Event Horizon
Kompozytor: Michael Kamen, Orbital
Rok produkcji: 1997
Wytwórnia: London
Czas trwania: 44:26 min.

Ocena redakcji:

 

Mimo zróżnicowanej filmografii, z której wielu tytułom nieobca była przemoc oraz mniej przyjemne elementy życia, Michael Kamen pozostawał raczej po ‘jasnej stronie’ kina. Twórca ten nie bał się jednak wyzwań i eksperymentów, stąd parę razy zdarzyło mu się ilustrować mroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy. „The Dead Zone” Cronenberga to jeden z nielicznych takich przykładów z początków kariery. Innym, znacznie bardziej dosadniejszym jest natomiast właśnie „Event Horizon”, który trafił się kompozytorowi już w końcowej fazie twórczości.

 

kamen-9680368-1590000981Tytuł ten – odwołujący się zarówno do nazwy filmowego statku kosmicznego, jak i teorii względności – jest jednak chyba najbardziej frapującą taką wyprawą, na co składa się kilka czynników. Przede wszystkim to jedyna taka produkcja w dorobku maestro – ponure, gotyckie i krwawe hard s-f, to nie jest bowiem coś, w czym Kamen lubował się na co dzień. Podobnie, jak w większości swych najsłynniejszych kompozycji – wliczając w to hitowe serie akcji: „Lethal Weapon” i „Die Hard” – interesowała go jednak ludzka natura (w tym wypadku granice szaleństwa w starciu z nieznanym) oraz emocjonalny ciężar niejednoznacznych bohaterów (postać Sama Neilla). Z pewnością skusiła go także możliwość współpracy z muzykami popularnymi. Choć zarówno poza, jak i na wielkim ekranie nie było to dlań żadne novum – co by przywołać tylko Erica Claptona, Queen, Metallicę czy The Who – tak techno trans, reprezentowany przez braci Paula i Phila Hartnoll (nieistniejący już Orbital, który w tym samym okresie zaliczył udane momenty w „Hakerach” oraz kinowej wersji „Świętego”) stanowiła już nowe doświadczenie.

 

Efektem tego specyficzne i wielce oryginalne – zwłaszcza w danym czasie, kiedy, w przeciwieństwie do obecnych trendów, popkulturowe gwiazdy rzadko zajmowały się ilustrowaniem takich filmów – połączenie tradycyjnej, charakterystycznej dla kompozytora symfoniki (pokaźna sekcja dęta, mnóstwo smyczków i elementów perkusyjnych) z elektronicznymi, pełnymi eksperymentów samplami. Młodszy o dwa lata „Matrix” jest tu oczywistym skojarzeniem, jednakże kolaboracji Kamena z Orbital bliżej do nietuzinkowej estetyki Elliota Goldenthala lub niektórych prac Christophera Younga, niż Dona Davisa (który zaczynał wszak jako orkiestrator u Kamena).

 

orbital-6623481-1590001407Mimo oczywistej siły oraz odpowiedniej epiki (chóry), zdecydowanie mniej tu rozbuchanych melodii na pełną parę, a więcej posępnych, budujących nastrój grozy i tajemnicy dźwięków. Często – poza standardowymi uderzeniami pełnej orkiestry w momentach zagrożenia, od jakich Kamen nie stroni – są to zresztą dźwięki frapujące (np. imitacje ludzkiego oddechu, psychodeliczny świst wiatru czy nagłe, przepuszczone przez komputer okrzyki w różnych konfiguracjach), które bardzo inteligentnie działają w poszczególnych scenach filmu, jednocześnie nie stając się asłuchalną ścianą dźwięku poza nim.

 

Sam album także wydano w dość niecodzienny sposób – cztery, podzielone na liczne podtytuły suity, z których trzy liczą sobie odpowiednio aż 14, 12 i 13 minut, mogą z początku budzić prawdziwe przerażenie (wszak jak tu znaleźć interesujący nas kawałek?). Jak na ironię jednak, służy to kompozycji, gdyż tej stosunkowo krótkiej, bo zamykającej się w trzech kwadransach płyty, słucha się jednym ciągiem bez większych bolączek i znużenia. Muzyka jest zróżnicowana, intrygująca, naprawdę zgrabnie zmontowana i, poza kilkoma nielicznymi fragmentami mniej przyjaznego uszom underscore’u, zadziwiająco melodyjna i spójna.

 

eventhorizon-1068984-1590001407Trzeba jednak liczyć się też i z tym, że nie jest to pozycja lekka, łatwa i przyjemna (acz Kamen zdołał tu i ówdzie przemycić parę łagodniejszych, wręcz lirycznych nut), bo i nie miała taka być. Znajomość filmu, mimo szczęśliwego braku spoilerów w podtytułach ścieżek, także może być podnoszącym satysfakcję z odsłuchu atutem. Podobnie, jak i zamiłowanie do przynajmniej jednego z dwóch obecnych tu gatunków muzyki, jakie razem z powodzeniem składają się na niebagatelną, a przy tym nieziemsko klimatyczną ścieżkę dźwiękową, po którą warto sięgnąć – choćby i z czystej, ludzkiej ciekawości.

 

P.S. W Niemczech wydano też radiowe promo (okładka obok), na którym znaleźć można filmowy dialog (zdubbingowany), wywiady oraz piosenkę „Funky Shit” zespołu The Prodigy, która pojawia się na napisach końcowych.

Autor recenzji: Jacek Lubiński
  • 1. The Forward Decks (Lewis & Clark / Neptune / Claire / First Containment / Core / Metal / Second Containment / Airlock)
  • 2. The Main Access Corridor (Singularity / Ducts / Turbulence / Medical / Gravity Drive)
  • 3. Engineering (Tomb / Blood / Countdown / Outer Door / Bio Scan)
  • 4. The Event Horizon (Weir / Event Horizon)
4
Sending
Ocena czytelników:
4 (2 głosów)

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

All Quiet On the Western Front

All Quiet On the Western Front

Na Zachodzie bez zmian   Wojna, wojna nigdy się nie zmienia... Powstało i nadal powstaje wiele filmów o wojnie lub z wojną w tle. Bardziej lub mniej z nich wynika, że wojna nigdy nie przynosi niczego dobrego. Chyba, że dla kogoś dobra jest śmierć, zniszczenie...

Book of Boba Fett, The

Book of Boba Fett, The

Księga Boby Fetta   Rozszerzania uniwersum Gwiezdnych wojen na małym ekranie ciąg dalszy. Po sukcesie „Mandalorianina” część odpowiedzialnej za niego ekipy (scenarzysta Jon Favreau oraz reżyserzy Dave Filoni i Robert Rodriguez – cała trójka jako producenci) i...

Home Before Dark: Season 1

Home Before Dark: Season 1

Powoli Apple TV+ zaczyna dorównywać innym platformom streamingowym, choć nie realizuje aż tylu tytułów co Netflix czy Prime Video. Na pewno jednym z wartych uwagi jest „Home Before Dark” – kryminalna historia dziennikarskiego śledztwa Hildy Lisko, która z rodziną...