• Nerve
  • Phantom Thread
  • Three Billboards Outside Ebbing, Missouri
  • Denial
  • Founder, The

X-Men: Days of Future Past

data publikacji: 30/05/2014

X-Men: Przeszłość, która nadejdzie

X-Men: Days of Future Past

"...nie porywa, jak na produkcję tej skali..."

Kompozytor: John Ottman

Rok produkcji: 2014

Wytwórnia: Sony

Czas trwania: 76:19 min.

 

Powrót Bryana Singera do świata mutantów zwiastował przynajmniej solidne kino, które miało szansę dorównać pierwszym dwóm odsłonom „X-Menów” spod jego ręki. I rzeczywiście, „Przeszłość, która nadejdzie” to film smakowity, robiący duże wrażenie zarówno fabularnie, realizatorsko, jak i, przede wszystkim, aktorsko – tu jednak trudno, żeby było inaczej, skoro na planie spotkały się obie ekipy: stara i młoda (z „First Class” Vaughna), które dodatkowo uzupełnia gama barwnych, nowych postaci. Dodajmy do tego sporo smaczków rozmieszczonych w nieco ponad dwugodzinnym seansie i mamy dzieło, którego fani nie mogą przegapić – zresztą frekwencja dopisuje i pewna jest już kolejna część.

 

Gdzie Singer, tam i John Ottman, który tradycyjnie nie tylko film zilustrował, ale i go zmontował. To drugie udało mu się bez zarzutu, ale już ścieżka dźwiękowa może budzić wątpliwości. Owszem, kompozytor powraca tu do fanfar znanych z „X2” – jakie stylizuje na bardziej rockową modłę – a i nie boi się korzystać z dobrodziejstw pełnej orkiestry, z chórami i sekcją dętą na czele. Lecz jego praca nie porywa, jak na produkcję tej skali. Tym samym Ottman przegrywa już na starcie nie tylko z pracami Kamena i Powella, ale także z... własną.

 

W samym filmie nie idzie tego co prawda odczuć, bo muzyka, mimo wszystko, sprawuje się w nim poprawnie (aczkolwiek rzeczone fanfary wydają się mniej efektowne od oryginalnych, być może przez wzgląd na takież napisy początkowe). Lecz już na długo za długiej płycie od Sony trudno jest zamaskować miałkość soundtracku. To niestety w dużej mierze ilustracyjna tapeta, w której niewiele się dzieje, a której post-incepcyjne, ponure brzmienie zwyczajnie męczy i nuży przy tak dużej ilości materiału. Jednak nawet, gdyby tenże mocno odchudzić, okazałoby się, że poza kilkoma fragmentami, nie bardzo jest na czym ucho zawiesić.

 

Broni się głównie muzyka akcji – bombastyczna, potężna, dosadna. Pozbawiona co prawda lekkości i wyraźnej melodyki, niemniej potrafiąca usatysfakcjonować także poza ekranem – nawet jeśli na dłuższą metę niewiele z niej zapamiętamy. Tu prym wiedzie głównie „Time’s Up”, które producenci proponują nam w aż dwóch wersjach. Poza nim warto zwrócić uwagę jeszcze na niezłe „The Attack Begins” i zwieńczające wszystko „End Titles” z bardziej rozwiniętą wersją fanfar. Rozczarowaniem jest natomiast z pewnością blisko ośmiominutowe „Paris Pandemonium” z jednej z ważniejszych sekwencji filmu, które poza pulsującą elektroniką rodem z „Syriany” nie ma wiele do zaoferowania melomanom. Jak zresztą i lwia część krążka.

 

Z pozostałych utworów warto wspomnieć jeszcze o lirycznym i nastrojowym temacie Xaviera („Hope”), który co prawda oryginalnością nie grzeszy (wzorcem było tu pewnikiem „Time” z „Incepcji”; podobnie jak „The Thin Red Line” w „Contacting Raven”), ale posiada niezaprzeczalny urok i zwyczajnie dobrze – by nie rzecz: znakomicie – się go słucha. Poza tym jednak ilustracja Ottmana wydaje się niestety pusta, sztampowa i zwyczajnie nijaka – uleciały gdzieś te smaczki, jakie maestro serwował nam w sequelu, od którego to zresztą wyraźnie się odcina. Doskonale jest to widoczne w „Sneaky Mystique”, które, poza tym samym tytułem, pozbawione jest zarówno werwy, jak i erotycznej otoczki pierwowzoru – a przecież niebieskoskóra postać powraca właśnie do tych korzeni. Szkoda więc, że zabrakło w muzyce podobnych zabiegów, które konkretniej ujednoliciłyby serię.

