• 007: Die Another Day – remastered and expanded
  • Arthur Christmas
  • Star Wars, Episode VIII: The Last Jedi
  • Brimstone
  • Silence

RED 2

data publikacji: 29/07/2013

RED 2

RED 2

"...przyprawia głównie o ból głowy..."

Kompozytor: Alan Silvestri

Rok produkcji: 2013

Wytwórnia: Lions Gate / La-La Land Records

Czas trwania: 58:48 min.

 

Przygody emerytowanych agentów CIA okazały się odpowiednio dużym sukcesem, by w trzy lata później do kin zawitał sequel, który, zgodnie z niepisaną zasadą filmowych kontynuacji, proponuje nam wszystkiego więcej – akcji, wybuchów, strzelanin i pościgów, więcej lokacji, bohaterów (oczywiście wszyscy z odpowiednią liczbą lat na karku), więcej humoru i zdecydowanie więcej komiksowości świata przedstawionego. Logiki jest tu więc stanowczo mniej, ale zabawa to naprawdę przednia, co zdaje się udzielać nawet Bruce’owi Willisowi, który nie sprawia wrażenia znużonego swą rolą, jak to miało miejsce w pierwszym filmie. Część drugą można więc uznać za nieznacznie lepszą rozrywkę – sprawniejszą, śmieszniejszą i jeszcze lżejszą od pierwowzoru. Z jednym wyjątkiem...

 

Odchodzący od tematu reżyser poprzedniej odsłony, Robert Schwentke, zabrał ze sobą kompozytora, Christophe’a Becka i zrobił „R.I.P.D.” (swoją drogą wyjątkowo słaby to soundtrack). To sprawiło, że muzyka do „RED 2” powędrowała do weterana gatunku, Alana Silvestri. I... no właśnie, jeśli w tym momencie zapaliło się Wam światełko ostrzegawcze, to znaczy, że Wasz system alarmowy działa bez zarzutu. Pomijając bowiem pojedyncze ‘wybryki’ w postaci staromodnego „Captain America: The First Avenger”, to Silvestri swe najlepsze lata zdaje się mieć już dawno za sobą. Od jakiegoś czasu kompozytor ten raczy nas niesamowitą nijakością, gdzie pośród kompletnej, częstokroć chaotycznej tapety tła, wybija się co najwyżej temat główny (casus „Avengers”).

 

„RED 2” nie przynosi w tej kwestii żadnej zmiany – to muzyka odtwórcza, pusta, nijaka, bezładna i, co gorsza, bez konceptu. Silvestri odcina się zupełnie od ilustracji Becka i już w otwierającym płytę „Main Title” przedstawia własny pomysł. W konfrontacji z poprzednikiem wypada on blado, acz sam w sobie zły nie jest. W miarę charakterystyczna, wystarczająco chwytliwa nuta może się podobać, lecz jej toporności nijak nie idzie ukryć i – w przeciwieństwie do „Retired, Extremely Dangerous” z części pierwszej – maestro w ogóle nie używa jej jako motoru napędzającego resztę pracy. Nie zmienia to jednak faktu, iż jest to zdecydowanie najjaśniejszy jej punkt. Potem jest już tylko gorzej...

 

Niespełna godzinna płyta to, dokładnie tak, jak poprzednim razem, miks elektroniki i ‘żywych’ instrumentów. O ile jednak w rękach Becka był to miks całkiem sprawny, sympatyczny i spełniający swe zadanie, tak u Silvestriego przypomina luźny zbiór starych i nowych pomysłów, które wrzucono do jednego wora, a następnie na szybko zmontowano i wklejono do filmu. Poza action scorem (topornym, jak jasna cholera i śmierdzącym spaloną gumą, ale wciąż sprawnym) nic tu do siebie nie pasuje. Alan nie boi się co prawda eksperymentować, zarówno brzmieniem, jak i tematyką, co – rzadko bo rzadko, ale jednak – skutkuje paroma ciekawszymi fragmentami (chociażby końcówka „Marvin At Work” i znakomity początek „To Paris” – czemu podobnej drogi nie obiera „To London” i „To Moscow” pozostaje gorzką tajemnicą kompozytora), jednak w ogólnym rozrachunku niknie pod zalewem underscore’u, ustępując miejsca krzykliwej, ciężkiej ścianie dźwięku, znanej z „G.I. Joe” i „The A-Team”.

 

Jak na ironię, Silvestri nie ogranicza się tu – praktycznie co ścieżka, to nowy temat. I to się chwali. Tylko co z tego, skoro każdy kolejny prezentuje nową stylistykę i kompletnie nie pasuje do pozostałych. Brakuje spójności, myśli przewodniej i czegoś, co spinało by tą kompozycję – powracające od wielkiego dzwonu urywki melodii z „Main Title” nie są w stanie tego zadania spełnić wystarczająco solidnie, co skutkuje zwykłym zagubieniem, które z kolei miesza się z pokładami nudy. Dodatkowo, już po pierwszych 20 minutach odsłuchu pojawia się zmęczenie niekończącymi się, agresywnymi samplami. Generalnie praca ta jest na tyle nijaka, iż w filmie praktycznie ginie (jedynie w momentach przeskoków lokacji wybija się na pierwszy plan, jednak nawet tam nie proponuje nic nadzwyczajnego) i na tyle niezgrabna, że na płycie przyprawia głównie o ból głowy. Koszmar...?

 

Zdecydowanie nie, choć z pewnością nie jest to spacer po parku z ukochaną przy boku – zamiast drzew mamy śmieci, zamiast ukochanej transwestytę, a zamiast spaceru rozpaczliwą ucieczkę przed siebie. Zarówno Alan Silvestri, komedia sensacyjna, komiksowe adaptacje, jak i Frank Moses/Bruce Willis pamiętają zdecydowanie lepsze czasy, do których „RED 2”, mimo usilnych prób jego twórcy, z pewnością nie ma startu. Można omijać szerokim łukiem.

 

P.S. Wydanie fizyczne od La-La Land zawiera, nie wiedzieć po co, jeden dodatkowy utwór. Osobliwe napisy końcowe filmu ilustruje z kolei szlagier „Papa Loves Mambo” w wyk. Perry’ego Como – TUTAJ lista wszystkich użytych w filmie motywów źródłowych.

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

Main Title

02.

Safe House

03.

Speaking of Sarah

04.

Pentagon

05.

Han

06.

Marvin at Work

07.

Victoria Calls

08.

Han Plane Gone

09.

To Paris

10.

Paris Chase

11.

I Need You Frank

12.

Dressed to Kill

13.

To London

14.

To Moscow

15.

Hole in the Wall

16.

Sarah the Guard

17.

Catacombs

18.

Bailey Escapes

19.

Hangar Fight

20.

Entering the Embassy

21.

Plumbing

22.

London Chase

23.

Dasvidaniya

24.

Bomb Sunset

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 1.5  

Tomasz Goska 30-07-2013, 14:53

Pełna zgoda z oceną. Kupsztalowaty ten score - po raz kolejny pokazuje, że Alanowi ciężko przychodzi tworzenie czegoś nowego, zdolnego zainteresować słuchacza. Przesłuchane i zapomniane.


Mystery 11-08-2013, 15:46

Paździerz nie muzyka, jeden z najgorszych tegorocznych scorów z głośniejszych filmów. Panie Silvestri, wstyd odstawiać taką fuszerkę.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz