Nazywali go Babą Jagą, choć w tym fachu brzmi to niezbyt groźnie. Był legendarnym kilerem, który przeszedł na emeryturę. Do czasu, gdy trzech dresów z Rosji zmusiło go do powrotu, by dokonać zemsty za śmierć ukochanego psa. Brzmi idiotycznie? Ale tak nie jest, bo film kaskaderskiego duetu Stahelski/Leitch, to porządnie zrobione, oldskulowe kino akcji z idealnym Keanu Reevesem, wyczyniającym niemal cuda i wpisującym się w nurt twardzieli po 50-tce. Zazwyczaj w tego typu produkcjach na muzykę nie zwraca się uwagi. Jednak nie tutaj.
Nazwisko Tylera Batesa może budzić przerażenie, ale skoro „John Wick” to film klasy B, musiał pojawić się kompozytor klasy B, a Bates jest dość tanim kompozytorem, mającym w dorobku sporo tego typu prac. Do pomocy ściągnął swojego przyjaciela, Joela J. Richarda, który praktykował w Media Ventures i pomagał Johnowi Powellowi przy „Tożsamości Bourne’a”. Powstała ścieżka mroczna, oszczędna instrumentalnie, ale nie pozbawiona kilku chwytliwych nut oraz adrenaliny.
Energię słychać już w drugim utworze, który można nazwać tematem Wicka. Mroczne, elektroniczne skrzypce, dźwiękowe wstawki przypominającego dokonania Powella czy Gregsona-Williamsa oraz gitara elektryczna, która dodaje klimatu. Pojawiają się też typowe dla Batesa pomruki, delikatne wejścia fortepianu („John Mourns”), okraszone elementami wschodnimi (podkreślające charakter wrogów Wicka, czyli rosyjskich gangsterów), które są delikatnymi smaczkami, choć niczym nie zaskakują. Pozwala to na odrobinę wyciszenia przed burzą (wiolonczela w „Dear John” czy ‘klaszcząca’ perkusja w „Daisy”).
Znacznie ciekawiej dzieje się w action score, gdy odzywa się pulsująca i agresywna elektronika („Assassins”) i z rytmiczną perkusją podnosi temperaturę w ostrej rozróbie. Tutaj wybijają się uderzenia perkusji („Chop Shop”), agresywne wejścia gitary (bluesowe „Lure the Wolf” czy „Iosef the Terrible” okraszony wschodnimi wstawkami – bałałajka, dzwony, grzechotki). Ten rodzaj brzmienia dominuje w środkowej części płyty, która nie jest jedynie nudną naparzanką i tym samym najbardziej wybija się z reszty materiału. Swoje robią też użyte w krwawych jatkach kawałki dance i dubstep od Le Castle Vania, rockowe „Who You Talkin’ To Man?” oraz pachnące latami 80. „In My Mind” (Suzie Q i M86) i bardziej orientalne w brzmieniu syntezatorów „Think”. Jedyną piosenką odstającą od pozostałych jest bluesowo-jazzowy „Evil Man Blues”.
Są jeszcze pewne drobne fragmenty, gdzie muzyka ogranicza się raczej do tworzenia ponurej atmosfery, jednak po pewnym czasie może to nużyć. To wina przede wszystkim wydania, które trwa ponad godzinę, a to i tak nie jest cała muzyka z filmu (w wersji deluxe są jeszcze cztery dodatkowe utwory z kapitalnym „Killing Strangers” Marilyna Mansona). Bates raczej niczym nie zaskakuje, jednak sam score ma w sobie siłę ognia, a wejścia gitary elektrycznej i perkusji nadają tempa akcji, zwiększając poziom adrenaliny i tworząc istny koktajl Mołotowa, który na ekranie sprawdza się bezbłędnie. Bezpretensjonalny, wyluzowany album z ostrymi fragmentami. Taki na 3,5 nutki.




Jak dla mnie raczej asłuchalna papka. W scenach klubowych niektóre kawałki się sprawdzają, bo mają powera. Ale albumowo, zebrane to wszystko do kupy zwyczajnie męczy i przyprawia o ból głowy. Zdecydowanie zabrakło mi też jakiegoś bardziej wyrazistego tematu dla głównego bohatera.
Score Batesa i Richarda cienki, za to elektroniczne kawałki i piosenki, wypadły w filmie świetnie i nadawały filmowi nie lada klimatu, szkoda, że większości z nich, zarówno rapowych kawałków jak i znakomitego „Killing Strangers” Mansona zabrakło na soundtracku.
„(w wersji deluxe są jeszcze cztery dodatkowe utwory z kapitalnym „Killing Strangers” Marilyna Mansona)”
Niesamowita jazda. Ten soundtrack jest genialny. Daje kopa niczym mocna kawa.