 

Być może dlatego jednym z najbardziej pamiętnych momentów filmu jest ten z podkładem „Time in a Bottle” Jima Groce – piosenką stojącą klimatem w opozycji do score’u, lecz dobraną do obrazu perfekcyjnie. Nie dziwota więc, że postanowiono uwzględnić ją i na płycie, w roli swoistego bonusa. Drugi dodatek, acz też przyjemny dla ucha, budzi już większe wątpliwości – „The First Time Ever I Saw Your Face” słychać podczas seansu aż dwukrotnie, ale jest to jedynie pozbawiona większego charakteru klamerka, którą spokojnie można by było zastąpić każdą inną nutą (a tych w „Days of Future Past” nie brakuje – TUTAJ pełny spis utworów źródłowych), natomiast na krążku normalnie pominąć.

 

Generalnie powrót Ottmana na kompozytorski stołek – w przeciwieństwie do jego kumpla, Singera – mocno mnie rozczarował, a recenzowana tu płyta okazała się przerostem formy nad treścią, jakiej po prostu tu nie dostrzegam. I o ile całościowo należy się, mimo wszystko, trójczyna, tak sam krążek trudno mi jakkolwiek polecić, nawet fanom. Te najatrakcyjniejsze, pojedyncze fragmenty robią zdecydowanie większe wrażenie w filmie, po obejrzeniu którego spokojnie można je sobie także odsłuchać w Internecie. Wszelkich zwolenników wrażeń to tam bym właśnie w pierwszej kla... ekhm kolejności odsyłał.

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

The Future / Main Title

02.

Time’s Up [Original Version]

03.

Hope (Xavier’s Theme)

04.

I Found Them

05.

Saigon / Logan Arrives

06.

Pentagon Plan / Sneaky Mystique

07.

He Lost Everything

08.

Springing Erik

09.

How Was She?

10.

All Those Voices

11.

Paris Pandemonium

12.

Contacting Raven

13.

Rules of Time

14.

Hat Rescue

15.

Time’s Up [Film Version]

16.

The Attack Begins

17.

Join Me

18.

Do What You Were Made For

19.

I Have Faith in You / Goodbyes

20.

Welcome Back / End Titles

21.

Time in a Bottle – Jim Groce

22.

The First Time Ever I Saw Your Face – Roberta Flack

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 3  

Tomasz Goska 30-05-2014, 15:14

Ottman rozczarował. Bez dwóch zdań dał ciała. Po elektryzującym i fajnym słuchowisku, jakim bez wątpienia był dla mnie X2, najnowsza jego praca do filmu z tej serii to po prostu cień jego warsztatu. Widać, że kompozytor nie miał za bardzo pomysłu jak rozgryźć te ciągłe przeskoki w czasie rozgrywanej akcji. Ale nie to najbardziej boli. Najbardziej brakuje jakiejś specyficznej wizytówki muzycznej. Temat z Time's Up jako highlight partytury prezentuje się nad wyraz biednie. Nie pozostaje w pamięci i ciężko nie dostrzec tu oczywistych nawiązań, co zresztą zostało zgrabnie ujęte w recenzji. Co zaś się tyczy sentymentalnych powrotów do tematyki X2, to tutaj również nie ma rewelacji. Ogólnie rzecz biorąc score jest typową filmową tapetą, która tylko okazjonalnie daje o sobie znać. Szkoda, bo Ottman kiedy chce, to na prawdę potrafi zainteresować odbiorcę nienaganną sferą melodyczną. Tym razem się nie udało.


Tomasz Goska 30-05-2014, 15:39

A ocena miała być 2. więc poprawiam ;)


hr.dooku 30-05-2014, 22:43

Słaby i nijaki. Wybija się ze 5 utworów, z czego "Hope" zdaje się najlepsze. Bez wyrazu, taki jakby ciągły underscore. Jackman i Powell zrobili o wiele barwniejsze soundtracki; IMHO najlepsze z całej serii.


Ola 01-06-2014, 15:16

Średni Ottman, miał lepsze scory. Trója


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz