• Birth of a Nation, The – score
  • Sherlock – The Abominable Bride
  • Dog’s Purpose, A
  • Nerve
  • Phantom Thread

Vénus à la fourrure, La

data publikacji: 09/12/2013

Wenus w futrze

Vénus à la fourrure, La

"...okazjonalnie pozbawioną większej namiętności..."

Kompozytor: Alexandre Desplat

Rok produkcji: 2013

Wytwórnia: Playtime

Czas trwania: 36:58 min.

 

Najnowszy film Romana Polańskiego, to kolejna w jego dorobku adaptacja sztuki teatralnej (tym razem pióra Davida Ivesa). To także kolejna ścieżka dźwiękowa spod ręki Alexandre’a Desplat, który po „Rzezi” i „Autorze widmo” stał się nadwornym kompozytorem Polaka, zrównując się pod tym względem z innym obywatelem RP, Wojciechem Kilarem, z którym Polański także zrobił trzy filmy pod rząd. Tym samym już trzeci raz możemy się przekonać, iż Desplat doskonale pasuje do powierzonej mu roli, gdyż idealnie uzupełnia zamysły Polańskiego, w których odnajduje się być może nawet lepiej od Kilara.

 

Francuz ma jednak ułatwione zadanie – zupełnie inna stylistyka i ciężar gatunkowy obecnych dzieł reżysera, czyni jego muzykę bardziej przystępną, atrakcyjniejszą dla przeciętnego słuchacza. Również i użycie ilustracji w owych filmach nieporównywalnie odbiega od kolaboracji z Kilarem. Tam mieliśmy swego rodzaju przepych, uzupełniany dodatkowo klasyką, podczas gdy tutaj króluje skromność. A zamiast posępnych, mrocznych tematów dostajemy mnóstwo figlarnych, melodyjnych nut, które nawet w tych mniej sympatycznych momentach zyskują naszą uwagę. I taka jest właśnie „Wenus...”, która od pierwszych, wielce tanecznych dźwięków tematu wiodącego zaprasza nas do zabawy.

 

Ta z czasem okazuje się wielce niejednoznaczna, a jej pozorna błahość szybko przeistacza się w bardziej poważną grę. Te wszystkie emocje, potrafiące na ekranie zmienić się niezauważalnie w mgnieniu oka, Desplat czuje z iście chirurgiczną precyzją. Jego score tworzy z obrazem specyficzną i zarazem wielce dojrzałą symbiozę, w której nie czuć ani przesytu, ani niedostatku, ani tym bardziej konfliktu artystycznego. Wręcz przeciwnie, za pomocą niepozornych – lecz bynajmniej nie minimalistycznych, gdyż w grę angażuje się nierzadko spora część orkiestry, której przewodzi fortepian – środków, maestro wspaniale kreuje gęstniejącą atmosferę między dwójką aktorów, jednocześnie dając im czas na oddech oraz miejsce na wypowiedzenie wielu skomplikowanych kwestii. I choć kompozytor nie sprawia dotknięciem swej batuty, że nadmierna teatralność produkcji znika, to jednak nie raz potrafi wykreować za jej pomocą magiczną aurę, charakterystyczną właśnie dla kina.

 

Co ciekawe, nie jest to jednak związek na śmierć i dziew... życie. Film Polańskiego mógłby spokojnie brylować bez muzyki i gdyby, jak to miało miejsce w „Carnage”, pozostawić w nim jedynie melodię pod napisy początkowe oraz końcowe, to przypuszczalnie nikt poza kompozytorem by nie płakał. Na szczęście tak się nie stało, bo i nie jest to praca zbędna. I właśnie ową melodią, na której kolejnych wariacjach opiera się wszak cała kompozycja, wprowadza do tej – statycznej mimo wszystko – historii wystarczająco dużo życia i wdzięku, by docenić inteligentny wkład twórc(z)y.

 

Niestety, inteligencji tej zabrakło nieco poza ekranem, w przygotowaniu albumu. Ten bowiem prezentuje nam muzykę w stanie surowym – ponad 35-minutowym, niepociętym materiale, żywcem przeniesionym na krążek wprost z kinowej sali. Dla monotematycznej ilustracji, niepozbawionej fragmentów zwyczajnie nudnych, tudzież po prostu zbędnych poza obrazem, stanowi to nie lada wadę, a dla jej odbiorcy istne wyzwanie. A jest to o tyle ekscentryczny zabieg, iż pomiędzy kolejnymi wariacjami tego samego motywu obecne są niewielkie przerwy.

 

Czyżby miał to być więc psikus, mający na celu skłonić nas do spojrzenia na nią w pełnej, czystej formie, w jakiej stworzył ją Desplat? Lub swoista zemsta za niedocenianie jej oczywistych walorów? A może jest to po prostu zwykły chochlik drukarski, który zabrnął za daleko, by móc go inaczej usprawiedliwić? Jakkolwiek by nie było, nie czyni to zeń mrocznego przedmiotu pożądania wśród melomanów. Choć nawet ci mniej szanujący się, będą w końcu zmuszeni oddać jej wysoki profesjonalizm, niezwykłą zgrabność i francuską elegancję, nawet jeśli okazjonalnie pozbawioną większej namiętności. Dla mnie nie była to miłość od pierwszego wsłuchania, ale trzy i pół nutki są chyba wystarczającą rekomendacją dla innych, bardziej lubujących się w podobnych... muzach.

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

La Vénus à la fourrure

Komentarze

Obecnie brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz