6. Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie

Koncerty

Aż trudno uwierzyć, że krakowski FMF ma już skończone 6 lat. Niby tylko 6 lat, ale i jednocześnie aż 6 lat,  bowiem przez ten czas w Grodzie Kraka działo się tyle, że głowa mała! I szósty Festiwal Muzyki Filmowej z powodzeniem kontynuuje tradycję różnorodności programowej, coraz śmielej i częściej sięgając po nieszablonowe pozycje audio-wizualne. I choć tym razem ta swoista awarganda osiągnęła lekki przesyt artyzmem, to jednak w ogólnym rozrachunku małopolskie święto melomanów wciąż pozostaje niezapomnianym doświadczeniem, którego nie jest w stanie zepsuć nawet mało przyjemna, przeszywająca zimnem jesienna bryza. W tym roku oprócz tradycyjnych koncertów i spotkań z kompozytorami w ofercie Festiwalu znalazł się konkurs kompozytorski, Master Classes, akcja ekologiczna, pokazy filmów i warsztaty Legalnej Kultury. Mnogość wydarzeń tworzyszących sprawiła, że mimo sporej delegacji, nie byliśmy w stanie uczestniczyć we wszystkich. Niemniej zapraszamy do relacji z tych, na których niezawodnie się stawiliśmy.

OTWARCIE

Oficjalne rozpoczęcie Festiwalu miało miejsce tradycyjnie podczas konferencji prasowej, która odbyła się w centrum festiwalowym przeniesionym od tego roku do nowego obiektu na kulturalnej mapie Krakowa – Małopolskiego Ogrodu Sztuki. To także tutaj miały miejsce spotkania Q&A z kompozytorami, jak również i piątkowy koncert „Dreamland”, o mniej lub bardziej oficjalnych afterparty nie wspominając… Trzeba przyznać, że MOS w swej roli spełnił się znakomicie. Szkoda tylko, że związały się z nim raczej negatywne wspomnienia z zaprezentowanego tu koncertu. Ale o tym później.

Konferencja prasowa była pierwszą okazją do zobaczenia zarówno znanych już od sześciu lat twarzy dziennikarzy, organizatorów i niektórych gości (Jan A.P. Kaczmarek, Diego Navarro, Robert Townson), jak i tych zupełnie nowych, na które padało najwięcej światła, czyli tegorocznych gwiazd Festiwalu: Don Davis, Alberto Iglesias, Valgeir Sigurðsson, Ernst Reijseger… tych i innych artystów mogliśmy obserwować na scenie i poza nią podczas tych czterech chłodnych dni tegorocznego FMF-u. Konferencja odbyła się jak Bóg przykazał – organizatorzy promowali Festiwal z jego koncertami i wydarzeniami towarzyszącymi, goście dorzucili do tego swoje trzy grosze, tort wjechał na salę po to tylko, by za kilka chwil zniknąć, a na koniec dziennikarze indywidualnie polowali na festiwalowych gości z mikrofonami, dyktafonami i kamerami.

Może to kwestia tego, że nie siedzimy w branży dziennikarskiej na co dzień od kilkunastu lat, ale naprawdę lubimy te wypełnione nazwami sponsorów konferencje – są one momentem „przejścia na drugą stronę lustra”, zapłonem silnika, który na te kilka dni wciąga nas w tygiel mieszający w sobie przeróżne oblicza muzyki filmowej – muzyki, którą kochamy.

Tekst: Słowik
Foto: Łukasz Waligórski

ALBERTO IGLESIAS

Ujmujący skromnością Alberto Iglesias wydawał się na spotkaniu nieco zagubiony. Najwyraźniej nie przywykły do szumu wokół własnej osoby, skupiony na pracy, czuł się chyba nieco dziwnie w charakterze honorowego gościa. Na ogół niechętny podróżowaniu, sprawiał jednak wrażenie zadowolonego, że w końcu do Krakowa trafił.

Postanowił komponować, gdyż jest to „piękna możliwość na bycie samotnym”. A życie samo już się tak ułożyło, że poświęcił się muzyce filmowej. Pierwsze kroki na tym polu stawiał, pisząc ilustracje do krótkich filmów brata, początkującego reżysera. W ten sposób poznał ludzi z branży. Duża część rozmowy poświęcona była początkom kariery kompozytora, poszukiwaniom artystycznej drogi. Iglesias wspominał, jak twórczość Johna Cage’a skierowała go ku eksperymentom, opowiadał o zafascynowaniu minimalizmem. Pytany o metody komponowania do filmów, uśmiechał się bezradnie. „Każdy kolejny projekt otwiera nowe możliwości. Nie mógłbym być nauczycielem. Wolę nie wiedzieć, jak to robię” – wyznał. Podkreślał, jak ważny jest szacunek dla twórczości ludzi, z którymi się pracuje. Przykładem może tu być jego relacja z Pedro Almodóvarem, owocna, chociaż panowie bardzo się od siebie różnią. „Almodóvar lubi ze mną pracować, ponieważ szanuję jego dzieła. On zadaje pytania, a ja staram się przynieść odpowiedzi muzyką”. Współpraca z tym reżyserem jest przy tym dość komfortowa. „Pozwala mi zaczynać po swojemu. Lubi być zaskakiwany” – wspominał kompozytor.

Praca w Hollywood wygląda zupełnie inaczej, ale Iglesias przyjmuje to ze spokojem. „To normalne, tam jest masa pieniędzy” – stwierdził. Nie wyklucza to jednak dziwnych i zabawnych sytuacji. Iglesias wspominał pierwsze spotkanie z Tomasem Alfredsonem, reżyserem „Szpiega”, kiedy to okazało się, że obydwaj nie rozumieją scenariusza. Przy okazji wypłynął nieśmiertelny temat temp-tracków. „Alfredson prawdopodobnie miał jakieś temp-tracki, ale był na tyle uprzejmy, że mi o tym nie powiedział” – opowiadał kompozytor.

Zapytany, co go inspiruje, odpowiedział z prostotą: „miłość, entuzjazm, słońce”. To dość szczególny zestaw w przypadku kompozytora, który zdobył sławę dzięki skupionej, nieszczególnie radosnej muzyce. Iglesias urzekał jednak optymistycznym, bezpretensjonalnym podejściem. Mimo widocznej introwertyczności, zdarzało mu się też lekko kokietować publiczność. Gdy padło pytanie o najtrudniejszy projekt w karierze, odparł z lekkim uśmiechem: „prawdopodobnie następny”.

Tekst: Jan Bliźniak
Foto: Łukasz Waligórski


DON DAVIS

Spośród wszystkich kompozytorów, którzy gościli podczas tegorocznego Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie, zdecydowanie najbardziej wyluzowanym był Don Davis. Kompozytor odpowiedzialny za muzykę do „Matrixa” czy „Jurassic Park III” sprawiał wrażenie totalnie otwartego i beztroskiego. Był niezwykle cierpliwy i serdeczny w kontaktach z fanami proszącymi o autograf czy wspólne zdjęcie. Podczas wywiadów nieustannie żartował i pokazywał ogromny dystans do sukcesu, jaki udało mu się osiągnąć dzięki współpracy z rodzeństwem Wachowskich. Dokładnie takiego Dona Davisa mogli zobaczyć również uczestnicy spotkania Q&A, jakie poprowadził z nim Michael Todd – representant ASCAP i godny następca Nancy Knutsen.

Takich spoktań od momentu sukcesu „Matrixa” Don Davis z pewnością odbył już setki. Pytań o muzykę do filmów Wachowskich słyszał pewnie tysiące. A mimo, to w sposobie w jaki odpowiadał o swojej pracy można było usłyszeć pełne zaangażowanie. Nie ograniczał się do zdawkowych i wyuczonych kwestii, ale niemalże opowiadał całe historie. Spokojnym głosem, z lekką dozą dowcipu zdradzał sekrety swojej pracy, o których nigdzie indziej zgromadzona w Małopolskim Ogrodzie Sztuki publiczność, nigdy by się nie dowiedziała.

Davis opowiedział o swoim pierwszym spotkaniu z braćmi Wachowskimi i ich oczekiwaniach w stosunku do muzyki. Opisał zmagania z problemami podczas komponowania do konkretnych scen (m.in. ucieczka Trinity przed Agentami na początku filmu) i sposoby jakimi doszedł do ostatecznego brzmienia ścieżki dźwiękowej. W swoich opowieściach często ocierał się o wątki filozoficzne i historyczne. Przytaczał nazwiska kompozytorów, którzy stanowili dla niego inspiracje – jak się okazuje, na ich czele stał Lutosławski, w którego muzyce Davis zdaje się być zakochany.

To spotkanie zdecydowanie należało to najbardziej „roześmianych” ze wszystkich jakie odbyły się podczas Festiwalu. Don Davis pół-żartem, pół-serio zachwycał się szalem Michaela Todda, wywołująć tym śmiech i aplauz publiczności. Równie zabawne były próby wyjaśnienia wymowy nazwiska „Wachowski”, ale też anegdoty z nagrań muzyki do „Matrixa”.

Tekst: Łukasz Waligórski
Foto: Łukasz Waligórski


ABEL KORZENIOWSKI

Abel Korzeniowski jest jak jego muzyka – szalenie kulturalny, elegancki, nieco staroświecki. Podczas pierwszego spotkania, Tom Ford, reżyser „Samotnego mężczyzny”, zwrócił uwagę na jego zapach, ale znany projektant najpewniej nie miał za dużo uwag względem nienagannego stylu swojego nowego współpracownika. Korzeniowski potrafi szybko zdobyć sympatię publiczności. Na początku spotkania podziękował zebranym za koncert, szybko też przerwał rozmowę z prowadzącym spotkanie dziennikarzem (nieszczególnie zresztą przygotowanym), by przejść do pytań z sali. Było ich zadziwiająco dużo, a kompozytor odpowiadał klarownie, dbając, by nikogo nie urazić. Elegancji w wypowiedzi mógłby się od niego nauczyć niejeden polityk.

W trakcie dyskusji poruszono właściwie wszystkie najważniejsze tematy. Musiały paść pytania o współpracę z Fordem i Madonną, które kompozytor wspomina bardzo dobrze. Królowa pop, jak twierdzi, nauczyła go prostoty w doborze kompozytorskich środków, unikania niepotrzebnych komplikacji. Dał się wciągnąć w dyskusję o polskim kinie. Dość zaskakująco skrytykował europejski model filmu autorskiego. „W Polsce przeszkadzało mi, że reżysera traktuje się, jak kogoś nieomylnego, w Hollywood tego nie ma” – powiedział.

Korzeniowski wydał się twórcą bardzo świadomym. Skończone dzieła uważa za doskonałe, ich zmiana równałaby się popsuciu czegoś o formie najlepszej z możliwych. Nie było w tej wypowiedzi cienia buty, raczej podkreślenie własnego profesjonalizmu. Ryzyko wtórności kolejnych prac skwitował: „Nie da się stworzyć niczego w 100% oryginalnego. W naturalny sposób korzystam z wcześniejszych pomysłów.”

„Nie można się przemęczać” – orzekł, zapytany o sposoby omijania artystycznej blokady. Jego zdaniem najlepiej zrobić wszystko do pory lunchu, bo potem człowiek robi się ociężały. Gdy zaś nic nie przychodzi do głowy, najlepiej zrobić sobie dzień wolnego. Korzeniowski każde kolejne dzieło traktuje, jako wyzywanie. Nigdy bowiem nie pamięta, w jaki sposób dochodził do dobrych rozwiązań. „Pamiętam momenty, kiedy nic nie mogę napisać. Nigdy nie pamiętam momentu natchnienia” – stwierdził.

Tekst: Jan Bliźniak
Foto: Łukasz Waligórski


TREVOR MORRIS – MASTER CLASS

Podczas tegorocznego Festiwalu Muzyki Filmowej w Alvernii – studiach filmowych nieopodal Krakowa – odbywały się warsztaty dla młodych kompozytorów. Organizatorzy pomysł na Master Classes wzięli ze swoich licznych podróży po zaprzyjaźnionych festiwalach – w tym Transatlantyku – gdzie tego typu inicjatywy odbywają się już od dawna. Spotkania młodych kompozytorów z bardziej doświadczonymi iutytułowanymi kolegami zza oceanu są szansą na zdobycie wiedzy i poznanie warsztatu odnoszących sukcesu fachowców. Takim jest między innymi Trevor Morris, z którym Master Class były jedynymi otwartymi dla publiczności i odbywającymi się w Krakowie.

Kompozytor do swojego zadania podszedł bardzo praktycznie i zamiast opowiadać o tworzeniu muzyki do filmu oraz budowaniu kariery w Hollywood, pokazał swój warsztat pracy. Zjawił się na scenie razem z instrumentami klawiszowymi, komputerem i pokazał w jaki sposób pracuje nad konkretnymi scenami do filmu.

Na tapetę poszedł film „Immortals” – obraz z 2011 roku, którego bohaterami są greccy bogowie i herosi. Trevor Morris zademonstrował w jaki sposób podszedł do pisania muzyki do jednej z kluczowych scen. Opisał dokładnie proces dzielenia sceny na rozdziały, które wymagają od muzyki odmiennego wsparcia. Pokazał pierwsze pomysły dotyczące dynamiki i rytmiki tych rozdziałów. Morris krok po kroku pokazał jak tworzy się muzykę dokładając jej kolejne warstwy i ostatecznie przekazuje do zagrania muzykom.

Po około 45-minutowej demonstracji tworzenia muzyki do konkretne sceny, głos zyskała publiczność. Trevor Morris cierpliwie odpowiadał na mniej lub bardziej profesjonalne pytania o sample, rozmowy z reżyserem i temp-track. Po spokaniu kompozytor został otoczony przez wianuszek fanów proszących o autograf i wspólne zdjęcie.

Tekst: Łukasz Waligórski
Foto: Łukasz Waligórski

ALBERTO IGLESIAS. MUZYCZNE UJĘCIA

Chociaż na tegorocznym FMF-ie mieliśmy okazję wysłuchać koncertu w kościele, to wbrew pozorom nie był to koncert Alberto Iglesiasa (pauza na popicie suchara). Ten bowiem, inaugurując już zupełnie oficjalnie szósty Festiwal odbył się w dobrze nam już znanej krakowskiej Filharmonii im. Karola Szymanowskiego. Zresztą stało się tak na życzenie samego kompozytora, podobnie jak to było w kwestii zapowiedzianej „czystości” muzyki, czyli nie zakłócania odbioru przez projekcje fragmentów filmów. Jak wspominał Robert Piaskowski, Iglesias na ogół bojący się podróżowania (czym podzielił się z rozczulającą szczerością podczas Q&A) zdecydował się ostatecznie przylecieć do Krakowa pod warunkiem, że organizatorzy pozwolą mu zrobić koncert po swojemu. Dzięki temu wiemy przynajmniej, że wszelkie pochwały i krytyka koncertu inaugurującego powinny być kierowane wyłącznie do kompozytora we własnej osobie. A prawda jest taka, że Iglesias zasłużył zarówno na to pierwsze, jak i drugie.

Koncert był nierówny jak grzywka czterolatka wiercącego się na fotelu u fryzjera. Pierwsza jego część, w całości poświęcona muzyce z filmów Pedro Almodovara, po rozgrzewce w postaci suity z „Volver” przyniosła nam w moim odczuciu jedne z najlepszych chwil w całej historii FMF-u. Były to chwile spędzone w towarzystwie Agaty Szymczewskiej odgrywającej solowe partie skrzypiec podczas suity, a właściwie to mini-koncertu z filmu „Skóra w której żyję”. Aranżacja tej muzyki na potrzeby konkretnego wieczoru (światowa premiera!) była iście genialna i zasługuje na największe uznanie.

Szymczewska na swoim instrumencie od Stradivariusa (datowanym na 1680 rok!) odegrała dla nas coś więcej, niż tylko nuty. Nie ważne czy ktoś widział film Almodovara, nie ważne nawet czy miał blade pojęcie o czym on opowiada. Każdy, mając w myśli sam tytuł, namalował sobie za pomocą tej muzyki własną historię desperackiej walki duszy o wydostanie się z więzienia ciała. Skrzypce solistki odgrywające rolę duszy przez cały czas trwania koncertu próbowały się wyrwać z ram melodyjnych narzucanych przez ciało, czyli jak zwykle absolutnie genialną orkiestrę AUKSO pod batutą Marka Mosia. Raz, gdy skrzypce wkraczały w rejony tematu „Los vestidos desgarrados”, wydawało się, że duszy uda się uwolnić… aż tu nagle instrument cichnął lub całkiem milknął zagłuszony przez orkiestrę. Dzięki takim zabiegom emocjonalne oddziaływanie tej suity było po prostu totalne. Koncepcja ta szczególnie zachwyciła mnie w momencie, w którym Szymczewska zakończyła swój galop smyczkiem nagłym zjazdem w dół po całej oktawie. Gdyby Hitchcock był nauczycielem muzyki, budowanie napięcia Iglesias zaliczyłby tym koncertem na szóstkę. „Los vestidos desgarrados” zabrzmiało w pełnej krasie dopiero na sam koniec przygotowanej suity doprowadzając nas do wspaniałego katharsis. Zdumiewający efekt, aż prosiło się aby „Skórę w której żyję” umieścić na koniec całego koncertu.

Tak się jednak nie stało, na czym ucierpiała cała reszta wieczoru, nie będąca w stanie przezwyciężyć tego efektu „przedwczesnego orgazmu”. Zagrana na koniec pierwszej części koncertu suita „35mm: Highlights of Almodovar”, pomimo swojej wielkiej siły musiała więc uznać wyższość nieco zobojętniałego emocjonalnie odbioru. Najjaśniejszym jej punktem ponownie była zresztą „Skóra…”, tym razem reprezentowana przez zgoła odmienny od reszty utwór (stąd nie ma się co dziwić, że odegrano go oddzielnie) „El asalto del hombre tigre”, który wyszedł AUKSO znakomicie. Ogólnie pierwsza część koncertu była satysfakcjonująca, więc podawane w przerwie hiszpańskie wino i tapas wchodziły z podwójnym smakiem.

Chociaż wielkim fanem muzyki do „Szpiega” nie jestem, to na otwierającą drugi rozdział koncertu suitę z filmu Alfredsona czekałem z podekscytowaniem. I wszystko byłoby zupełnie świetnie, gdyby nie fakt, że suita okazała się zbyt długa i monotonna… czyli dokładnie taka jak album z muzyką z filmu. Na nic zdało się mistrzostwo Mariusza Pędziałka, który dowiódł, że w grze na oboju mało kto może się z nim równać. Następna w kolei suita „El amante menguante” z „Porozmawiaj z nią” była jedynym fragmentem muzyki, do którego zobaczyliśmy projekcję fragmentu filmu. Brak konsekwencji co do „czystości” muzyki odbił się na tej części koncertu, gdyż pokazana historia „znikającego kochanka” była wizualnie tak absorbująca, że zupełnie odwróciła uwagę od muzyki, czego przecież Iglesias chciał najbardziej uniknąć.

Ostatnie utwory, które mieliśmy okazję usłyszeć, nie miały już zbyt wiele wspólnego z muzyką filmową – pieśni: „The Poem that took the Place of a Mountain” (do tekstu Wallace’a Stevensa) oraz „La Resistenza e la sua Luce” (tekst Piera Paola Pasoliniego) wykonał intrygującym kontratenorem Carlos Mena. Nie wiem skąd u kompozytora aż tak płomienna chęć podzielenia się z krakowską publicznością tą gałęzią swojej twórczości. Dziwi mnie to i nasuwa myśl, że ktoś tutaj traktuje muzykę filmową, jako nie do końca godną w całości wypełnić program koncertu filharmonicznego. A przecież sala wypełniona była ludźmi, którzy przyszli posłuchać muzyki filmowej Alberto Iglesiasa. W filmografii kompozytora z łatwością znalazłoby się jeszcze te 20 minut materiału, który w interesujący sposób dopełniłby programu wieczoru. A tak wspomniane pieśni niestety nie sprawdziły się jako finał koncertu, podmuchem nudy wygaszając zupełnie jego, i tak już ledwo tlącą się, energię. Nie najfortunniej ułożony program nie przeszkodził jednak Iglesiasowi w otrzymaniu fantastycznej, długiej owacji na stojąco. I dobrze, bo z całą pewnością zasłużyła za nią AUKSO, zasłużyli fenomenalni soliści, zasłużył w końcu sam Hiszpan – chociażby za perfekcyjną, przyprawiającą o gęsią skórkę „Skórę, w której żyję”.

Tekst: Słowik
Foto: Łukasz Waligórski


HOMO SPIRITUALIS: MUZYCZNA PODRÓŻ DO JASKINI SNÓW.

Ciemna scena we wnętrzu gotyckiego Kościoła św. Katarzyny. Wiolonczela, fortepian i chór. W tle obrazy sprzed tysięcy lat – tajemnicze prehistoryczne malunki na ścianach jaskiń. Drugi koncert FMF zabrał widzów i słuchaczy w zupełnie inny świat. Był to świat niezwykłych kompozycji do filmów dokumentalnych Wernera Herzoga. Zaprezentowano suitę z obrazu „Jaskinia zapomnianych snów” oraz „Requiem dla umierającej planety”, zawierające tematy znane z „Białego diamentu” i „Odległej błękitnej planety”. Stały współpracownik reżysera, Ernst Reijseger zaproponował jednak coś więcej, niż li tylko wykonanie fragmentów kilku ścieżek dźwiękowych. Stworzył spójne, kompletne dzieło, daleko wykraczające poza ramy muzyki filmowej.

Reijsegerowi wystarczyły bardzo skromne środki, by wykreować nową fascynującą rzeczywistość. Wpierw skontrastował melodyjne partie chóralne z ekscentrycznym brzmieniem wiolonczeli. Grał na niej sam kompozytor, a raczej nie tyle grał, co próbował wydobyć najbardziej niesamowite dźwięki. Można było zapomnieć o ciepłym, głębokim brzmieniu, z którym kojarzony jest ten instrument. Reijseger celowo uciekał w chropowatość, drażnił, intrygował. W jego grze była przy tym masa emocji, każda nuta uginała się pod ciężarem uczuć. Gdzieś za tym tliła się tajemnicza, pierwotna siła, która z pozornego chaosu tworzyła opowieść o poszukiwaniu człowieczeństwa poprzez sztukę. Zwieńczenie tej drogi sygnalizowały podniosłe chóry. W nich wybrzmiewał tryumf ludzkiej duchowości, we wnętrzu gotyckiej świątyni naznaczony dodatkowo mistycyzmem.

Druga połowa koncertu przyniosła pewną zmianę. Reijseger płynnie przeszedł do „Requiem dla umierającej planety”. Scenę opuścił chór, wkroczył zaś Mola Sylla – senegalski śpiewak, który niczym starodawny kapłan poprowadził nabożeństwo ku czci Ziemi. W jego przejmującej pieśni słychać było odwieczny lament za tym, co utracone. Sylla zdawał się płakać za każdym utraconym światem. Umierająca planeta Reijsegera jest jednak wciąż „Ziemią, planetą ludzi”. W swym oszałamiającym uniwersalizmie jego muzyka pozostała do głębi humanistyczna. Zaskakujące wpływy jazzu, a nawet folku, nadały jej swoistej przekorności, ale i nieco nostalgii.

Zwieńczeniem ten pięknej, wzruszającej opowieści było wykonie modlitwy „Zdrowaś Mario”, jakże właściwe właśnie w tym miejscu. Pierwiastek duchowy najłatwiej odnalazł się w religijnej postaci. Reijseger przez półtorej godziny próbował ten pierwiastek zgłębić, opowiadając o człowieku, sztuce, świecie. Próbował niemożliwego, ale momentami można było mieć poczucie, że udało mu się dotknąć istoty tajemnicy. Na kilka chwil uchwycić nieuchwytne. Na małej scenie, z niewielkim zespołem wzniósł się wyżej, niż wielcy mistrzowie na skrzydłach potężnych orkiestr, tworząc być może najpiękniejsze i najbardziej niezwykłe wydarzenie w dziejach FMF-u.

Tekst: Jan Bliźniak
Foto: Łukasz Waligórski


DREAMLAND – GŁOSY ISLANDII

Pomimo nieco zbyt długiego czasu trwania, koncert „Homo Spiritualis” uważam za jeden z najlepszych w całej historii FMF-u. Wychodząc z niego czułem się zmęczony fizycznie, ale przede wszystkim emocjonalnie. Głowa była przepełniona i trzeba mi było przejść kilkaset metrów w sporym chłodzie bez czapki, aby ostudzić mózg i skierować myśli w stronę drugiego czekającego mnie tego wieczoru koncertu – „Dreamland – Głosy Islandii”. A była to taka pozycja w programie tegorocznego Festiwalu, która nie wzbudzała we mnie żadnych emocji, oprócz zwykłej ciekawości. Właściwie, posiłkując się powierzchowną znajomością trendów w muzyce z zimnej północy reprezentowanej przez Skandynawię, jedynym co zdążyłem sobie pomyśleć, była prośba, aby muzyka Valgeira Sigurðssona nie brzmiała tak, jak wyobrażałem sobie, że może brzmieć.

Już w pierwszej minucie koncertu wiedziałem, że moja prośba nie została wysłuchana. W ten oto sposób kolejne kilkadziesiąt minut stało się drogą przez mękę i nieustającą walką z sennością. Zaczęło się od brzęczenia z głośników, które każdy normalny akustyk uznałby za awarię sprzętu. Jednak jako, że ci obecni na sali mieli już za sobą kilka prób i wiedzieli o co chodzi, koncert nie został niestety odwołany zaraz po rozpoczęciu. W chwilę potem wątpliwej jakości elektronicznym trzeszczeniom z anonimowego laptopa (o czym później) zaczęły towarzyszyć brzdęki altówki Nadii Siroty, która nie miała jak udowodnić swojego talentu przy takim materiale. Zostaje nam wierzyć na słowo, że jest to solistka o wyjątkowych umiejętnościach. Kiedy w całość włączała się uzbierana na ten wieczór Chamber Orchestra frustracja sięgała zenitu. Oto bowiem użyto jej jedynie celem powielenia brzmienia altówki, nie zaś dodania czegoś od siebie. Ponownie więc niewiele nam przyszło z zapewnień organizatorów, że jest to orkiestra złożona ze śmietanki krakowskich muzyków, gdyż ich rola polegała głównie na powolnym sunięciu smyczkami raz w jedną, raz w drugą stronę.

