Deep Rising
Kompozytor: Jerry Goldsmith
Rok produkcji: 1998
Wytwórnia: Hollywood Records / Cutting Edge / Edel
Czas trwania: 32:12 min.

Ocena redakcji:

 

Stephen Sommers nie należy raczej do czołówki światowych reżyserów i nie wychodzi ponad solidnego rzemieśnika. Twórca „Mumii” potrafi się jednak odnaleźć w kinie rozrywkowym bez problemów, wobec czego nawet najgorsze jego filmy mogą się podobać. „Śmiertelny rejs” jest chyba najlepszym tego przykładem. B-klasowa produkcja z całkiem niezłą obsadą (m.in. Famke Janssen, Wes Studi i Djimon Hounsou) to coś, co śmiało można określić mianem wstydliwej przyjemności. Mimo zerowych aspiracji, miałkiej fabuły, niewielkiego budżetu i efektów, jakie trochę postarzały się przez lata, można się przy nim dobrze rozerwać.

 

goldsmith-4662683-1590001301Jeszcze lepiej idzie się bawić przy muzyce. Za tą odpowiedzialny jest nie kto inny, jak Jerry Goldsmith, co w latach 90. nie było żadną niespodzianką, gdyż legendarny kompozytor częstokroć brał wątpliwej jakości projekty – bywało, że nawet po kilka rocznie. Jeszcze częściej jego ilustracje okazywały się jedynymi naprawdę wartymi uwagi elementami projektów, do jakich powstały. Podobnie jest i tutaj – muzyka zdecydowanie przerasta film, dodając mu zresztą sporo punktów do atrakcyjności i awanturniczego zacięcia.

 

Sommers wcześniej nie wiązał się z żadnym kompozytorem, choć robotę u niego łapali tacy wyjadacze, jak choćby Bill Conti czy Basil Poledouris. Goldsmith jako pierwszy otrzymał propozycję dalszej współpracy, co zaowocowało wyżej przytoczoną już „Mumią”. Słuchając „Deep Rising” nie trudno zrozumieć dlaczego tak się stało. Pomijając echa późniejszej reinkarnacji Imhotepa, Goldsmith napisał mu bowiem czysto przygodową, niekiedy epicką i mocno bombastyczną ścieżkę, która spokojnie żyje sobie także własnym życiem.

 

Z tego względu króciutki, blisko półgodzinny album (kiedyś cecha charakterystyczna większości płyt Goldsmitha) wchodzi jak w masło, zapewniając solidną dawkę adrenaliny. Przeważający, pędzący na złamanie karku action score wypełniony jest wieloma fajerwerkami, do jakich Goldsmith przez lata nas przyzwyczaił: potężna sekcja dęta i smyczkowa, bębny i odrobinę toporna, ale jednak bardzo nośna elektronika. Składa się to na – być może nie do końca ociosaną i niezbyt zróżnicowaną tematycznie, ale wyjątkowo atrakcyjną – emocjonującą partyturę, od jakiej trudno jest się oderwać.

 

 

Takie utwory, jak „Underwater Grave”, końcówka „Leila's Gone” czy wybuchowe duo wieńczące całość – „E Ticket” i „Hang On” – to wysokooktanowy Jerry na najwyższych obrotach. Owszem, nie są to może najlepsze minuty w jego karierze, brzmienie orkiestry bywa miejscami przyciężkie i niezbyt wyszukane, a i sporo tu ‘tanich’ chwytów oraz rozwiązań, jakie bywają mocno wtórne względem reszty twórczości kompozytora. Ale to bez wątpienia jeden z najbardziej bezpretensjonalnych Goldsmithów, z jakimi miałem przyjemność obcować. To muzyka pozbawiona hamulców i głębi, lecz jednocześnie przepełniona pasją i, co ważniejsze, olbrzymią energią, jaka bez problemu udziela się także odbiorcy. Słychać wyraźnie, że twórca czerpał przyjemność z tworzenia tej muzyki. I być może dlatego jest ona taka fajna, bo niczego nie udaje, nie maskuje, a po prostu dobrze się słucha – nawet, kiedy nie spełnia akurat swej podstawowej roli.

 

Oczywiście nie jest to idealny krążek – chociaż materiału jest niewiele, to jednak potrafi odrobinę nużyć w środku płyty. Posępny underscore, jaki wyziera z „Wet Repairs” i z ciut przydługiego, bo aż 7-minutowego „Let's Make A Deal” zabijają nieco radość z odsłuchu, a i „Lost Communication” nie należy do najlepszych momentów tej pracy. Lecz pomimo tych drobnych przestojów wciąż jest to zaskakująco satysfakcjonujący tytuł, warty polecenia. Czas przy nim mija naprawdę szybko i jak najbardziej nadaje się on do wielokrotnego użytku.

 

P.S. W filmie usłyszeć można jeszcze następujące utwory źródłowe: „Lady Luck” Briana Setzera, dwie wersje „Girl From Ipanema” Antonio Carlosa Jobima oraz „Amano-Naru-Tatsuo Dai-Kagura”, „Shudan” i „Fujin” grupy tradycyjnych japońskich bębniarzy, Yakudo.

Autor recenzji: Jacek Lubiński
  • 1. Underwater Grave
  • 2. Lost Communication
  • 3. Collision Course
  • 4. Boarding
  • 5. Wet Repairs
  • 6. Let's Make a Deal
  • 7. Wall of Water
  • 8. Leila's Gone
  • 9. E Ticket
  • 10. Hang On
4
Sending
Ocena czytelników:
4 (2 głosów)

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

People Meet and Sweet Music Fills the Heart

People Meet and Sweet Music Fills the Heart

Ludzie spotykają się i miła muzyka rodzi się w sercach Krzysztof Komeda – kompozytor, o którym niby wiemy dużo, ale tak naprawdę nie wiemy nic. Najbardziej znane są jego dzieła jazzowe oraz kooperacja z Romanem Polańskim, jednak to tylko wycinek większej całości. O...

All Quiet On the Western Front

All Quiet On the Western Front

Na Zachodzie bez zmian   Wojna, wojna nigdy się nie zmienia... Powstało i nadal powstaje wiele filmów o wojnie lub z wojną w tle. Bardziej lub mniej z nich wynika, że wojna nigdy nie przynosi niczego dobrego. Chyba, że dla kogoś dobra jest śmierć, zniszczenie...

Book of Boba Fett, The

Book of Boba Fett, The

Księga Boby Fetta   Rozszerzania uniwersum Gwiezdnych wojen na małym ekranie ciąg dalszy. Po sukcesie „Mandalorianina” część odpowiedzialnej za niego ekipy (scenarzysta Jon Favreau oraz reżyserzy Dave Filoni i Robert Rodriguez – cała trójka jako producenci) i...