Fearless
Kompozytor: Maurice Jarre, różni wykonawcy
Rok produkcji: 1993
Wytwórnia: Elektra / Nonesuch
Czas trwania: 53:44 min.

Ocena redakcji:

 

„Fearless” to przepiękny film Petera Weira, który choć opowiada o śmierci, to przemawia potężną dawką optymizmu i sprawia, że inaczej spoglądamy na świat. To film niezwykły. A soundtrack z tegoż filmu? Cóż, będąc bardzo dobrze zaznajomionym z obrazem, łasiłem się nań bardzo. Ale, jak to często bywa, okazał się on jednak rozczarowującą i trudną pozycją – płytą nieco męczącą i dołującą, choć też w jakiś sposób… piękną. „Fearless” to bowiem płyta, którą ciężko jednoznacznie sklasyfikować. W końcu „Fearless” to krążek o dość dziwnej strukturze. Nie jest to bowiem score, czy soundtrack w dosłownym znaczeniu tych słów…

 

jarre-5468481-1590001277Utwory skomponowane do filmu poprzekładano tu fragmentami z muzyki poważnej (dodajmy, iż polskiej), jak i z typowo tanecznymi nutami. Całość składa się na dwa średniej długości utwory, jeden bardzo króciutki i trzy długie, co zamyka się w nieco ponad 50-ciu minutach dość zróżnicowanej muzyki, w której każda kolejna pozycja stanowi swoisty kontrapunkt dla poprzedniej. Nie do końca się to jednak sprawdza, a często stanowi wręcz poważny problem w odbiorze. Na pewno nie zawodzi główny wykonawca, czyli legendarny Maurice Jarre, którego tytułowy utwór, jak i „Max” to klimatyczne, narastające, swoiste dzieła, których świetnie się słucha przy odpowiednim podejściu. Ich paradoks polega jednak na tym, iż są bardzo krótkie względem reszty materiału i zaostrzają apetyt na więcej. Apetyt ten nie zostaje jednak zaspokojony.

 

Z pozostałych pozycji podoba mi się także nieszablonowe „Mai Nozipo” od, jak zawsze niesamowitego, Kronos Quartet. Jest to jeden z dwóch weselszych fragmentów płyty, przy których łatwo się zatracić. Drugim są Gipsy Kings i ich „Sin Ella”, z którego to udziałem jedna z błahych, zdawałoby się scen w filmie robi naprawdę niesamowite wrażenie. Wielka szkoda, że do tych pozytywów nie mogę dopisać jeszcze jednej piosenki związanej z filmem, a mianowicie „Where the Streets Has No Name” grupy U2. Z jakichś względów nie zamieszczono jej bowiem na płycie…

 

Zamiast tego postanowiono uraczyć potencjalnych fanów kompozycjami Henryka Góreckiego i Krzyszofa Pendereckiego, co jednak z każdego punktu widzenia było strzałem w stopę. O ile bowiem jeszcze ta pierwsza jest do zniesienia, to jest ona na tyle długa i monotonna, że irytuje i mimowolnie zmusza nas do przedwczesnego zakończenia odsłuchu i można spokojnie by się bez niej obejść (na całe szczęście to i tak ostatnia pozycja na trackliście). Natomiast „Polymorphia” to już prawdziwa katorga – nie jestem nawet pewien czy kiedykolwiek wytrzymałem do końca tego ponad 10-minutowego potwora, który wymyślono chyba tylko na potrzeby tortur w Guantanamo. Ktoś kiedyś mi powiedział zresztą, że są to idealne kawałki dla samobójców – jak tylko usłyszą, od razu skoczą. Coś w tym jest… W każdym razie oba te kawałki mocno wpływają na niezbyt pozytywny odbiór i ocenę płyty. W samym filmie przewijają się zresztą jedynie fragmentarycznie, więc tym bardziej enigmatyczny jest dla mnie ich pełny, albumowy żywot.

 

fearless_2-8439491-1590001277Podsumowując – warto, ale tylko dla czterech dobrych, aczkolwiek nie znakomitych utworów, które ratują soundtrack przed niską oceną. Mimo to przyszłych nabywców ostrzegam, że sięgają po niego na własne ryzyko. W filmie poszczególne kawałki brzmiały dużo lepiej, więc chyba lepiej jeszcze raz go obejrzeć, niż wydawać niepotrzebnie pieniądze…

 

 

P.S. Oprócz wyżej wymienionych pozycji w filmie można usłyszeć jeszcze „Jo’s Song” autorstwa Josephine Hinds oraz melodię „Christmas Festival” w aranżacji Leroya Andersona. Tekst ten jest natomiast poprawioną wersją recenzji napisanej dla portalu film.org.pl.

Autor recenzji: Jacek Lubiński
  • 1. Max – Maurice Jarre
  • 2. Mai Nozipo (Mother Nozipo) – Kronos Quartet
  • 3. Polymorphia – Krzysztof Penderecki
  • 4. Sin Ella – Gipsy Kings
  • 5. Fearless – Maurice Jarre
  • 6. Symphony No. 3 (Lento-Sostenuto tranquillo ma cantabile) – Henryk Górecki
3
Sending
Ocena czytelników:
0 (0 głosów)

7 komentarzy

  1. DanielosVK

    Rozumiem, że się Penderecki może nie podobać, ale dwója dla Góreckiego to przeepicki, a nawet żałosny fail.

    Odpowiedz
  2. Mefisto

    Przykro mi, ale nie wystawiam ocen za nazwiska. Górecki wielkim kompozytorem może i jest, ale ten kawałek jest, szczególnie w kontekście płyty, monotonny, nudny i właściwie zupełnie zbędny (pomijam już fakt, że operowych klimatów, o które w drugiej połowie zahacza nie trawię).

    Odpowiedz
  3. DanielosVK

    Ależ ja całkowicie pochwalam nie wystawianie ocen za nazwisko. Ale III Symfonia Góreckiego to arcydzieło. I dlatego fail. Po prostu. 😛

    Odpowiedz
  4. Mefisto

    Chcesz się bić? 🙂

    Odpowiedz
  5. Fitek

    Staję murem za Danielosem.
    III Symfonia Góreckiego to jest Arcydzieło. Czy jest monotonna? Tak! Dokładnie tak samo jak „Bolero” Ravela i „Journey to the Line” Zimmera.
    Że użyty tylko fragmentarycznie? Też prawda, ale ten fragment o ile dobrze pamiętam trwa 10 minut w kulminacyjnym momencie filmu i działa w nim doskonale.

    Odpowiedz
  6. Mefisto

    Arcydzieło, nie arcydzieło – mi się nie podoba, szczególnie płytowo (a od tego jest głównie wrażeniometr, nie od wyznaczania wybitności per se). Handlujcie z tym 🙂

    Odpowiedz
  7. Mystery

    Poza spektakularnym finałem i nutą U2, której niestety tu nie uraczymy, muza w filmie to raczej tło, ale jako składanka wypada fajnie. Oba dzieła, zarówno Góreckiego jak i Pendereckiego bardzo sobie cenię, toteż przedstawione oceny wydają się być z lekka kontrowersyjne, ale mimo wszystko zrozumiałe, choć dyplomatyczniej było by podciągnięcie w obu przypadkach o jeden – wszak to niekwestionowane klasyki, czy nam się to podoba, czy nie 😉 Fajnie, że taki reżyser jak Weir, tak upodobał sobie polskich kompozytorów (Chopin i Kilar w Truman Show) jak i w ogóle muzykę klasyczną, która w wielu jego filmach stosowana jest wręcz koncertowo. Aż dziw bierze, że to ten sam reżyser, który w latach 80 tak lubował się w muzyce elektronicznej, choć już wtedy klasyka również nie była mu obca, genialne „Adagio in G minor” Albinoniego w Gallipoli zestawione z Oxygene Jarre’a juniora, fazka 😉

    Odpowiedz

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

All Quiet On the Western Front

All Quiet On the Western Front

Na Zachodzie bez zmian   Wojna, wojna nigdy się nie zmienia... Powstało i nadal powstaje wiele filmów o wojnie lub z wojną w tle. Bardziej lub mniej z nich wynika, że wojna nigdy nie przynosi niczego dobrego. Chyba, że dla kogoś dobra jest śmierć, zniszczenie...

Book of Boba Fett, The

Book of Boba Fett, The

Księga Boby Fetta   Rozszerzania uniwersum Gwiezdnych wojen na małym ekranie ciąg dalszy. Po sukcesie „Mandalorianina” część odpowiedzialnej za niego ekipy (scenarzysta Jon Favreau oraz reżyserzy Dave Filoni i Robert Rodriguez – cała trójka jako producenci) i...

Home Before Dark: Season 1

Home Before Dark: Season 1

Powoli Apple TV+ zaczyna dorównywać innym platformom streamingowym, choć nie realizuje aż tylu tytułów co Netflix czy Prime Video. Na pewno jednym z wartych uwagi jest „Home Before Dark” – kryminalna historia dziennikarskiego śledztwa Hildy Lisko, która z rodziną...