007: Casino Royale – complete score
Kompozytor: David Arnold
Rok produkcji: 2006
Wytwórnia: Sony BMG
Czas trwania: 88:12 min.

Ocena redakcji:

 

007, Bond… James Bond – to już nie tyle legenda, co tradycja. Tradycja kolejnych filmów o przygodach 'nieśmiertelnego' agenta MI6, które wchodzą do kin mniej więcej co 3 lata. I właśnie na naszych ekranach kolejna szpiegowska przygoda, tym razem w zupełnie nowej formie, z zupełnie nowym – bardziej ludzkim – bohaterem. Zresztą nie tylko sam Bond uległ zmianie, ale i wszystko, co dotyczy jego świata. Całość ewoluowała w zupełnie nowym kierunku i nie ominęło to również muzyki, za którą po raz 4 z rzędu odpowiada David Arnold. Muszę przyznać, iż jego udział w tym projekcie był dla mnie sporą niespodzianką. I nie chodzi tu o te ww. zmiany, jakie zaszły w uniwersum 007. Sam Arnold zarzekał się bowiem już jakiś czas temu, że jeśli Brosnan odejdzie, to i on odejdzie, gdyż to, co stworzył do tej pory było pisane stricte pod Brosnana właśnie. Trudno się nie zgodzić z takim stwierdzeniem, mając na uwadze jego poprzednie partytury i niewypał Serry do "Goldeneye". No, ale jednak Arnold wrócił – jak więc sprawdził się przy opisie Daniela Craiga?

Muszę powiedzieć, że "tak sobie". I to bardzo "tak sobie". Muzyka jest w większości zupełnie bezpłciowa, brakuje jej tego pazura i odrobiny fantazji, którymi charakteryzowały się poprzednie ścieżki. Arnold sporo pracy włożył w underscore i tym samym zapomniał nieco o całej reszcie. Brakuje chwytliwych nut i pamiętnych tematów, a o motywie przewodnim Bonda możemy praktycznie zapomnieć – pojawia się dopiero w "The Name's Bond… James Bond", o czym za chwilę. Dostajemy za to sporo, naprawdę sporo posępnego klimatu i multum underscore'u, który w filmie może i sprawdza się, ale na płycie (dodajmy przydługiej) zapomina się go już w trakcie słuchania. Zapomina się także o piosence, ale to już wina tego, że jej tu po prostu nie ma… Tak jest! Producenci zwyczajnie olali ją, dając nam w zamian ponad godzinę nieatrakcyjnej ilustracji. Fakt faktem, że i sama piosenka na kolana nie rzuca i jej staroświecki klimat mógłby 'pogrążyć' płytę jeszcze bardziej, ale piosenka to przecież też tradycja…

arnold-6589074-1590000987Przejdźmy jednak do konkretów – mamy 25 kawałków (a w specjalnym 'wydaniu' aż 38) zamykających się w 75 minutach. Sporo z nich jest śmiesznie krótkich, co niestety pogarsza i tak już niewielką radość z odsłuchu. Już po pierwszych kilku trackach słychać wyraźnie, że brakuje tu odrobiny polotu i luzu, czym przecież charakteryzuje się muzyka z tej serii. Utwory są… po prostu są – poza paroma chwilami brakuje w nich właściwie wszystkiego, do czego zostaliśmy przyzwyczajeni. Zamiast tego sporo jest chaotycznej muzyki akcji i jeszcze więcej mrocznego, mało przyjemnego (choć znowuż z wyjątkami) underscore'u. Słucha się tego tak, jakby Arnoldowi zabrakło pomysłów i przede wszystkim ochoty na opisanie najnowszych przygód agenta Jej Królewskiej Mości. Co gorsza, od ścieżki nr 8 dochodzi do tego zwyczajna w świecie nuda. Być może spowodowane jest to tym, iż ścieżka ta trwa aż 12 minut, ale od tego momentu (bądź, co bądź nieprzerwanej akcji) płyta wyraźnie zmierza do nikąd i nie dzieje się na niej nic – nic, co mogłoby pociągnąć za sobą słuchacza i zainteresować go. Do czasu…

Zarówno w filmie, jak i w muzyce to, co najlepsze, najbardziej porywające i efektowne zostawiono na sam koniec. Mimo iż wcześniej także się coś działo (całkiem niezłe "African Rundown", kolos "Miami International" oraz tradycyjne wypełniacze "Blunt Instrument" i "Stairwell Fight"), to dopiero sama końcówka staje się emocjonująca i potrafi zaabsorbować słuchacza. Co prawda każdy Bond najefektowniej prezentował się w finale, ale (muzycznie rzecz jasna) pomimo to już wcześniej potrafił sporo pokazać – i mam tu na myśli głównie poprzednie filmy z Brosnanem, gdzie muzyka Arnolda prezentowała się świetnie i to nie tylko na ekranie. Tym razem jednak kompozytor – w ramach wielkich zmian – dopiero w sześciu ostatnich ścieżkach udowadnia swoją bondowską klasę. Genialnie wręcz mieszają się tu piękne, miłosne motywy wraz z porywającą akcją. Te pierwsze ("City Of Lovers", "Death Of Vesper" i "The Bitch Is Death") stanowią uzupełnienie i rozwinięcie wcześniejszych 'kobiecych' nut ze ścieżek "Solange" i "Vesper", które jako jedyne wybijają z pośród dotychczasowych. I muszę przyznać, że ta część tej ścieżki od razu zdobyła moje serce. To zdecydowanie najlepsza robota Arnolda od czasu tematu "Paris and Bond" z "Tomorrow Never Dies". I to wszystko stworzone właściwie tylko za pomocą skrzypiec i fortepianu oraz skromnej sekcji dętej.

Odrobinę gorzej radzi sobie muzyka akcji zamykająca się w trzech kolejnych utworach: "The Switch", "Fall Of A House In Venice" i "The Name's Bond…James Bond". Nie porywa może ona jakoś specjalnie, szczególnie w porównaniu choćby z "The World is not Enough", ale i tak stoi o klasę wyżej od poprzedniej części płyty z "Miami International" włącznie. Oczywiście najlepszy z wszystkich utworów jest motyw przewodni pojawiający się w całej krasie w "The Name's Bond… James Bond". Tu Arnold jednak także poszedł w innym kierunku – sam temat jest bowiem powrotem do korzeni. Zupełnie brak tu jakiejkolwiek nowoczesności i współczesnej dynamiki, pachnie za to Barrym z okresu "Goldfingera". Można to porównać do ostatniego "Supermana", gdzie stary temat także został ponownie odświeżony. W obu tych przypadkach taki powrót okazał się znakomitym posunięciem, choć zupełnie nic nie wnoszącym do całości. To bardziej hołd legendzie, aniżeli pełnoprawna część całości, mimo iż nie można kwestionować jego obecności, gdyż po prostu musiał się tak czy inaczej pojawić. Z pewnością taki finał był w jakiś sposób zamierzony przez kompozytora, jednakże zupełnie nie ratuje on płyty. Spora w tym wina doboru materiału. Ponad godzina nudy, która poprzedza tenże finał, skutecznie zabija jakikolwiek klimat i oczekiwania.

 

Także Complete score – dostępny tylko na stronie iTunes Store – sytuacji nie ratuje. Więc jeśli ktoś ma nadzieję na to, że te 13 minut więcej tu coś zmienia, albo że zamieszczono tam coś naprawdę interesującego, to z żalem informuję, że nic takiego nie ma tu miejsca. Complete score (notabene nazwa nieco na wyrost) to najzwyklejsze w świecie rozszerzenie, które zmusza nas jedynie do spędzenia kilku chwil więcej z muzyką Arnolda. Owszem, są tam dość interesujące fragmenty, które gdyby umieścić je na zwykłym krążku – tym samym zastępując nimi inne utwory – to z pewnością trochę urozmaicenia by do niego wniosły, ale bez przesady. Te 13 utworów to kolejna dawka underscore'u, dodajmy śmiesznie krótkiego i zupełnie niepotrzebnego, nawet na 'specjalnym wydaniu'. Większość z nich to uzupełnienia konkretnych wydarzeń i tylko na ekranie jestem w stanie je docenić. Niektóre wykorzystują wątki opisane już wcześniej, a inne stanowią kolejną, dość lichą dodajmy, muzykę akcji, która większego wrażenia nie robi – tym bardziej, że właściwie wszystkie te dodatkowe utwory oscylują wokół minuty, a często nawet i tyle nie trwają.

 

Całość sprowadza się więc tylko do 5 w miarę ciekawych ścieżek ("Mongoose vs. Snake", "Bombers Away", "Brother From Langley", "Prelude To A Beating" i "I'm Yours"), z czego 3 ("Mongoose vs. Snake", "Brother From Langley" i "I'm Yours") zasługują moim zdaniem na większą uwagę i bardzo żałuję, że nie znalazły się na płycie. Zdecydowanie najwięcej uwagi zabiera "Mongoose vs. Snake" – to rytmiczny temat akcji oparty na bębnach i elementach afrykańskich. Naprawdę świetny kawałek, lepszy od całej płyty oficjalnej. Wielka szkoda, że nie znalazło się na niej miejsce dla niego. Drugi pamiętny temat to "Brother From Langley". Jak sama nazwa wskazuje jest to temat dotyczący postaci Felixa Leitera – jest to udane połączenie suspensu i krótkiej, acz dosadnej muzyki akcji. Naprawdę mi się spodobał. Trzecia z kolei ścieżka nie jest może aż tak znacząca, ale bardzo ładnie zaakcentowano w niej powracający temat miłosny. Ot, romantyczna, naprawdę przyjemna melodia na smyczki.

Poza tymi trzema najbardziej pamiętnymi dodatkami można też zwrócić uwagę na ww. "Bombers Away" i "Prelude To A Beating", które może niczym specjalnym nie zaskakują, ale stanowią porządne tło akcji. Takie tło dostajemy też jeszcze w "License: 2 Kills" czy "Running To The Elevator", ale te ścieżki nie zrobiły na mnie już większego wrażenia. Szczególnie ten drugi, zamykający już całkowicie płytę, wydaje się wycięty i niekompletny. Cała reszta idealnie odpowiada temu, co słychać na oficjalnym wydaniu, a więc sporo krótkich kawałków, które razem nie są jakoś wielce interesujące. Także poza większą ilością muzyki complete score nie stanowi wielkiej rewolucji w stosunku do 'zwykłego' krążka. Bondomaniacy będą tą pozycją w jakiś sposób zachwyceni, ale poza nimi niewiele osób będzie w stanie docenić ten, jakże przeciętny produkt spod znaku dwóch zer i siódemki.

 

Być może jest to cena, jaką trzeba było zapłacić za nowy wizerunek naszego ulubionego szpiega – zamiast potężnej pełnoorkiestrowej partytury, półprodukt (albo międzyprodukt – czas pokaże) zbudowany na posępnym underscorze i suspensie. Daniel Craig podpisał już umowy na kolejne części Bonda i zapewne będzie mu towarzyszył David Arnold, który dostanie szansę na rozbudowanie dotychczasowej, dość ubogiej mimo wszystko wizji. Myślę, że warto, gdyż seria ta ma spory potencjał muzyczny. Tym razem nie został on w pełni wykorzystany, a nawet uważam, że nieco specjalnie go zaprzepaszczono. Czas pokaże czy była to dobra decyzja…

Autor recenzji: Jacek Lubiński
  • 1. African Rundown
  • 2. Nothing Sinister
  • 3. Unauthorised Access
  • 4. Blunt Instrument
  • 5. CCTV
  • 6. Solange
  • 7. Trip Aces
  • 8. Miami International
  • 9. I'm The Money
  • 10. Aston Montenegro
  • 11. Dinner Jackets
  • 12. The Tell
  • 13. Stairwell Fight
  • 14. Vesper
  • 15. Bond Loses It All
  • 16. Dirty Martini
  • 17. Bond Wins It All
  • 18. The End Of An Aston Martin
  • 19. The Bad Die Young
  • 20. City Of Lovers
  • 21. The Switch
  • 22. Fall Of A House In Venice
  • 23. Death Of A Snack
  • 24. The Bitch Is Dead
  • 25. The Name's Bond... James Bond
  • 26. License: 2 Kills
  • 27. Reveal LeChiffre
  • 28. Mongoose vs. Snake
  • 29. Bombers Away
  • 30. Push Them Overboard
  • 31. Bedside Computer
  • 32. Beep Beep Beep Bang
  • 33. Inhaler
  • 34. Brother From Langley
  • 35. Prelude To A Beating
  • 36. Coming Round
  • 37. I'm Yours
  • 38. Running To The Elevator
3
Sending
Ocena czytelników:
3 (2 głosów)

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

All Quiet On the Western Front

All Quiet On the Western Front

Na Zachodzie bez zmian   Wojna, wojna nigdy się nie zmienia... Powstało i nadal powstaje wiele filmów o wojnie lub z wojną w tle. Bardziej lub mniej z nich wynika, że wojna nigdy nie przynosi niczego dobrego. Chyba, że dla kogoś dobra jest śmierć, zniszczenie...

Book of Boba Fett, The

Book of Boba Fett, The

Księga Boby Fetta   Rozszerzania uniwersum Gwiezdnych wojen na małym ekranie ciąg dalszy. Po sukcesie „Mandalorianina” część odpowiedzialnej za niego ekipy (scenarzysta Jon Favreau oraz reżyserzy Dave Filoni i Robert Rodriguez – cała trójka jako producenci) i...

Home Before Dark: Season 1

Home Before Dark: Season 1

Powoli Apple TV+ zaczyna dorównywać innym platformom streamingowym, choć nie realizuje aż tylu tytułów co Netflix czy Prime Video. Na pewno jednym z wartych uwagi jest „Home Before Dark” – kryminalna historia dziennikarskiego śledztwa Hildy Lisko, która z rodziną...