X-Men
Kompozytor: Michael Kamen
Rok produkcji: 2000
Wytwórnia: Universal / Decca
Czas trwania: 40:20 min.

Ocena redakcji:


Muzyka filmowa to ciekawy gatunek. Niekiedy łatwo się w nim zagubić, a w dzisiejszych – trzeba przyznać, że dość pokrętnych dlań – czasach, banalnie prosto jest wpaść w pułapkę. To wszak zjawisko wielce elastyczne, wobec czego nie raz i nie dwa trzeba zajrzeć mu w oczy, żeby wyłowić zeń to, co najlepsze, wytknąć to, co najgorsze i wyrobić sobie własne zdanie. A mówię o tym dlatego, iż czasem zdarza się tak, że nagle zmieniamy swoje opinie i poglądy względem muzyki, którą – zdawałoby się – znamy na wylot. Dla mnie jednym z ostatnich takich zwrotów była ilustracja do filmu „X-Men”.

 

Gwoli ścisłości: nie zamierzam tu wcale dowodzić swoich ewentualnych błędów we wcześniejszej ocenie i przyznawać się do jakiejkolwiek pomyłki, czy innych recenzenckich baboli. Nie jest to też wywracająca wszystko o 180 stopni analiza danej pracy. To zwyczajnie świeże spojrzenie na nią i próba wskazania jasnych i ciemnych stron w tej partyturze – a na to idealnie nadaje się oficjalne wydanie Universalu (choć i bootleg doczekał się swoistego ‘revisited’). Rzecz jasna wciąż uważam muzykę Kamena za pozycję naprawdę dobrą i solidną, tyle że nieco zmienił się mój punkt widzenia, co do niej. Ale po kolei…

 

kamen-9680368-1590000981Najczęstrzym zarzutem wobec tej ilustracji jest brak wyrazistości – że nie ma mocnego tematu przewodniego i bohaterskiej nuty, która jakoś charakteryzowałaby komiksowych bohaterów. I choć całości faktycznie brak konkretnych, pamiętnych fanfar, to cały problem polega na tym, że są mu one zupełnie niepotrzebne. Singer wcale nie stworzył filmu o superherosach, lecz ponurą i – w porównaniu z następnymi częściami – mroczą opowieść o wyalienowanej grupie osób z ‘problemami’, których sytuacja i posiadane zdolności zmuszają do walki o ogólnie pojęte dobro na świecie. Stąd też ilustracja Kamena jest w znacznej części dramatyczna, aniżeli heroiczna i nie rozpoczyna się fanfarami rodem z Supermana, lecz posępnym opisem obozu koncentracyjnego. I choć oczywiście same fanfary istnieją (zgrabny motyw rozpisany na smyczki i pokaźną sekcję dętą pojawia się w drugiej połowie „Ambush”, a następnie parokrotnie słychać go w kompozycjach odnoszących się do wielkiego finału, przykładowo w „The X-Jet”), to jednak są odpowiednio stonowane. Nie wybijają się na pierwszy plan, bo też i nie ma tu jednoznaczego bohatera, który by ten plan zapełniał – jest za to grupa indywidualistów, z których każdy czymś się wyróżnia. Także absolutnie nie zgodzę się z opinią, jakoby X-meni nie otrzymali trafnej ilustracji. Przeciwnie – Kamen dostosował się dobrze do klimatu i charakteru opowieści Singera i zgrabnie poradził sobie z jej opisem, co zresztą najlepiej udowadnia niesamowicie piękny, miłosno-liryczny „Logan and Rogue”, który zwieńcza ten krótki krążek, i który jest jednym z najlepszych i najbardziej przejmujących tematów, jakie wyszły spod ręki tego kompozytora.

 

Na drugim biegunie leży wątek odnoszący się do Magneto. On także pozostaje nieco w cieniu, dostosowując się raczej do poszczególnych wydarzeń, aniżeli je określając. A właściwie powinienem napisać „one”, gdyż na dobrą sprawę Magneto dysponuje aż trzema różnymi tematami, opisującymi także grupę ‘złych’ mutantów, którym przewodzi. Pierwszy temat słyszalny jest oczywiście w „Death Camp” i podkreśla tragiczną historię tej postaci, jej dramatyzm i późniejsze motywy działania. Drugi to „Magneto's Lair”, odnoszący się do jego aktualnych poczyniań i miejsca, w którym urzęduje – jego ‘królestwa’. W końcu trzeci – „Magneto Stand Off” – reprezentuje już w jakimś stopniu action score, a więc odpowiada za ilustrację występków naszego antgonisty, ze szczególnym wskazaniem na scenę porwania Rogue. Z oczywistych względów to właśnie ten ostatni motyw jest dla słuchacza najbardziej atrakcyjny – szczególne wrażenie robi niesamowity początek na smyczki. Wszystkie tworzą jednak ciekawe połączenie elektroniki z tradycyjną orkiestrą i brzmią bardzo metalicznie, a przez to naturalnie, biorąc pod uwagę charakter postaci. Oczywiście na płycie nie stanowią wielkiej atrakcji, ale w filmie spisują się jak należy – a o to przecież głównie chodzi.

