Studio Illumination Entertainment postanowiło zrealizować film, w którym nie pojawia się ich znak rozpoznawczy, czyli żółte Minionki z dużymi oczami. Taką próbą miało być „Sekretne życie zwierząt domowych”, gdzie widzimy to, co robią psy i koty, gdy ich opiekunowie wychodzą z domów. Sam pomysł był intrygujący, ale wyszła z tego pozbawiona polotu i stawiająca na kanonadę gonitwy kalka „Toy Story” skierowana do bardzo młodego widza.
Wytwórnia miała jednak nosa do wyboru kompozytora, zastępując Heitora Pereirę bardziej uznanym i cenionym Alexandrem Desplatem. Francuz rzadko zapuszczał się w rejony kina animowanego (najsłynniejszym jego dziełem są „Strażnicy marzeń”), ale, jak każdy autor muzyki filmowej, nie boi się wyzwań. I tutaj stworzył prawdziwie eklektyczną mieszankę, która powinna się ze sobą gryźć, lecz maestro żongluje stylami z prawdziwą gracją oraz brawurą.
Fundamentem score’u jest lekki i bardzo przyjemny jazz, ilustrujący zachowania naszych czworonogów pozostawionych bez opieki. Trąbki z perkusją odtwarzają szalony taniec („Meet the Pets”), ale dominują tutaj tak naprawdę flety, klarnety, płynące gdzieś na dalszym planie smyczki. W tym wariackim tle wybija się temat naszego bohatera, który przewija się nader często (zwiewne flety i nisko grający fortepian w „Meet Duke”, ciepłe i bardzo meksykańskie „Telenovela Squarrels” czy prześliczny saksofon w środkowej części „Gidget Meets Tiberius”). Jazz jest także podstawą całej strony lirycznej filmu, jak w uroczym „Katie’s Leaving”, początku „Meet Duke”, „Max and Gidget” i melancholijnym „Duke’s Old House”.
Obowiązkowy w animacji mickey-mousing tutaj jest ubrany w delikatne oraz leciutkie niczym piórka aranżacje (tuba i harfa w „Meet Duke”, „Rooftop Route”, zwiewny fortepian w „Good Morning Max” czy plumkajace smyczki w ładnym „You Have a Owner?”). Action score to – też zgodnie z obecnymi standardami – szalony galop, używający całego dostępnego arsenału w budowaniu napięcia oraz tempa: werblowej perkusji i podkręconych smyczków a la Danny Elfman w „Fetch Me a Stick” (te niepokojące solówki skrzypiec!); złowrogich fletów i niskich dźwięków fortepianu w „Initiation Time” oraz „The Viper”, które brzmi prawie jak „Godzilla”, a nawet indiańsko brzmiącego chóru i ciężkich elementów perkusyjnych pod koniec „Gidget Meets Tiberius” mocno ocierającego się o styl Ennio Morricone. No i są też podniosłe dęciaki i werble rodem z filmu superbohaterskiego („Flushed Out to Brooklyn”).
Jednocześnie maestro wykorzystuje jazzowe standardy Lalo Schifrina czy Johna Barry’ego (nerwowe i pędzące na złamanie karku „Hijack!”, krótkie i brawurowe „Sewer Chase” czy zrobione z jajem „Brooklyn Bridge Showdown”, gdzie pojawia nawet się elektronika). Desplat wspiera się także drobnymi elementami etnicznymi – w „Me Like What We See” i „Travelling Bossa” czuć ducha brazylijskiej samby, a o meksykańskich (trąbka i gitara akustyczna) oraz indiańskich klimatach wspominałem wcześniej. Dodają one odrobinę smaku do tej bogatej palety dźwięków.
Nie spodziewałem się po Francuzie tak bogatego aranżacyjnie i energetycznego score’u. Pozornie gargantuiczny i nieobliczalny, jednak w pełni czuć styl kompozytora, pełnego bardzo dzikiej wręcz wyobraźni. Koktajl jazzu, barokowego przepychu i zasuwającego niczym piłeczki we flipperze action score’u działa wstrząsająco na ekranie. Poza nim jest to przebojowa, rozluźniająca oraz pozwalająca odsapnąć muzyka – nawet w przypadku ostrej akcji. Można wręcz napisać, że „The Secret Life of Pets” pokazuje sekretne oblicze Desplata.
0 komentarzy