Hannibal – season 2
Kompozytor: Brian Reitzell
Rok produkcji: 2014
Wytwórnia: Lakeshore Records
Czas trwania: 70:31 min.

Ocena redakcji:

 

Hannibal Lecter powrócił w drugiej odsłonie serialu Bryana Fullera, który dostrzegł i dopracował swe wcześniejsze błędy, skupiając się na psychologicznej grze pomiędzy doktorem i agentem Grahamem, który poznał jego naturę. Nadal jest to wizualnie dopięte  na ostatni guzik kino (na małym ekranie), z ponurą atmosferą. I raz jeszcze za muzykę odpowiada Brian Reitzell, który również zrobił pewne postępy.

 

Wciąż jest mrocznie, tajemniczo i psychodelicznie, lecz początek płyty jest bardzo obiecujący i o wiele przystępniejszy od wcześniejszych albumów. Nie brakuje agresywnych uderzeń perkusji, dziwacznych dźwięków (gnieciona pusta butelka? w „Kaiseki” z idącymi mocno w stronę grozy kotłami i dzwonami), ale konstrukcja suit jest bardziej zwarta, a instrumentarium (cymbałki i flety w „Sakizuki” z ładnym solo skrzypiec w połowie) – jak można stwierdzić po tytułach odcinków – skręca lekko w azjatyckie klimaty.

 

Nie brakuje też, znanych z poprzedniej serii, dźwięków towarzyszących odtwarzaniu zbrodni przez Grahama oraz równie przerażających solówek skrzypiec („Hassun”, gdzie wpleciono także grzechotkę, kastaniety i tykanie jakiegoś mechanizmu), różnorakich zniekształceń, organów („Takiawase” – mocno ilustracyjny środek), bzyczenia owadów, bicia serca, a nawet odgłosów wody.

 

Raz jeszcze słychać wiele dysonansów oraz (ciut za długich) momentów wyciszenia, a i suity ponownie wywołują niekiedy lęk przed ich długością (najkrótsza trwa sześć minut). Trudno tu zresztą znaleźć jakieś ciekawsze tematy – to głównie potężny underscore. Nawet zgrabne wplecenie muzyki klasycznej („Futamuno” – fragment na klawesynie zagrany przez samego Lectera, ale to połowa utworu) nie do końca ratuje ten album. Jest troszkę lepiej, niż w przypadku wcześniejszych odsłon, choć pozornie nie zmieniło się tu nic – jedynie wyjątkowo silne oddziaływanie muzyki na ekranie. Być może dlatego będę odrobinkę łaskawszy i dam 3,5 nutki.

 

hannibal-tv-5792498-1590001499

 

Tak, jak w przypadku pierwszej serii, muzykę z drugiej też wydano na dwóch woluminach. Jeśli jednak myślicie, że Vol. 2 jest w jakiś sposób lepszy, to… nie macie racji. Stylistycznie nadal mamy do czynienia z tym samym podejściem do ilustracji, czyli nieprzepastnym underscorem z okazjonalnymi popisami perkusji, która ma tutaj jednak wiele do roboty. Całość jest nadal mroczna i przez to może nawet bardziej ciężkostrawna, niż Vol. 1 (co w przypadku tej produkcji jest chyba regułą), acz znajdziemy tu również pewne przebłyski geniuszu.

 

Najbardziej wyczuwalne jest to w „Naka-Choko”, gdzie pojawia się lekko psychodeliczna elektronika zmieszana z dynamiczną perkusją i kotłami, co ma budować stan po psychotropach u nowego pacjenta – Masona Vergera (podobnież w „Tome-Wan”), czy pojawiające się niemal pod koniec tego utworu delikatne wejście harfy. W pewnej chwili słychać coś na kształt syreny alarmowej w tym kolosie, choć włącza się ona zdecydowanie zbyt późno na tym zdecydowanie za długim wydawnictwie.

 

brianreitzell-2240349-1590001497

Nadal nie brak dziwacznego eksperymentowania z dźwiękiem (w soundtrack wpleciono nawet… ludzkie kroki), perkusyjnego ‘naparzania w gary’ oraz elektronicznego tła, coraz częściej działającego usypiająco. Powracają też oczywiście elementy azjatyckie (dziwaczna mandolina w „Ko No Mono” lub końcówka „Tome-Wan”), lecz nie są one w stanie rozruszać całego wydawnictwa, które jest zbyt spokojne i/lub mroczne oraz częstokroć za dziwaczne dla uszu melomana (chociażby ‘wietrzny’ początek „Mizumono”).

 

Jedynie końcówka płyty bardziej się wybija – dodatkowy utwór, „Bloodfest”, opisujący scenę krwawego finału oraz wpleciony w poprzednią melodię fragment muzyki Jana Sebastiana Bacha. Ale to trochę za mało, by męczyć się z resztą ilustracji przez ponad godzinę.

 

Krótko mówiąc (bo dłużej nie ma to żadnego sensu): „Hannibal” poza ekranem nie ma właściwie żadnej racji bytu. Jest to tak ciężka i nieprzystępna praca, że w ogóle nie powinna być wydawana w formie autonomicznej. I albo producenci w końcu to zrozumieją albo Reitzell zmieni podejście i popracuje trochę nad warsztatem. Nie liczyłbym jednak na żadne z tych rozwiązań. Moja finalna nota to 2,5 nutki.

Autor recenzji: Radosław Ostrowski
  • 1. Kaiseki
  • 2. Sakizuki
  • 3. Hassun
  • 4. Takiawase
  • 5. Mukozuke
  • 6. Futamuno
  • 7. Yakimono
3
Sending
Ocena czytelników:
3 (2 głosów)

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

All Quiet On the Western Front

All Quiet On the Western Front

Na Zachodzie bez zmian   Wojna, wojna nigdy się nie zmienia... Powstało i nadal powstaje wiele filmów o wojnie lub z wojną w tle. Bardziej lub mniej z nich wynika, że wojna nigdy nie przynosi niczego dobrego. Chyba, że dla kogoś dobra jest śmierć, zniszczenie...

Book of Boba Fett, The

Book of Boba Fett, The

Księga Boby Fetta   Rozszerzania uniwersum Gwiezdnych wojen na małym ekranie ciąg dalszy. Po sukcesie „Mandalorianina” część odpowiedzialnej za niego ekipy (scenarzysta Jon Favreau oraz reżyserzy Dave Filoni i Robert Rodriguez – cała trójka jako producenci) i...

Home Before Dark: Season 1

Home Before Dark: Season 1

Powoli Apple TV+ zaczyna dorównywać innym platformom streamingowym, choć nie realizuje aż tylu tytułów co Netflix czy Prime Video. Na pewno jednym z wartych uwagi jest „Home Before Dark” – kryminalna historia dziennikarskiego śledztwa Hildy Lisko, która z rodziną...