Hobbit, The: The Battle of Five Armies – Special Edition
Kompozytor: Howard Shore
Rok produkcji: 2014
Wytwórnia: WaterTower Music
Czas trwania: 108:01 min.

Ocena redakcji:

 

Pora odetchnąć z ulgą. Największe rozczarowanie dekady w muzyce filmowej dobiega końca. Ileż było utyskiwania i biadolenia na to, co Howard Shore zrobił z dziedzictwem „Władcy Pierścieni”. Najpierw „Niezwykła podróż” raziła wtórnością i bezmyślnością w wykorzystywaniu starych motywów, potem „Pustkowie Smauga” irytowało nudnym underscorem. Co przynosi finał tej, jakże wdzięcznej do krytykowania, trylogii?

 

Przede wszystkim „Bitwa Pięciu Armii” proponuje pewną zmianę optyki. W jej kontekście trochę inaczej patrzy się na dwie poprzednie części. Łatwiej zrozumieć konstrukcję niektórych utworów, wreszcie można docenić staranność i konsekwencję w budowaniu i eksploatowaniu tematów. Nie przyćmiewa to wszelkich wad, ale pozwala na nieco przychylniejsze spojrzenie.

 

shore-1739346-1590001177Dla nowej trylogii Howard Shore stworzył ścieżkę dźwiękową akcentów. W przeciwieństwie do „Władcy Pierścieni” nie konstruuje tematycznie jednolitych i narracyjnie szerokich utworów, ale tworzy chaotyczne ściany dźwięków, z których w uzasadnionych fabularnie momentach wychodzą drobne akcenty – krótkie uderzenia motywów, czy tylko lekkie zmiany brzmienia. Można to nazwać tematycznym mickey-mousingiem. Muzyka wylewa się z głośników niekoniecznie ściśle związana z każdym ekranowym ruchem, natomiast wszystkie elementy, które otrzymały swój dźwiękowy odpowiednik, muszą zostać nim podkreślone.

 

Stąd wynika największy kłopot przy samodzielnym odsłuchu właściwie każdej części, ale chyba „Bitwy Pięciu Armii” szczególnie. Niezłe tematy zostają boleśnie ścieśnione. Brakuje im przestrzeni, by się rozwinąć i porwać słuchacza. Jest to szalenie frustrujące. Już prawie się słyszy ten pełen rozmachu, porywający wybuch melodii, a ona nagle zapada się, zostaje pokryta gęstymi, w gruncie rzeczy mało poza ekranem interesującymi dźwiękami. Świetnym tego przykładem jest utwór „Battle for the Mountain”. Przez niemal pół minuty wybrzmiewa jeden cudownie patetyczny, smyczkowy temat związany z armią Daina, po krótkiej przerwie zyskuje jeszcze bardziej intensywną, olśniewającą aranżację i… po 20 sekundach się kończy. W takich momentach ma się szaleńczą ochotę trzasnąć w głośniki. Inna sprawa, że te fantastyczne kawałki są w niemal całkowicie zagłuszone w filmie.

 

Na szczęście motywu Daina można już w bardziej atrakcyjnej formie posłuchać na początku udanej suity „Ironfoot”. Wówczas towarzyszą mu też bardzo dopasowane dudy, które w filmie odzywają się bodaj raz, na króciutką chwilę. Innych tematów to szczęście nie spotyka. Kompania Thorina otrzymuje na przykład bardzo zgrabny motyw wojenny (początek „Sons of Durin”). Są tu i mocne, patetyczne dęciaki i jakże krasnoludzkie skandowanie męskiego chóru. Gdyby udało się go solidniej wyeksponować, mógłby stanowić ładną przeciwwagę do „Misty Mountains” z części pierwszej. Niestety, on także pojawia się jedynie w kilkunastosekundowych momentach.

 

hobbit2-1276290-1590001535

Ostatecznie wkład tematyczny ostatniej części, choć solidny i zdecydowanie wypełniony epicką siłą, której tego rodzaju film tak bardzo potrzebuje, wydaje się skrępowany i przez to łatwo ginie. W „Bitwie Pięciu Armii” powraca też oczywiście masa motywów znanych z poprzednich części. Niektóre zresztą są bardzo inteligentnie wykorzystane. Bardzo dobry, wijący się temat Smauga naturalnie króluje, gdy bestia niszczy miasto Esgaroth. Otrzymuje wówczas hałaśliwą, heroiczną i pozornie ciężką, podszytą dusznymi smyczkami aranżację („Fire and Water”). Znakomicie komponuje się wówczas z efektowną fanfarą przypisaną Bardowi Łucznikowi i fragmentami chóralnymi. Bardzo plastycznie udaje się w ten sposób muzycznie przedstawić walkę dwóch, jakże różnych sił.

 

Najciekawsze następuje jednak dopiero później. Wydaje się bowiem, iż po śmierci smoka, jego temat w sposób naturalny musi zniknąć. Ten jednak powraca i ślizga się cicho, ilustrując obsesyjną chciwość Thorina. Doskonały pomysł miał także Shore (Jackson?) na wykorzystanie kapitalnego motywu Esgaroth. Nie odzywa się on bowiem ani w trakcie niszczenia miasta, ani gdy jest ono opłakiwane. Po raz pierwszy wybrzmiewa w scenie, kiedy ludność wkracza do leżącego pod górą Dali. W ten sposób świetnie podkreślone zostaje, iż Esgaroth nie stanowiły budynki, lecz mieszkający w nich ludzie.

 

Aż dziwi, jak wielką frajdę sprawiają też drobiazgi. Chociażby przy rozstaniu Bilba z Gandalfem pojawia się króciutki motyw, który towarzyszył ich spotkaniu. Żaden widz w kinie tego nie zauważy, ale w muzyce przecież o to chodzi, by pewne rzeczy podkreślać trochę podprogowo, a nie tylko powracającym w pełnej krasie motywem Shire'u. Najmocniejszym akcentem zakończenia i tak pozostaje przy tym piosenka Billy'ego Boyda. Wielu słuchaczy zdążyło już ponarzekać, że jest banalna i za bardzo przypomina „Into the West”. Ma jednak to, czego tak boleśnie brakowało „I See Fire” z „Pustkowia Smauga”. Idealnie wpasowuje się w klimat sagi. Trudno wyobrazić sobie lepszą ilustrację końca wielkiej przygody. Jej delikatna linia melodyczna podszyta została łagodną symfoniką, która komponuje się z epickim kinem. Głos Boyda fantastycznie faluje od niemal falsetu do głębszych i mocniejszych brzmień. Z każdym odsłuchem „The Last Goodbye” robi na mnie coraz większe wrażenie, jakby jej uroda z początku się kryła, by dopiero po jakimś czasie się wyzwolić.

 

 

Niestety nie da się tego powiedzieć o całej ścieżce dźwiękowej. W gruncie rzeczy nie ma w niej nic zaskakującego – ani w złym, ani dobrym sensie. Jest mniej wtórna, niż „Niezwykła podróż”, a pod względem odsłuchu na płycie zdecydowanie przebija „Pustkowie Smauga”. W pewnym sensie porządkuje też materiał poprzednich części i uwypukla jego zalety. Naczelnym grzechem serii pozostaje fatalna ekspozycja tematów, a przecież w ciągu trzech obszernych kompozycji nagromadziło się ich całkiem sporo i niektóre aż się proszą o pełne rozmachu, zwolnione z ilustracyjnej klaustrofobii wykonanie. Po dwóch latach od premiery „Niezwykłej podróży” nie ma już oczywiście mowy o rozczarowaniu, tylko nieśmiała nadzieja, że to, co dobre w tej muzyce, znajdzie kiedyś odpowiednią, satysfakcjonującą formę.

 

P.S. Zainteresowanych serdecznie zapraszam również do lektury mojej recenzji filmu.

Autor recenzji: Jan Bliźniak
  • 1. Fire and Water
  • 2. Shores of the Long Lake
  • 3. Beyond Sorrow and Grief (Extended Version)
  • 4. Guardians of the Three (Extended Version)
  • 5. The Ruins of Dale
  • 6. The Gathering of the Clouds (Extended Version)
  • 7. Mithril
  • 8. Bred for War
  • 9. A Thief in the Night
  • 10. The Clouds Burst
  • 11. Battle for the Mountain
3
Sending
Ocena czytelników:
0 (0 głosów)

2 komentarze

  1. hr.dooku

    Najgorszy soundtrack z tolkienowskich adaptacji.

    Odpowiedz
  2. Mefisto

    Zawód i porażka. Niby kilka utworów jest niezłych, ale całościowo – zwłaszcza w edycji rozszerzone – to zwykła strata czasu.

    Odpowiedz

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

All Quiet On the Western Front

All Quiet On the Western Front

Na Zachodzie bez zmian   Wojna, wojna nigdy się nie zmienia... Powstało i nadal powstaje wiele filmów o wojnie lub z wojną w tle. Bardziej lub mniej z nich wynika, że wojna nigdy nie przynosi niczego dobrego. Chyba, że dla kogoś dobra jest śmierć, zniszczenie...

Book of Boba Fett, The

Book of Boba Fett, The

Księga Boby Fetta   Rozszerzania uniwersum Gwiezdnych wojen na małym ekranie ciąg dalszy. Po sukcesie „Mandalorianina” część odpowiedzialnej za niego ekipy (scenarzysta Jon Favreau oraz reżyserzy Dave Filoni i Robert Rodriguez – cała trójka jako producenci) i...

Home Before Dark: Season 1

Home Before Dark: Season 1

Powoli Apple TV+ zaczyna dorównywać innym platformom streamingowym, choć nie realizuje aż tylu tytułów co Netflix czy Prime Video. Na pewno jednym z wartych uwagi jest „Home Before Dark” – kryminalna historia dziennikarskiego śledztwa Hildy Lisko, która z rodziną...