzymać niemal nieprzerwaną uwagę słuchacza przez prawie 70 minut.

 

Ilość materiału zawartego na płycie przekłada się również na obecność muzyki w filmie. Jest więc jej tam dużo i wydatnie wpływa ona na jego nastrój, pozostając w pamięci także po seansie (zwłaszcza temat miłosny). Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że biorąc pod uwagę jedynie rolę muzyki w filmie, jest to najwybitniejsze dokonanie duetu Branagh/Doyle, spokojnie górujące nad, nominowanym do Oscara za najlepszą ścieżkę dźwiękową, „Hamletem”.

 

Połowa lat 90. ubiegłego stulecia jest, jak dotąd, najbardziej udanym okresem dla Patricka Doyle’a – wtedy wyklarował się jego filmowy styl i stał się szeroko rozpoznawanym kompozytorem muzyki filmowej. „Frankenstein” dobrze obrazuje dlaczego: ma mocne, wpadające w ucho tematy, masywne orkiestracje, opracowywane z mistrzostwem na granicy brawury i wreszcie perfekcyjne dopasowanie do obrazu. Nie można przy tym traktować tej ścieżki jako klasycznej ilustracji horroru, a raczej kostiumowego widowiska. Od napięcia ważniejsze są tu emocje, a od gęstej atmosfery orkiestracyjne rozbuchanie. I jeśli właśnie czegoś takiego będziemy oczekiwać, nie powinniśmy czuć się zawiedzeni.

Autor recenzji: Jan Bliźniak
  • 1. To Think Of A Story
  • 2. What's Out There?
  • 3. There's An Answer
  • 4. I Won't If You Won't
  • 5. A Perilous Direction
  • 6. A Risk Worth Taking
  • 7. Victor Begins
  • 8. Even If You Die
  • 9. The Creation
  • 10. Evil Stitched To Evil
  • 11. The Escape
  • 12. The Reunion
  • 13. The Journal
  • 14. Friendless
  • 15. William!
  • 16. Death Of Justine/Sea Of Ice
  • 17. Yes I Speak
  • 18. God Forgive Me
  • 19. Please Wait
  • 20. The Honeymoon
  • 21. The Wedding Night
  • 22. Elizabeth
  • 23. She's Beautiful
  • 24. He Was My Father
4
Sending
Ocena czytelników:
4 (1 głos)

5 komentarzy

  1. Mefisto

    Zgadzam się – jeden z highlightów kariery Doyle’a i jedna z jego najlepszych partytur.

    Odpowiedz
  2. Mystery

    Jedna z najlepszych ścieżek z filmów grozy jakie znam, potęga, wykonanie, tematy, emocje – za każdym razem, wszystko miażdży dokładnie tak samo i wracam do tej pozycji dosyć często – piąteczka.

    Odpowiedz
  3. Wojtek

    Świetne blachy, wpadające w ucho tematy, zwłaszcza miłosny, mrok i potęga – jakby album był ciut krótszy, to pozycja na piątkę, a tak to 4.5 Ale jako, że nie macie ocen cząstkowych, zawyżam do pięciu 🙂

    Odpowiedz
  4. Wawrzyniec

    Chyba jedna z najlepszych partytur w karierze Doyle’a. Tego się słucha, choć czasami może trochę przytłaczać swym potężnym brzmieniem. Mimo wszystko lektura obowiązkowa dla fanów muzyki filmowej.

    Odpowiedz
  5. ideapecab

    Dzieki za ciekawe informacje

    Odpowiedz

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

„Anna” i wampir

„Anna” i wampir

„Wampir z Zagłębia” – to jedna z najgłośniejszych spraw kryminalnych PRL-u lat 70. Niby schwytano sprawcę i skazano go na śmierć, ale po wielu latach pojawiły się wątpliwości, co pokazały publikowane później reportaże czy nakręcony w 2016 roku film „Jestem mordercą”....

Bullitt

Bullitt

There are bad cops and there are good cops – and then there’s Bullitt Ten tagline mówi chyba wszystko o klasyce kina policyjnego przełomu lat 60. i 70. Film Petera Yatesa opowiada o poruczniku policji z San Francisco (legendarny Steve McQueen), który ma zadanie...

Halston

Halston

Roy Halston – zapomniany, choć jeden z ważniejszych projektantów mody lat 70. i 80. Człowiek niemal cały czas lawirujący między sztuką a komercją, został przypomniany w 2021 roku dzięki miniserialowi Netflixa od Ryana Murphy’ego. Choć doceniono magnetyzującą rolę...