Najładniejszym elementem koncertu była z całą pewnością viola da gamba w rękach Liam Byrne’a. To chyba jedyny instrument/wykonawca, który miał prawo czuć się po koncercie zmęczonym. Skomplikowane i niebanalne brzmieniowo solówki w wykonaniu Byrne’a były najbardziej absorbującymi fragmentami prezentowanej muzyki. W całym koncercie znalazł się ledwo jeden utwór angażujący ogół zgromadzonych na scenie muzyków w większym stopniu – „Past Tundra” z filmu „Dreamland”, który zabrzmiał w drugiej części koncertu, a także na bis. Właściwie to wyszło chyba nawet na to, że po prostu zagrano go raz po razie, z przerwą na oklaski…

Jak widać nie kryję niezadowolenia z tego koncertu. Trzeba jednak wziąć jedną poprawkę – pisze to osoba, która w rodzaju muzyki prezentowanym przez twórczość Sigurðssona najprościej w świecie nie gustuje. I chociaż nawet obiektywnie patrząc nie znalazłem w programie tego koncertu wiele oryginalnego czy ciekawego brzmienia, to nieuczciwością byłoby odmówić muzyce Islandczyka mogącej się podobać nastrojowości i drzemiącego w niej emocjonalnego potencjału. Problem w tym, że ja w tą muzykę nie wierzyłem. Tego wieczoru, skupionego na problematyce ekologicznej, bardziej przemówiło do mnie orędzie senegalskiego szamana Mola Sylli, brzęczącego dzwoneczkami w kościele św. Katarzyny, niż Islandczyka, który nie wiedzieć czemu paradował po scenie boso, wciskając play i pause na laptopie z  zaklejonym taśmą logo… nie wystarczająco grubą, aby nie dało się dostrzec prześwitującego przez nią punktu o kształcie nadgryzionego jabłka…

Tekst: Słowik
Foto: Łukasz Waligórski


WIELKA GALA MUZYKI FILMOWEJ

Gdzie RMF Classic mogło święcić swoje dziesięciolecie, jak nie na FMF-ie? Żadna radiostacja w Polsce nie gra tak wiele muzyki filmowej. Muzyka poważna konsekwentnie jest wypierana z ramówki, a z głośników płyną największe hity znane z ekranów kinowych. RMF Classic jest też z festiwalem od początku, co stanowi bardzo naturalną współpracę. Organizatorzy mieli ambitny pomysł na jubileusz. Zaprosili 10 kompozytorów na szczególny koncert-składankę. Ostatecznie przyjechało ich nieco mniej, ale i tak specjalnie na to jedno wydarzenie udało się ściągnąć Abla Korzeniowskiego, Jana A.P. Kaczmarka oraz Trevora Morrisa.

Mniejsza liczba gości nie zmieniła formuły koncertu. Wykonano fragmenty ścieżek dźwiękowych 10 różnych twórców. Przypominało to trochę formułę Listy Przebojów Muzyki Filmowej – znane i lubiane tematy, tyle, że bez głosowania. Wydarzenie wyraźnie nie było pomyślane pod kątem koneserów gatunku, ale niedzielnych słuchaczy, którzy przybyli posłuchać rzeczy, które już wcześniej zdążyli polubić. Z rzadka pojawiały się tylko dzieła mniej znane. Ich obecność podyktowana była najpewniej względami praktycznymi, łatwością zdobycia odpowiedniego materiału.

Prawdopodobnie względy praktyczne zadecydowały też o dość niefortunnym repertuarze. Gdy ma się do dyspozycji takie miejsce, jak hala ocynowni, aż się prosi o potężne, oszałamiające, dynamiczne przeboje. Gala potoczyła się jednak zupełnie inaczej. Dominował tkliwy liryzm, obficie czerpany z twórczości Korzeniowskiego i Kaczmarka. Do tego jeszcze suita z „Osady” Jamesa Newtona Howarda, „Wielki Gatsby” oraz „Glasgow Theme” z „To właśnie miłość” Craiga Armstronga. Przy pełnym szacunku dla wspaniałości tej muzyki, jest ona cokolwiek pościelowa, do słuchania w domowym zaciszu. Atmosferę tylko na moment zmienił bombastyczny „Matrix: Rewolucje” Dona Davisa.

Ostatecznie jubileuszowy koncert był bardzo poprawny, w trochę biurokratyczny sposób porządny. Założenia organizatorów zostały jakoś dopełnione. Orkiestra ładnie, choć bez polotu przepłynęła przez łagodną, przyjemną muzykę. Nie sądzę przy tym, by publiczności coś z tego zostało. Może poza wygłoszonym z ekranu zapewnieniem Jamesa Newtona Howarda, że w przyszłym roku pojawi się w Krakowie.

Tekst: Jan Bliźniak
Foto: Łukasz Waligórski


MATRIX LIVE: FILM IN CONCERT

Niedzielny wieczór, choć wcale nie cieplejszy od wcześniejszych, rozgrzewał nadzieje wszystkich uczestników FMF-u. Jedni wypatrywali w symultanicznym wykonaniu kultowego „Matrixa” ostatniej szansy na pełną satysfakcję z imprezy. Pozostali liczyli natomiast na godne jej zamknięcie. Efekt finalny przerósł jednak chyba wszelkie oczekiwania.

