• Doctor Strange
  • Miss Peregrine’s Home for Peculiar Children
  • Sing – score
  • Sing – Deluxe Edition
  • Split

Ender's Game

data publikacji: 31/10/2013

Gra Endera

Ender

"...męczy, nudzi, irytuje..."

Kompozytor: Steve Jablonsky

Rok produkcji: 2013

Wytwórnia: Varese Sarabande / Colosseum

Czas trwania: 70:40 min.

 

Już sam tytuł filmu idealnie obrazuje dzisiejszą sytuację Hollywood – to jedna wielka gra bez ładu i składu, a często także i bez pomysłu, która potrafi zabić najlepsze nawet zamiary niemalże w zarodku. „Grę Endera” – od lat wyczekiwaną ekranizację wielokrotnie nagradzanej, kultowej powieści s-f Orsona Scott Carda – spotkał właśnie taki los. Zapędy włodarzy doprowadziły do problemów produkcyjnych, co skończyło się m.in. na wymianie części ekipy, w tym kompozytora. W rezultacie otrzymaliśmy wielce nierówny półprodukt, który zupełnie nie wykorzystuje potencjału, jaki w nim drzemał, nawet jeśli sam w sobie jest wierną adaptacją książkowych stron. Jednak b-klasowy kompozytor – w porównaniu z Jamesem Hornerem, który był początkowo przypisany do projektu – oraz nie do końca udana fabuła nie muszą zwiastować od razu złej ilustracji. Wszak pod względem muzycznym wciąż było to pole nieograniczonych możliwości. No właśnie... było.

 

Zacznijmy od plusów, które trafiają się nawet w najgorszych produktach. Otóż całkiem nieźle prezentuje się otwierający krążek „Ender’s War”, w którym usłyszymy motyw przewodni partytury. Co prawda o jakiejkolwiek oryginalności możemy tu zapomnieć, ale temat jest odpowiednio mocny i na tyle atrakcyjny, by tchnąć w nas nadzieję na solidny, przygodowy soundtrack. Niestety, w ostatecznym rozrachunku okaże się on jednym z jego nielicznych, jasnych punktów.

 

Drugim jest z pewnością romantyczne „The Battle Room”, czyli na dobrą sprawę jedyny moment płyty, który autentycznie wybija się w samym filmie. Tu jednak także należy się nastawić na powtórkę z rozrywki, gdyż jest to nic innego, jak kolejna w ostatnich miesiącach („Rush” Zimmera może pochwalić się podobnym zagraniem) kopia „Gry o Tron” – i to naprawdę chamska (a przy tym nie ostatnia tutaj). Jak na ironię jednak, znana wszem i wobec melodia w danej, lirycznej aranżacji na wiolonczelę (instrument ten powraca w przekroju całości wielokrotnie) oraz przepuszczone przez syntezatory tło po prostu ujmuje i nawet spełnia swe zadanie względem ekranowych wydarzeń (lot i ćwiczenia w stanie nieważkości). Na tym jednak plusy się kończą.

 

Reszta tej (dodajmy, iż dużo za długiej) płyty to chodzący schemat postincepcyjnej muzyki filmowej. Wszechobecne „BRRRAAWWRWRRMRMRMRMM!”, jednolity, elektroniczny action score bez wyrazu oraz eteryczny sound design zamiast faktycznej muzyki to norma u większości z pozostałych 19 ścieżek, z których kilka („Salamander Battle” lub „Dragon Army”) pewnikiem spodoba się osobom lubiącym takie klimaty, ale na dłuższą metę i po raz n-ty z rzędu zwyczajnie męczy, nudzi, irytuje. I to nie tylko na płycie, ale i podczas seansu, w którym pozostaje wciąż taka sama, bez względu na to, co akurat dzieje się na ekranie i kogo widzimy w akcji. Szczęśliwie efekty dźwiękowe zabijają część tej pseudo muzyki, o co naprawdę nie trudno, biorąc pod uwagę niemal zerowe ambicje kompozytora.

 

Cóż, film w kinach, płyta w sklepach, Horner w domu. Już pozamiatane. Teraz jedynym, co pozostaje jest zwyczajne olanie wątpliwego dokonania Steve’a Jablonsky’ego (konsekwentnie trzymającego złą formę, której powoli staje się synonimem). Nie warto kupować tej płyty, nie warto ściągać jej z internetu i tracić czasu na odsłuch. Nawet nie warto patrzeć w stronę okładki (swoją drogą niezgorszej). Nie jest to może dno dna – w samej końcówce Jablo zdaje się zresztą budzić z marazmu, siląc się na osobliwe eksperymenty brzmienia. Próbuje też nadać partyturze jakiejś tożsamości za pomocą m.in. chórów i wokaliz – o wiele za późno jednak, bym najniższą możliwą notę wystawił bez jakiejkolwiek nuty zwątpienia lub żalu...

 

 

P.S. Jakby to kogoś interesowało, to w filmie pojawia się jeszcze piosenka „Peace Sword in B Minor (Open Your Heart)” grupy The Flaming Lips.

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

Ender's War

02.

Stay Down

03.

Battle School

04.

Move It Launchies

05.

The Battle Room

06.

Mind Game Part 1

07.

Salamander Battle

08.

Mind Game Part 2

09.

Dragon Army

10.

Dragons Win

11.

Bonzo

12.

Ender Quits

13.

Mazer Rackham

14.

Enemy Planet

15.

Command School

16.

Graduation Day

17.

Final Test

18.

Game Over

19.

The Way We Win Matters

20.

Ender's Promise

21.

Commander

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 2.14  

Łukasz Waligórski 31-10-2013, 16:54

Jest naprawdę aż tak źle? I jak ja mam teraz Steve'a o wywiad prosić jak mu taką ocenę wystawiamy ;)


Mefisto 31-10-2013, 17:01

Zawsze możesz napisać kontrrecenzję piątkową :)


Mystery 01-11-2013, 11:56

Jakoś tak szczególnie złe to nie jest, tylko strasznie nudne i nijakie, ale co do otwierającego utworu zgoda, dobry track i temat i szkoda, że reszta nie potoczyła się w tą stronę.


Sinak 01-11-2013, 14:20

Jablonsky jak Jablonsky…kopiuje, powtarza się, czasem nudzi nijakością….jednak pomimo wszystko Jego prace są słuchalne i jak się usunie niektóre utwory z płyt, można odczuć jakąś frajdę z przesłuchania jego „kompozycji”. Uważam jednak, iż dawanie jednej nutki wieje lekką przesadą, gdyż na taką notę zasługują już skrajne bluźnierstwa symfoniczne, które zaśmiecają rynek muzyczny. W moim odczuciu płyta zasługuje na 2,5 nutki, jak się usunie pewne miałkie utwory dąłbym nawet 3. Myślę, że często ocena danej płyty, pomimo bardzo rzeczowego opisu jej zawartości, wynika z nastawienia danego recenzenta do danego autora muzyki. Może dobrym sposobem by było recenzować płytę nie wiedząc z czego jest i kto ją komponował, a następnie dodawać, bądź odejmować punktację za to jak odnajduje się w obrazie. Pozdrawiam.


Mefisto 01-11-2013, 16:50

No popatrz, Steamboy też jest Jablonsky'ego, a płyta świetna, więc Twoja teoria rozbija się o beton. Poza tym nie zamierzam łagodzić mojej oceny, tylko dlatego, że na płycie jest parę lepszych utworów i jak się usunie pozostałe (czyli jakieś 90% płyty!) to będzie to słuchalne. Toż to jakiś nonsens. Zresztą byłem gotowy dać wyższą ocenę, gdyby muzyka dobrze działała w samym filmie - niestety i tam wypada poniżej przeciętnej, co zresztą uwzględniłem w recenzji. Tyle. Pozdrawiam także.


Andy 02-11-2013, 18:00

Hehe;)


misza63 04-11-2013, 20:32

Także nie rozumiem recenzji Mefisto. To prawda muzyka nie olśniewa ale nie jest jakoś tragicznie... tym bardziej, że jest wiele "smaczków" (The Battle Room), które na płycie brzmią fajnie, a w filmie są wręcz fenomenalne. Tak - mogło być lepiej, tak oczekiwałem więcej dlatego ode mnie tylko i aż trzy nuty.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz