Ender’s Game
Kompozytor: Steve Jablonsky
Rok produkcji: 2013
Wytwórnia: Varese Sarabande / Colosseum
Czas trwania: 70:40 min.

Ocena redakcji:

 

Już sam tytuł filmu idealnie obrazuje dzisiejszą sytuację Hollywood – to jedna wielka gra bez ładu i składu, a często także i bez pomysłu, która potrafi zabić najlepsze nawet zamiary niemalże w zarodku. „Grę Endera” – od lat wyczekiwaną ekranizację wielokrotnie nagradzanej, kultowej powieści s-f Orsona Scott Carda – spotkał właśnie taki los. Zapędy włodarzy doprowadziły do problemów produkcyjnych, co skończyło się m.in. na wymianie części ekipy, w tym kompozytora. W rezultacie otrzymaliśmy wielce nierówny półprodukt, który zupełnie nie wykorzystuje potencjału, jaki w nim drzemał, nawet jeśli sam w sobie jest wierną adaptacją książkowych stron. Jednak b-klasowy kompozytor – w porównaniu z Jamesem Hornerem, który był początkowo przypisany do projektu – oraz nie do końca udana fabuła nie muszą zwiastować od razu złej ilustracji. Wszak pod względem muzycznym wciąż było to pole nieograniczonych możliwości. No właśnie… było.

 

jablonsky-2681501-1590001039Zacznijmy od plusów, które trafiają się nawet w najgorszych produktach. Otóż całkiem nieźle prezentuje się otwierający krążek „Ender’s War”, w którym usłyszymy motyw przewodni partytury. Co prawda o jakiejkolwiek oryginalności możemy tu zapomnieć, ale temat jest odpowiednio mocny i na tyle atrakcyjny, by tchnąć w nas nadzieję na solidny, przygodowy soundtrack. Niestety, w ostatecznym rozrachunku okaże się on jednym z jego nielicznych, jasnych punktów.

 

Drugim jest z pewnością romantyczne „The Battle Room”, czyli na dobrą sprawę jedyny moment płyty, który autentycznie wybija się w samym filmie. Tu jednak także należy się nastawić na powtórkę z rozrywki, gdyż jest to nic innego, jak kolejna w ostatnich miesiącach („Rush” Zimmera może pochwalić się podobnym zagraniem) kopia „Gry o Tron” – i to naprawdę chamska (a przy tym nie ostatnia tutaj). Jak na ironię jednak, znana wszem i wobec melodia w danej, lirycznej aranżacji na wiolonczelę (instrument ten powraca w przekroju całości wielokrotnie) oraz przepuszczone przez syntezatory tło po prostu ujmuje i nawet spełnia swe zadanie względem ekranowych wydarzeń (lot i ćwiczenia w stanie nieważkości). Na tym jednak plusy się kończą.

 

Reszta tej (dodajmy, iż dużo za długiej) płyty to chodzący schemat postincepcyjnej muzyki filmowej. Wszechobecne „BRRRAAWWRWRRMRMRMRMM!”, jednolity, elektroniczny action score bez wyrazu oraz eteryczny sound design zamiast faktycznej muzyki to norma u większości z pozostałych 19 ścieżek, z których kilka („Salamander Battle” lub „Dragon Army”) pewnikiem spodoba się osobom lubiącym takie klimaty, ale na dłuższą metę i po raz n-ty z rzędu zwyczajnie męczy, nudzi, irytuje. I to nie tylko na płycie, ale i podczas seansu, w którym pozostaje wciąż taka sama, bez względu na to, co akurat dzieje się na ekranie i kogo widzimy w akcji. Szczęśliwie efekty dźwiękowe zabijają część tej pseudo muzyki, o co naprawdę nie trudno, biorąc pod uwagę niemal zerowe ambicje kompozytora.

 

Cóż, film w kinach, płyta w sklepach, Horner w domu. Już pozamiatane. Teraz jedynym, co pozostaje jest zwyczajne olanie wątpliwego dokonania Steve’a Jablonsky’ego (konsekwentnie trzymającego złą formę, której powoli staje się synonimem). Nie warto kupować tej płyty, nie warto ściągać jej z internetu i tracić czasu na odsłuch. Nawet nie warto patrzeć w stronę okładki (swoją drogą niezgorszej). Nie jest to może dno dna – w samej końcówce Jablo zdaje się zresztą budzić z marazmu, siląc się na osobliwe eksperymenty brzmienia. Próbuje też nadać partyturze jakiejś tożsamości za pomocą m.in. chórów i wokaliz – o wiele za późno jednak, bym najniższą możliwą notę wystawił bez jakiejkolwiek nuty zwątpienia lub żalu…

 

 

P.S. Jakby to kogoś interesowało, to w filmie pojawia się jeszcze piosenka „Peace Sword in B Minor (Open Your Heart)” grupy The Flaming Lips.

Autor recenzji: Jacek Lubiński
  • 1. Ender's War
  • 2. Stay Down
  • 3. Battle School
  • 4. Move It Launchies
  • 5. The Battle Room
  • 6. Mind Game Part 1
  • 7. Salamander Battle
  • 8. Mind Game Part 2
  • 9. Dragon Army
  • 10. Dragons Win
  • 11. Bonzo
  • 12. Ender Quits
  • 13. Mazer Rackham
  • 14. Enemy Planet
  • 15. Command School
  • 16. Graduation Day
  • 17. Final Test
  • 18. Game Over
  • 19. The Way We Win Matters
  • 20. Ender's Promise
  • 21. Commander
1
Sending
Ocena czytelników:
0 (0 głosów)

7 komentarzy

  1. Łukasz Waligórski

    Jest naprawdę aż tak źle? I jak ja mam teraz Steve’a o wywiad prosić jak mu taką ocenę wystawiamy 😉

    Odpowiedz
  2. Mefisto

    Zawsze możesz napisać kontrrecenzję piątkową 🙂

    Odpowiedz
  3. Mystery

    Jakoś tak szczególnie złe to nie jest, tylko strasznie nudne i nijakie, ale co do otwierającego utworu zgoda, dobry track i temat i szkoda, że reszta nie potoczyła się w tą stronę.

    Odpowiedz
  4. Sinak

    Jablonsky jak Jablonsky…kopiuje, powtarza się, czasem nudzi nijakością….jednak pomimo wszystko Jego prace są słuchalne i jak się usunie niektóre utwory z płyt, można odczuć jakąś frajdę z przesłuchania jego „kompozycji”. Uważam jednak, iż dawanie jednej nutki wieje lekką przesadą, gdyż na taką notę zasługują już skrajne bluźnierstwa symfoniczne, które zaśmiecają rynek muzyczny. W moim odczuciu płyta zasługuje na 2,5 nutki, jak się usunie pewne miałkie utwory dąłbym nawet 3. Myślę, że często ocena danej płyty, pomimo bardzo rzeczowego opisu jej zawartości, wynika z nastawienia danego recenzenta do danego autora muzyki. Może dobrym sposobem by było recenzować płytę nie wiedząc z czego jest i kto ją komponował, a następnie dodawać, bądź odejmować punktację za to jak odnajduje się w obrazie. Pozdrawiam.

    Odpowiedz
  5. Mefisto

    No popatrz, Steamboy też jest Jablonsky’ego, a płyta świetna, więc Twoja teoria rozbija się o beton. Poza tym nie zamierzam łagodzić mojej oceny, tylko dlatego, że na płycie jest parę lepszych utworów i jak się usunie pozostałe (czyli jakieś 90% płyty!) to będzie to słuchalne. Toż to jakiś nonsens. Zresztą byłem gotowy dać wyższą ocenę, gdyby muzyka dobrze działała w samym filmie – niestety i tam wypada poniżej przeciętnej, co zresztą uwzględniłem w recenzji. Tyle. Pozdrawiam także.

    Odpowiedz
  6. Andy

    Hehe;)

    Odpowiedz
  7. misza63

    Także nie rozumiem recenzji Mefisto. To prawda muzyka nie olśniewa ale nie jest jakoś tragicznie… tym bardziej, że jest wiele „smaczków” (The Battle Room), które na płycie brzmią fajnie, a w filmie są wręcz fenomenalne. Tak – mogło być lepiej, tak oczekiwałem więcej dlatego ode mnie tylko i aż trzy nuty.

    Odpowiedz

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

„Anna” i wampir

„Anna” i wampir

„Wampir z Zagłębia” – to jedna z najgłośniejszych spraw kryminalnych PRL-u lat 70. Niby schwytano sprawcę i skazano go na śmierć, ale po wielu latach pojawiły się wątpliwości, co pokazały publikowane później reportaże czy nakręcony w 2016 roku film „Jestem mordercą”....

Bullitt

Bullitt

There are bad cops and there are good cops – and then there’s Bullitt Ten tagline mówi chyba wszystko o klasyce kina policyjnego przełomu lat 60. i 70. Film Petera Yatesa opowiada o poruczniku policji z San Francisco (legendarny Steve McQueen), który ma zadanie...

Halston

Halston

Roy Halston – zapomniany, choć jeden z ważniejszych projektantów mody lat 70. i 80. Człowiek niemal cały czas lawirujący między sztuką a komercją, został przypomniany w 2021 roku dzięki miniserialowi Netflixa od Ryana Murphy’ego. Choć doceniono magnetyzującą rolę...