Days of Heaven
Kompozytor: Ennio Morricone
Rok produkcji: 1979
Wytwórnia: Pacific Arts
Czas trwania: 36:38 min.

Ocena redakcji:

 

Przeglądając  filmografię Ennio Morricone, trudno przeoczyć "Dni niebios"; nagroda BAFTA i nominacja do Oscara to dla wielu, nawet nie śledzących z zapałem pracy mistrza, wystarczająca rekomendacja, by sięgnąć po płytę. Ostrzegam więc, że mogą się zawieść. Muzyka do tego filmu jest niełatwa, co wcale nie oznacza, iż nieudana.

 

Morricone postawił tym razem na melodyczny minimalizm. Począwszy od pierwszego utworu przez niemal całą płytę mamy do czynienia z prostymi, a dzięki temu wyróżniającymi się tematami o różnym charakterze. Po dwóch utworach innych kompozytorów i dialogu (o tym za chwilę) kompozycję samego Morricone otwiera "Harvest" – typowy utwór minimalistyczny, zapętlony krótki motyw z kilkoma mostkami i jasnym instrumentarium (flet, klarnet, na koniec smyczki). Nie przypomina on jednak dokonań na tym polu Philipa Glassa, Morricone bowiem stworzył własną definicję minimalizmu, co dobrze w "Dniach niebios" widać. Włoski kompozytor nie narzuca sobie matematycznego wzoru na pętlę. Pozwala tematowi w pewnych momentach uwolnić się z matrycy i na chwilę się rozwinąć, wybrzmieć.

 

morricone-6745982-1590001057Minimalizm Morricone jest zatem mniej hipnotyczny, ale za to szalenie eklektyczny. Doskonale sprawdza się zarówno w utworach spokojnych (niezwykły "The Return"), jak i żwawych, ilustrujących akcję ("The Chase"). Stosuje również bardzo prosty zabieg konstrukcyjny, włączając na zasadzie kontrapunktu drugą linię melodyczną do granego motywu. Dzięki temu utwory pozornie proste stają się bardziej złożone i przez to ciekawsze.

 

Chociaż  pod znakiem minimalizmu wybrzmiewa niemal cała płyta, włoski mistrz pozwolił sobie również na skomponowanie klasycznego w formie tematu. Liryczny "Happiness" to utwór lekki, ciepły, który z czasem nieco przyspiesza, nie tracąc przy tym swojego sielskiego charakteru, przypomina w tym (a także w pracy fortepianu) temat z "Cinema Paradiso". Jest to jedna z tych melodii, do której chętnie się wraca niezależnie od całej ścieżki, tworzy bowiem zwartą całość nie tylko melodycznie, ale i poprzez autonomicznie wytworzoną atmosferę.

 

Obok znakomitych utworów pojawia się także, nie bardzo wiem po co, ponad siedmiominutowy "Fire". Przez niecałe dwie minuty ciągnie się nieprzyjemny underscore przeradzający się w melodycznie ubogi motyw fletu, ustępującemu miejsca klarnetowi, smyczkom i kolejnym instrumentom. "Fire" w żadnym razie nie funkcjonuje jako całość, raczej zbiór luźno splecionych, chaotycznych pół-motywów i ma wyłącznie ilustracyjny charakter. Jest to jednak jedyna tak poważna rysa na fakturze całości, a wieńczące krążek "Ashes and Dust" oraz "Days of Heaven" skutecznie neutralizują złe wrażenie.

 

Oprócz kompozycji samego Morricone pojawiają się także utwory dodatkowe, o których wspominam jedynie pro forma. "The Aquarium" Saint-Seansa (było nie było pierwszego kompozytora muzyki filmowej) pasuje co prawda do utworów Włocha (jego echa można zresztą odnaleźć w "Harvest"), ale już folkowe dzieła Kottke’go i Kershawa, chociaż same w sobie udane, są na płycie zupełnie niepotrzebne.

 

Jak w takim razie wygląda obraz całości? "Dni niebios" są  kompozycją udaną, ale zdecydowanie zbyt krótką. Mimo że Morricone w większości utworów korzysta z tych samych instrumentów (przede wszystkim fletu i klarnetu), kolejne ścieżki za bardzo różnią się nastrojem, by wytworzyła się spójna całość. Chociaż więc niektóre fragmenty to prawdziwe perełki, nie sprawdzają się w konstrukcji całej płyty. Z tego względu jej odbiór wymaga pewnego skupienia, w przeciwnym razie można przesłuchać ją całą, nie usłyszawszy w rezultacie żadnego utworu. Dużo jest w tym winy producenta krążka, który nie tylko zniweczył masę potencjału poszczególnych utworów, ale także nie wykorzystał wszystkich obecnych w filmie, a sprawdzających się w nim wzorcowo. Dlatego ci, którzy film znają mogą czuć się zawartością płyty zaskoczeni i zawiedzeni. Zachęcam jednak do podjęcia próby, gdyż niektóre utwory ("The Return", "Happiness") mogą się spodobać nie tylko zagorzałym miłośnikom twórczości Morricone, ale każdemu, kto przepada za solidnymi, autonomicznymi utworami. Jest to bowiem tego rodzaju krążek, który jako całość szybko ulega zapomnieniu, ale którego poszczególne fragmenty zostają zapamiętane na długo. 

Autor recenzji: Jan Bliźniak
  • 1. The Aqaurium - Carnival Of Animals – Camille Saint-Saëns
  • 2. We Used To Do Things – dialog - Linda Manz
  • 3. Enderlin – Leo Kottke
  • 4. Harvest
  • 5. Threshing
  • 6. Happiness
  • 7. The Honeymoon
  • 8. Swamp Dance – Doug Kershaw
  • 9. The Return
  • 10. The Chase
  • 11. The Fire
  • 12. Ashes & Dust
  • 13. Days Of Heaven
4
Sending
Ocena czytelników:
0 (0 głosów)

1 komentarz

  1. Mefisto

    Muzyka w filmie zdecydowanie na 5, a nawet 6. Album zresztą też zgrabnie ułożony, więc dałbym solidne 4,5 – szczególnie, że to magiczna kompozycja. Może warto pokusić się także o reckę rozszerzonego wydania, które niestety rozmywa dla mnie atmosferę całej pracy.

    Odpowiedz

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

People Meet and Sweet Music Fills the Heart

People Meet and Sweet Music Fills the Heart

Ludzie spotykają się i miła muzyka rodzi się w sercach Krzysztof Komeda – kompozytor, o którym niby wiemy dużo, ale tak naprawdę nie wiemy nic. Najbardziej znane są jego dzieła jazzowe oraz kooperacja z Romanem Polańskim, jednak to tylko wycinek większej całości. O...

All Quiet On the Western Front

All Quiet On the Western Front

Na Zachodzie bez zmian   Wojna, wojna nigdy się nie zmienia... Powstało i nadal powstaje wiele filmów o wojnie lub z wojną w tle. Bardziej lub mniej z nich wynika, że wojna nigdy nie przynosi niczego dobrego. Chyba, że dla kogoś dobra jest śmierć, zniszczenie...

Book of Boba Fett, The

Book of Boba Fett, The

Księga Boby Fetta   Rozszerzania uniwersum Gwiezdnych wojen na małym ekranie ciąg dalszy. Po sukcesie „Mandalorianina” część odpowiedzialnej za niego ekipy (scenarzysta Jon Favreau oraz reżyserzy Dave Filoni i Robert Rodriguez – cała trójka jako producenci) i...