Robin Hood
Kompozytor: Marc Streintenfeld
Rok produkcji: 2010
Wytwórnia: Varese Sarabande
Czas trwania: 51:20 min.

Ocena redakcji:

 

Jeszcze kilka lat temu filmy Ridleya Scotta mogły poszczycić się nie tylko świetną fabułą, wyrazistymi postaciami, czy przepiękną stroną wizualną, ale również doskonałą muzyką. Wielokrotna współpraca z takimi tuzami, jak Jerry Goldsmith, Vangelis, czy Hans Zimmer zaowocowała wspaniałymi ścieżkami dźwiękowymi, które złotymi nutami wpisały się do historii muzyki (nie tylko) filmowej. Tylko, że to było kiedyś… Aktualnie zaś daleki od porównywalnych sukcesów jest Marc Streitenfeld – obecny protegowany Scotta, który wyparł ze stołka "nadwornego kompozytora" samego Zimmera, pod którego skrzydłami zresztą zaczynał swój american dream. "Robin Hood" jest już jego czwartą (po "A Good Year", "American Gangster" i "Body of Lies") współpracą z tym reżyserem. I tak jak poprzednie, tak i ta jakoś szczególnie nie zachwyca – choć tym razem pole do popisu było znacznie większe.

Nie bez powodu najnowszy film sir Scotta już przed premierą nazywany był drugim "Gladiatorem". Niestety, najnowszą wersję przygód legendarnego rzezimieszka z Nottingham można co najwyżej nazwać "Gladiatorem dla ubogich", gdyż nie oferuje widzowi nawet połowy doznań, co tamto epickie widowisko. A i w porównaniu z dotychczasowymi filmami o Robinie produkcja ta prezentuje się średnio. Samej muzyce również bardzo daleko do poziomu prac Korngolda czy Barry’ego (bo o Kamenie i zespole Clannad nie ma nawet co wspominać). Kompozycję Streitenfelda można potraktować, jako słabszą i uboższą wersję partytur do poprzednich fresków historycznych brodatego Anglika, czyli "Królestwa niebieskiego" i wspomnianego "Gladiatora".

Niestety, nadmienione tytuły nie były jedyną inspiracją nieogolonego Niemca przy tworzeniu tej partytury. O ile wcześniej próbował on jakoś przemawiać własnym głosem (co chyba najlepiej wyszło w lekkim, odprężającym "Dobrym roku"), o tyle w "Robin Hoodzie" zbyt często daje się słyszeć kopiowanie Zimmera, oraz całego stylu Media Ventures jako takiego. Wyszło to zresztą dość nieudolnie, co słychać zwłaszcza w bezbarwnej i płaskiej muzyce akcji, która wręcz razi swoją sztucznością i brakiem efektywności. Do tego dochodzi długość poszczególnych utworów – minuta lub dwie, zupełnie jakby kompozytor nie miał pomysłu na dłuższy i bardziej złożony action score. Jasnym punktem tegoż zdaje się być jedynie "Siege" z ciekawą aranżacją motywu Robina.

streitenfeld-5422892-1590001185Tenże motyw jest zresztą kompozycją przewodnią całej partytury, wobec czego pojawia się dość często – tak w filmie, jak i na płycie. Usłyszeć możemy go już w utworze "Destiny", a w pełnej okazałości prezentuje się w "Fate Has Smiled Upon Us". To dobry, chwytliwy kawałek, ale słuchając go ma się nieprzyjemne uczucie deja vu. Nie bez powodu – melodia ta jest uderzająco podobna do utworu "Arrival to Earth" z "Transformers" Stefcia Jabłonki. Streitenfeld ma więc albo specyficzne poczucie humoru, albo po prostu cierpi na zaniki pamięci i zaburzenia słuchu, skoro motyw dla średniowiecznego bohatera stworzył w oparciu o muzykę do filmu o gigantycznych robotach z kosmosu. Jakkolwiek by tego nie tłumaczyć, to jednak niesmak pozostaje – nawet mimo ogólnej fajności obu tematów.

Na całe szczęście nie oznacza to od razu, że jest to jedna wielka muzyczna porażka, od której najlepiej trzymać się z daleka. Gdy odrzucić zarówno punkt odniesienia do innych ścieżek, jak i natchnione kopie kopistów (które przynajmniej po części zasugerował sam reżyser i/lub producenci), to otrzymać można niezgorszy soundtrack, który w miarę dobrze sprawdza się w filmie, a i poza nim prezentuje się OK. Szczególnie nieźle Streitenfeld radzi sobie w sferze lirycznej, która może też jakoś wielce oryginalna nie jest, ale robi niepomiernie większe wrażenie i posiada spory ładunek emocjonalny. Dodatkowo jest ona zabarwiona przyjemnym dla ucha, folkowym klimatem i celtyckimi brzmieniami, które dodają tej muzyce tak potrzebnego zróżnicowania i kolorytu. Najlepszym tego przykładem jest świetne, wieńczące płytę i film "Merry Men", w którym nie razi nawet wpleciona weń nuta Robina.

Nieco trudniej sklasyfikować jest motyw czarnego charakteru – Godfreya. Na pewno udało się stworzyć dość charakterystyczny, złowrogo narastający temat, który jednak na dłuższą metę staje się zwyczajnie irytujący. Choć utwór o tej nazwie prezentuje się ciekawie i intrygująco, to jednak sam temat pojawia się zbyt często, przez co zaczyna męczyć – szczególnie, że Streitenfeld nie zadał sobie najmniejszego trudu, aby choć trochę go przearanżować, czy podrasować w odpowiednich momentach. Nie, on go nuta po nucie powtarza co jakiś czas. Lecz mimo to, jest to i tak, obok dramatycznego "Nottingham Burns", jeden z najciekawszych i najbardziej pomysłowych fragmentów partytury.

Generalnie nie można powiedzieć, że nie było pomysłu na ten score. Wady "Robin Hooda" A.D. 2010 wynikają przede wszystkim z braków warsztatowych i nieobycia muzycznego Streitenfelda. Najwidoczniej nie był jeszcze gotowy na (z założenia) epicki film kostiumowy, któremu to wyzwaniu sprostał połowicznie. Napisał on co prawda muzykę poprawną, miejscami przyjemną w odbiorze, ale nic ponadto. W dodatku jego ilustracja sporo traci na tle innych kompozycji do filmów Scotta i/lub tych o zakapturzonym Robinie. Tak więc można spokojnie sięgnąć po tę płytkę, ale też nie należy oczekiwać po niej "drugiego Gladiatora".

Autor recenzji: Maciej Wawrzyniec Olech
  • 1. Destiny
  • 2. Creatures
  • 3. Fate Has Smiled Upon Us
  • 4. Godfrey
  • 5. Ambush
  • 6. Pact Sworn in Blood
  • 7. Returning the Crown
  • 8. Planting the Fields
  • 9. Sherwood Forest
  • 10. John is King
  • 11. Robin Speaks
  • 12. Killing Walter
  • 13. Nottingham Burns
  • 14. Siege
  • 15. Landing of the French
  • 16. Walter's Burial
  • 17. Preparing for Battle
  • 18. Charge
  • 19. Clash
  • 20. The Final Arrow
  • 21. The Legend Begins
  • 22. Merry Men
3
Sending
Ocena czytelników:
0 (0 głosów)

1 komentarz

  1. Mr.Smith

    jak można RH Scotta porównywać do Gladiatora,toć to kompletnie inne historie ,nie mające nic wspólnego.Porównując muzykę nie ma co porównywać -za duża różnica artystyczna.

    Odpowiedz

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

„Anna” i wampir

„Anna” i wampir

„Wampir z Zagłębia” – to jedna z najgłośniejszych spraw kryminalnych PRL-u lat 70. Niby schwytano sprawcę i skazano go na śmierć, ale po wielu latach pojawiły się wątpliwości, co pokazały publikowane później reportaże czy nakręcony w 2016 roku film „Jestem mordercą”....

Bullitt

Bullitt

There are bad cops and there are good cops – and then there’s Bullitt Ten tagline mówi chyba wszystko o klasyce kina policyjnego przełomu lat 60. i 70. Film Petera Yatesa opowiada o poruczniku policji z San Francisco (legendarny Steve McQueen), który ma zadanie...

Halston

Halston

Roy Halston – zapomniany, choć jeden z ważniejszych projektantów mody lat 70. i 80. Człowiek niemal cały czas lawirujący między sztuką a komercją, został przypomniany w 2021 roku dzięki miniserialowi Netflixa od Ryana Murphy’ego. Choć doceniono magnetyzującą rolę...