Kino i gry komputerowe to bardzo trudna relacja jest. Mimo, że od pierwszej filmowej ekranizacji minęło 25 lat, to udane adaptacje tego bardzo młodego medium trudno znaleźć. Wydawało się, że „Assassin’s Creed” przełamie ten trend, dając nadzieję, że się tym razem uda. Za sterami utalentowany reżyser, przed kamerą bardzo uznani aktorzy (Michael Fassbender, Marion Cotilliard, Jeremy Irons, Charlotte Rampling) i widać wiele elementów wspólnych z grą (Animus, podróże w przeszłość, walka Asasynów z Templariuszami). Co mogło pójść nie tak? Wszystko. Pozbawiona sensu i emocji fabuła, pseudofilozoficzne gadki o wolnej woli, sensie życia, zaś akcji tyle, co kot napłakał. W dodatku jest to podane w tak poważny sposób, że jest to nie do strawienia. Widać było, że to miała być część większej całości, której (prawdopodobnie) nigdy nie zobaczymy.
Miałem nadzieję, że może chociaż oprawa muzyczna będzie co najmniej przyzwoita. Oczywiste było, iż odpowiadać za nią będzie brat reżysera, muzyk rockowej formacji The Mess Hall – Jed Kurzel. Kompozytor nie jest za bardzo ceniony w środowisku fanów muzyki filmowej – głównie za ubogość brzmienia oraz monotonię – jednak miewał przebłyski („Obcy: Przymierze”). Czy udało mu się spełnić zadanie zbudowania klimatu i jest to dzieło godne dokonań oprawy audio z gier?
Odpowiedź brzmi: nie. Całość opiera się na jednym motywie, który przewija się przez niemal cały soundtrack. Niby brzmi egzotycznie i tajemniczo (wolne dźwięki smyczków, bębny z perkusją) i ma w dodatku podkręcone dźwięki perkusjonaliów niemal żywcem wziętych z „Mrocznego Rycerza”, Powolne, minorowe smyczki budując mroczną atmosferę, do tego dochodzi orientalna perkusja, coraz bardziej zaostrzająca pozostałe nuty, zmieniając tempo na bardziej dynamiczne za pomocą sampli. Jest to podstawa z jednej strony związana z Aguilarem, przodkiem Lyncha oraz samym Lynchem, nadająca im mistyczny charakter. Z drugiej jest to fundament (przynajmniej po części) muzyki akcji, jak w przypadku końcówki „The Execution”.
Drugi motyw dotyczy tajemniczej organizacji Abstergo i oparty jest na trzech nutach wygrywanych przez smyczki. Pierwszy raz pojawia się w przywołanym już „The Execution”, potrafi też oczarować pulsującą elektroniką wymieszaną z brzmieniem fortepianu (najbliższe oprawom z gier „Abstergo”) czy bardziej majestatycznym (jak na tego typu formę) „The Animus” z nasilającymi się smyczkami oraz samplowymi wstawkami. Tylko, ze kontekst wykorzystywania tej melodii wywołuje poczucie dezorientacji, wrzucany niemal w każdej możliwej sytuacji.
Action score jest robiony na dzisiejszą modłę imitacji Hansa Zimmera, a mocniej obecny jest w „First Regression” oraz „Second Regression” i dotyczy głównie akcji w przeszłości. Nerwowe uderzenia perkusjonaliów, powolne, quasi-orientalne dźwięki wiolonczeli, intensywne smyczki, różne sample imitujące oraz gitara elektryczna. Na ekranie to potrafi zbudować napięcie i ma swój rytm, jednak poza nim potrafi znużyć topornością wykonania. Niby tworzy lekko narkotyczny klimat, ale brakuje w nim czegoś więcej.
Chciałbym napisać coś więcej niż to, że „Assassin’s Creed” to solidne rzemiosło zrobione bez błysku i zarżnięte przez nadmierne wykorzystywanie motywów na jedno kopyto. Kurzelowi albo zabrakło jakiegoś rozbudowanego pomysłu albo odrobiny finezji. Nawet pozornie liryczne fragmenty („The Cure for Violence”) wydają się takie płytkie, nudne, wzięte wprost z bazy muzycznej, a nie napisane. Ostatecznie ilustracja ta otrzymuje ode mnie bardzo naciągane 3 nutki, bo z podstawowego zadania się wywiązuje.
0 komentarzy