 

logan-7772977-1590001213W oczach wielu, kamenowskie pomysły są także zbyt toporne, jak na – było nie było – superprodukcję. Być może. Wystarczy jednak zagłębić się w fenomenalną muzykę akcji, którą na albumie zawarto w czterech ścieżkach: „The X-Jet”, „Museum Fight”, „The Statue of Liberty” i „Final Showdown”. Wszystkie one odnoszą się do wielkiego finału filmu, który jest tyleż widowiskowy, co dramatyczny i niepewny w swej wymowie. To także zostało pięknie przez Kamena uchwycone, a że kompozytor ten nigdy nie tworzył jednoznacznej w odbiorze muzyki, toteż trudno się dziwić, że i ta część partytury została szybko i łatwo uznana za niewypał. Pomijam więc fakt, że na ekranie ten action score sprawdza się to o wiele lepiej, niż dobrze. Żeby w pełni go docenić, warto przysiąść nad nim chwilę i przyjrzeć mu się uważniej. Wtedy dostrzec można naprawdę interesujące elektroniczne tąpnięcia, towarzyszące nadlatującemu „X-Jetowi”, pięknie zawodzące wiolonczele i skrzypki, mistrzowsko opisujące postać Mystique i jej sztuczki w „Museum Fight”, czy też kapitalnie rozpisaną dramaturgię, którą podejmują po kolei różne sekcje orkiestry w potężnym „Final Showdown”. Tak, zgodzę się z tym, że często stosowana tu elektronika drażni, a niektóre z rozwiązań wydają się być już archaiczne, a całość nie zadowala w pełni. Ale i tak jest to muzyka niebanalna, której siła tkwi w szczegółach.

 

To właśnie na szczegółach opiera się w dużej mierze ta ilustracja – szczegółach takich, jak tajemnicze elektroniczne świsty, stonowane chóry i nagły wybuch gitary w „Ambush”; takich jak potężna dawka zabawy i nostalgii, którymi przesycone jest niespodziewanie optymistyczne „Mutant School”; albo też niesamowita, mizerna konstrukcja (stworzona także z ludzkich głosów!) powoli rozwijającego się „Cerebro”. Takie momenty pokazują, iż muzyka ta została mimo wszystko zrobiona z pomysłem, wyczuciem i sercem. Może nie wszystko zagrało w niej do końca, tak jak powinno, a i połowa tego składa się z niezbyt przystępnego underscore’u, który na pewno nie trafi do każdego. Niemniej jednak jest to płyta warta polecenia – to zwyczajnie dobra muzyka filmowa.

Autor recenzji: Jacek Lubiński
  • 1. Death Camp
  • 2. Ambush
  • 3. Mutant School
  • 4. Magneto's Lair
  • 5. Cerebro
  • 6. Train
  • 7. Magneto Stand Off
  • 8. The X-Jet
  • 9. Museum Fight
  • 10. The Statue Of Liberty
  • 11. Final Showdown
  • 12. Logan And Rogue
4
Sending
Ocena czytelników:
0 (0 głosów)

1 komentarz

  1. bladerunner22

    3 i to wcale nie jakaś mocne. Kamen się nie popisał, zdecydowanie słabsze to dla mnie od tego co zrobili następcy..

    Odpowiedz

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

People Meet and Sweet Music Fills the Heart

People Meet and Sweet Music Fills the Heart

Ludzie spotykają się i miła muzyka rodzi się w sercach Krzysztof Komeda – kompozytor, o którym niby wiemy dużo, ale tak naprawdę nie wiemy nic. Najbardziej znane są jego dzieła jazzowe oraz kooperacja z Romanem Polańskim, jednak to tylko wycinek większej całości. O...

All Quiet On the Western Front

All Quiet On the Western Front

Na Zachodzie bez zmian   Wojna, wojna nigdy się nie zmienia... Powstało i nadal powstaje wiele filmów o wojnie lub z wojną w tle. Bardziej lub mniej z nich wynika, że wojna nigdy nie przynosi niczego dobrego. Chyba, że dla kogoś dobra jest śmierć, zniszczenie...

Book of Boba Fett, The

Book of Boba Fett, The

Księga Boby Fetta   Rozszerzania uniwersum Gwiezdnych wojen na małym ekranie ciąg dalszy. Po sukcesie „Mandalorianina” część odpowiedzialnej za niego ekipy (scenarzysta Jon Favreau oraz reżyserzy Dave Filoni i Robert Rodriguez – cała trójka jako producenci) i...