Abandoned, The
Kompozytor: Alfons Conde
Rok produkcji: 2008
Wytwórnia: MovieScore Media
Czas trwania: 46:25 min.

Ocena redakcji:

Muzyka do filmu "The Abandoned" to kolejne dzieło Alfonsa Conde, które przychodzi mi recenzować. Płyta premierę miała w roku 2008, jednak film na ekranach pojawił się w 2007. Podobnie, jak "The Dark Hour", jest to mniej znana produkcja, która nie zrobiła i raczej już nie zrobi większego zamieszania w światku kinomanów. Niejaki Nacho Cerda postanowił nakręcić historię rosyjskiej kobiety adoptowanej w dzieciństwie przez amerykańską rodzinę. Dziewczynka dorasta i zostaje producentką filmową. Pewnego dnia dowiaduje się, iż znaleziono ciało jej biologicznej matki. Wraca więc do Rosji i okazuje się, że odziedziczyła wielką posiadłość. Robi się wielki szum, że niby tam straszy, dom jest nawiedzony i takie tam. Ot, cała opowiastka, w której motywem przewodnim jest rozwikłanie zagadki tajemniczej śmierci. Brzmi zachęcająco? Niekoniecznie. Zdecydowanie bardziej działa, jak opinia o powyższym spadku – mierzi i odstrasza. A muzyka? Już piszę.

Otóż, po bardzo dobrym soundtracku do "La Hora Fria" spodziewałem się dźwięków równie satysfakcjonujących, interesujących i nietuzinkowych. Żywiłem cichą nadzieję na kolejną porcję sztuki wysmakowanej i pobudzającej zmysły. Niestety, okazało się, iż Alfons Conde jest twórcą wielce jednowymiarowym. Jednym słowem, rozczarował. Nie zaproponował nic, co mógłbym zakwalifikować do kategorii: nowe, zaskakujące, ciekawe. Co więcej, pokuszę się o stwierdzenie, iż popełnił autoplagiat.

conde-8673424-1590001128Wszystko to, co możecie usłyszeć na ścieżce dźwiękowej do "The Dark Hour" zostało skopiowane prawie nuta w nutę przy okazji filmu Nacho Cerdy. Odbiera mi to tym samym możliwość fachowej oceny takiej muzyki. Cała przyjemność, jaką mogłoby mi dać przesłuchanie dźwięków ilustracyjnych do filmu "Los Abandonados" (oryginalny tytuł), została zastąpiona notorycznym poczuciem nazywanego "z francuska" deja vu. Podobne stopniowanie emocji, zbliżone struktury utworów, prawie identyczne instrumentarium, którego poszczególne części zdają się występować po sobie w tej samej kolejności. Nawet wydaje się, iż skrzypce wybrzmiewają identycznie. Flet nadaje podobnej dramaturgii, sekcja dęta znów skocznie pogrywa, a wiolonczela, czy też kontrabas pojawiają się w tych samych momentach i zapewne akcentują podobne wydarzenia na ekranie.

Oczywiście, jak się dobrze wsłuchamy, to na pewno kilka frapujących fragmentów znajdziemy ("Main Titles", "The Journey"). Jednak jest pewien drobny szczegół, który różni obie te płyty. Mianowicie, jakość wykonania i stopień zaangażowania. W kompozycjach nie czuć serca, uczuć, ani pasji. Zdecydowana większość brzmi, jak kolejne zlecenie do odbębnienia. Nagle, podobna muzyka tego samego kompozytora stała się oczywista, przewidywalna i do bólu przeciętna. Z chwilą pojawienia się elementów doskonale mi już znanych, czyli zjawiskiem zjadania własnego ogona cała magia wyparowała. To, co tak bardzo cieszyło moje uszy kilka dni wcześniej, teraz wywołuje oznaki znużenia i zniechęcenia. Wszyscy wiemy, jak to jest: odgrzewany kotlet nie smakuje tak samo dobrze, a wielokrotnie opowiadany dowcip już nas nie śmieszy. Muzyk ewidentnie poszedł po najcieńszej linii oporu. Jedni nazwą to własnym stylem, ja uznaję to za brak kreatywnego myślenia o muzyce. W czasach, gdy twórcy są otwarci na nowe doznania, mają wiele pomysłów, tkwi w nich energia i chęć tworzenia, Hiszpan jawi się, jako zatwardziały konserwatysta. Trzyma się swoich racji. Conde kilka lat temu wszedł na obraną przez siebie drogę i śmiem sądzić, że nie zamierza z niej zbaczać. Szkoda, bo facet ma talent i mógłby stworzyć coś doprawdy niezwykłego. Niestety, nie da się tego zrobić drepcząc ciągle w tym samym kierunku.

Zapytacie, czy soundtrack do filmu "The Abandoned" jest dobry. Będę musiał Was, Drodzy Melomani, rozczarować. Nie wiem. Komuś, kto nie miał do czynienia z poprzednimi dokonaniami kompozytora urodzonego w Barcelonie, być może będzie się ta muzyka podobała. Jest refleksyjna, senna, spokojna. Na moje nieszczęście, wciąż chodzi mi po głowie jedno słowo: wtórność. Jest to nic innego, jak nieudolna kopia własnego dzieła. Panie Alfonsie, trochę wstyd.

Autor recenzji:
  • 1. Main Titles
  • 2. Four at the Pigsty: Part 1
  • 3. Marie's Doppelganger
  • 4. Olga's Murder
  • 5. The Journey
  • 6. They're Our Deaths
  • 7. Four at the Pigsty: Part 2
  • 8. Awaiting Midnight
  • 9. Kitchen Reconstruction
  • 10. Escaping the House
  • 11. Killing Misharin
  • 12. Marie's Death
  • 13. Adagio: Color of Time (bonus track)
  • 14. Fireworks Overture (bonus track)
2
Sending
Ocena czytelników:
2 (2 głosów)

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

People Meet and Sweet Music Fills the Heart

People Meet and Sweet Music Fills the Heart

Ludzie spotykają się i miła muzyka rodzi się w sercach Krzysztof Komeda – kompozytor, o którym niby wiemy dużo, ale tak naprawdę nie wiemy nic. Najbardziej znane są jego dzieła jazzowe oraz kooperacja z Romanem Polańskim, jednak to tylko wycinek większej całości. O...

All Quiet On the Western Front

All Quiet On the Western Front

Na Zachodzie bez zmian   Wojna, wojna nigdy się nie zmienia... Powstało i nadal powstaje wiele filmów o wojnie lub z wojną w tle. Bardziej lub mniej z nich wynika, że wojna nigdy nie przynosi niczego dobrego. Chyba, że dla kogoś dobra jest śmierć, zniszczenie...

Book of Boba Fett, The

Book of Boba Fett, The

Księga Boby Fetta   Rozszerzania uniwersum Gwiezdnych wojen na małym ekranie ciąg dalszy. Po sukcesie „Mandalorianina” część odpowiedzialnej za niego ekipy (scenarzysta Jon Favreau oraz reżyserzy Dave Filoni i Robert Rodriguez – cała trójka jako producenci) i...