Koncert orkiestry AUKSO, pod batutą samego Dona Davisa, rozpoczął się niemal punktualnie o 18 – rzecz jasna w owianej już legendą hali ocynowni ArcelorMittal Poland. I już choćby ten fakt plasuje go wyżej od poprzednich koncertów, które jeden po drugim zaliczały opóźnienia. Drugą rzeczą, jaka zdecydowanie wyróżniała się na tle ubiegłych występów był dźwięk. Sobotnia gala często pod tym względem kiksowała (zwłaszcza we fragmencie „Neodämmerung” z „Matrix: Rewolucje”), koncert Alberto Iglesiasia brzmiał nad wyraz płasko, a minimalistyczny występ Reijsegera dostał odpowiednie wspomaganie od kościelnej architektury. Dopiero „Matrix” ze swoim dźwiękiem przestrzennym pokazał wszystkim, jak potężna i ważna dla samego filmu jest ilustracja muzyczna, którą w dodatku trafnie wspomagała subtelna gra świateł.

Kolejnym plusem jest naprawdę wierne odzwierciedlenie ścieżki dźwiękowej, którą po mistrzowsku przełożono z elektroniki na pełną orkiestrę. Owszem, w jednej ze scen chór zastąpiono właśnie syntetycznym brzmieniem, a pojawiające się sporadycznie krótkie wokalizy dwóch chłopców, których traktowano jak pełnoprawnym solistów, samoistnie wzbudzały uśmiech na twarzy, ale poza tym naprawdę trzeba by się było postarać, by móc cokolwiek zarzucić wykonaniu. No, ale w końcu odpowiadał zań sam twórca, zatem czy mogło być inaczej?

Davis zresztą nie tylko pokierował orkiestrą, ale też i przygotował pełny zapis swojej muzyki specjalnie na tą okazję. Jak się okazało, było to więc jedyna szansa, by usłyszeć i zobaczyć „Matrixa”z oryginalną kompozycją pod finał oraz napisy końcowe, gdzie normalnie pojawia się przebój „Wake Up” grupy Rage Against the Machines (kompozytor napisał temat zastępczy w razie, gdyby nie udało się nabyć praw do piosenki; natomiast reszta przebojów pozostała nietknięta w ścieżce dźwiękowej filmu). I trzeba przyznać, że teraz trudno jednoznacznie stwierdzić, która wersja jest lepsza. Na pewno jednak ta zaprezentowana w niedzielę jest spójniejsza stylistycznie i stanowi ciekawą alternatywę dla gotowego produktu.

Docenili to zresztą goście FMF-u, którzy nie bacząc na techniczne wpadki organizatorów (kopia filmu była bardzo kiepska, a jego tłumaczenie jeszcze gorsze – dobrze, że to sfera audio była gwiazdą wieczoru), w większości cierpliwie wyczekali do końca napisów i zgotowali długie owacje na stojąco. Wspaniały koncert, na którym grzechem było się nie pojawić i znakomite zwieńczenie szóstej edycji FMF-u!

Tekst: Mefisto
Foto: Wojciech Wandzel

ŁUKASZ WALIGÓRSKI

Krakowski Festiwal Muzyki Filmowej w tym roku wykroczył poza ramy konwencji, do której przez ostatnie została przyzwyczajona jego publiczność. W ten sposób jego organizatorzy postanowili zdobyć nowych widzów i słuchaczy. W poszukiwaniach świeżości zapuścili się oni na rubierze muzyki filmowej – tam gdzie nawet najbardziej zagorzali miłośnicy tego gatunku bardzo rzadko się zapuszczają. Na styku muzyki filmowej, współczesnej i elektronicznej odnaleźli artystów nikomu nieznanych i niekomercyjnych. Ale jednocześnie zaserwowali to z czego krakowski Festiwal jest najlepiej znany – pokaz filmu z jednoczesnym wykonaniem muzyki na żywo i „tradycyjne” koncerty muzyki filmowej. Nie zabrakło też spotkań z kompozytorami i… przesympatycznego zjazdu SST.

W tym roku pojawiło się też kilka innych nowości. Po raz pierwszy zaproszono młodych kompozytorów do udziału w konkursie. Zorganizowano dla nich również Master Classes. Inspiracją bez wątpienia był tutaj poznański Transatlantyk, który już od trzech lat oferuje konkursy kompozytorskie i profesjonalne warsztaty (właśnie pod nazwą Master Classes). Nie inaczej było z ideą eko i „glokalnością” FMF-u. Pomysły, które sprawdziły się z Poznaniu bardzo dobrze zagrały również w Krakowie, w ciekawy sposób uzupełniając ofertę Festiwalu.

Uwielbiam atmosferę Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie. To czas i miejsce, w którym można spotkać starych przyjaciół i poznać wielu nowych. To coroczne święto, które za każdym razem wywołuje u mnie dreszcz ekscytacji. Tegoroczny program nico minął się jednak z moim gustem. Na przykład: zawsze wydawało mi się, że lubię muzykę Alberto Iglesiasa, natomiast po jego koncercie w Krakowie już nie jestem tego taki pewien… Z kolei dwa kolejne koncerty, które odbyły się w piątek, w mojej opinii bardziej zaadresowane były do publiczności Sacrum Profanum niż miłośników muzyki filmowej. Dopiero Wielka Gala Muzyki Filmowej przyspieszyła mój puls i dostarczyła odrobiny andrenaliny. Jednak pomimo kilku rozczarowań, wyjechałem z Krakowa w pełni usatysfakcjonowany i z doładowanymi akumulatorami.


MEFISTO

To był festiwal kontrastów. Z jednej strony ambitne, niełatwe i stanowiące duży test wytrwałości występy Iglesiasa oraz Reijsegera. Z drugiej wielka gala RMF Classic (niestety, przesłodzona do granic) oraz bombastyczny koncert „Matrixa”. Nie mogę napisać, że każdy z punktów programu – co ciekawe, tym razem praktycznie pozbawionego wydarzeń towarzyszących, co pozwoliło odsapnąć po poprzedniej edycji, kiedy to niemożnością było zaliczyć wszystkie dodatki do koncertów – do mnie przemówił i mi się podobał. Ba! Jego lwia część mnie wymęczyła – fizycznie i psychicznie – swą formą, długością oraz doborem materiału, częstokroć ciężkostrawnego poza filmowym kontekstem, jaki przecież nie zawsze nam towarzyszył. Na tym tle znacznie bardziej raziły też wszelkie niedociągnięcia techniczno-merytoryczne, jakie zwyczajnie nie powinny mieć miejsca na imprezie o takim kalibrze i doświadczeniu oraz dająca się we znaki pogoda, bynajmniej nie poprawiająca nastroju. Na szczęście możliwość obcowania z muzyką z całego świata oraz świetna chemia panująca za kulisami sprawiły, iż w rezultacie był to szósty z rzędu festiwal o wyjątkowej, niezapomnianej atmosferze, której próżno szukać gdzie indziej. Już teraz czekam więc na kolejną odsłonę – oby mniej zmanieryzowaną artystycznie, a bardziej otwartą na odbiorcę, konkretniejszą w swym wydźwięku.


JAN BLIŹNIAK

Już drugi rok z rzędu Festiwal Muzyki Filmowej wydał mi się dość rozczarowujący. Program wyglądał obiecująco na papierze, ale niezbyt się sprawdził w praktyce. Szczególnie koncert Alberto Iglesiasa, na który czekałem z niecierpliwością, zawiódł właściwie na całej linii – pod względem doboru repertuaru, po przeraźliwie nudne wykonanie. Do tego poprawna gala jubileuszowa RMF Classic i kuriozalny „Matrix” z muzyką na żywo. Konia z rzędem temu, kto (poza oczywiście najbardziej zaciekłymi fanami) usłyszał podczas tego pokazu jakąkolwiek muzykę, wykraczającą poza nieinwazyjne tło. Sytuację uratował niezwykły koncert „Homo Spiritualis” Ernsta Reijsegera, niedościgniony w artystycznym i intelektualnym wymiarze. Jestem pod jego nieustającym wrażeniem, chociaż u publiczności wzbudził mieszane uczucia. Łatwo więc można było opuścić Kraków zawiedzionym każdym z koncertów. Bardzo ciekawe, chociaż przeznaczone dla stosunkowo wąskiej grupy, były tegoroczne spotkania z kompozytorami. Być może one właśnie stanowią najcenniejszy kapitał festiwalu. Festiwalu, w którego przypadku jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie, żeby mówić o zużyciu formuły. Przydałoby się jednak więcej staranności w doborze tego, co i jak powinno zostać przedstawione.


DAMIAN SŁOWIOCZEK

Krakowski FMF rozpieścił nas swoim zawsze wysokim poziomem, musi więc liczyć się z coraz to bardziej wyczuloną na potknięcia krytyką. Tegoroczny Festiwal nie był najlepszą z edycji, ale nie znaczy to wcale, że zszedł drastycznie poniżej swojego, standardowo już wysokiego poziomu. Być może zbyt odważnie pozwolono sobie na zmianę wizerunku i wędrówkę w awangardę? A być może ten drastyczny chrzest widowni obliczony został na profity zbierane przy okazji kolejnych edycji? Ostateczny bilans jest jednak po raz szósty z rzędu jak najbardziej pozytywny: poświęconego „Skórze, w której żyję” fragmentu koncertu Iglesiasa nie zapomnę nigdy, podobnie całości „Homo Spiritualis”. Gala na 10-lecie RMF Classic także była bardzo udana, chociaż mam nadzieję, że w przyszłym roku FMF odpokutuje zupełne obdarcie z emocji „Osady”. Skoro James Newton Howard zapowiedział swój przyjazd, to będzie ku temu doskonała okazja. Ja z kolei biję się w piersi za mój sceptycyzm odnośnie „Matrixa”. Finałowy koncert okazał się prawdziwą bombą i był godnym pożegnaniem z zimna halą ocynowni ArcelorMittal Poland, przynosząc idealną symbiozę tego miejsca z prezentowanym w nim filmem i muzyką. Niech żyje FMF!

Autor: admin

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Mozart, Doyle i Sinfonietta Cracovia

Mozart, Doyle i Sinfonietta Cracovia

Mozart i Doyle. Te dwa nazwiska przykuwały uwagę mieszkańców Krakowa już na kilka tygodni przed wyjątkowym koncertem, jaki miał miejsce 16 listopada.

Ennio Morricone

Ennio Morricone

Gdy szedłem w 2007 roku na koncert Ennio Morricone, który miał się odbyć na krakowskim rynku z okazji 650-lecia miasta, to myślałem, że to zapewne już ostatni raz, kiedy będę mógł zobaczyć na żywo tę legendę muzyki filmowej. Tymczasem minęło 10 lat, a Włoch ciągle...

Kraina Lodu

Kraina Lodu

Każda okazja do usłyszenia na żywo muzyki filmowej jest zdaniem warta wykorzystania. Dlatego ochoczo skorzystałem z zaproszenia Krakowskiego Biura Festiwalowego i Festiwalu Muzyki Filmowej na koncert "Krainy lodu" jaki miał miejsce początekiem lutego w krakowskiej...