MuzykaFilmowa.pl - recenzja: Monsters University

  • Midnight Special
  • Man with One Red Shoe, The – Limited Edition
  • Swiss Army Man
  • Born To Be Blue
  • Miss Sloane

Monsters University

data publikacji: 20/07/2013

Uniwersytet Potworny

Monsters University

„..przez większość czasu to niestety ciepłe kluchy...”

Kompozytor: Randy Newman

Rok produkcji: 2013

Wytwórnia: Walt Disney Records

Czas trwania: 55:15 min.

 

Dziwaczne tematy wybierają producenci Studia Pixar dla swoich historyjek o niebieskim Sulley’u i zielonym Mike’u. Najpierw w satyryczny sposób wzięli na celownik wielkie korporacje, teraz przyglądają się życiu uniwersyteckiemu. Chyba nie do końca robią swoje filmy dla dzieci według kryterium metryki, a raczej dla dzieci wedle kryterium tego, co gra w duszy. Przebijająca z „Uniwersytetu Potwornego” nostalgia raczej nie trafi do dzisiejszych dziesięciolatków, ale pewnie doskonale zostanie odebrana przez ich rodziców.

 

Nostalgia wypływa też szerokimi strumieniami ze ścieżki dźwiękowej Randy’ego Newmana. Zapomnijcie o jazzowym szaleństwie „Potworów i spółki”. Tym razem, niemłody już przecież, mistrz proponuje muzykę znacznie bardziej nobliwą. Ze swoim bohaterem, Wazowskim, wita się pełnym słodyczy tematem wypełnionym ciepłym brzmieniem klarnetu, rytmicznymi, pogodnymi pociągnięciami smyczków i elegancką obudową fortepianu („Young Michael”). W tej sielskiej, niewinnej melodii odbijają się marzenia i rozkosze dzieciństwa. Newman wraca do nich jak do zapomnianej krainy łagodności. Brakuje tylko cichego szemrania wiekowego patefonu.

 

Przekroczenie murów uniwersytetu w pierwszej chwili tej sielanki nie zmienia. Pojawia się tylko szlachetny posmak. Oto hymn uczelni napisany wedle wszelkich prawideł gatunku – wzniosły, potężny, budzący szacunek („Monsters University”). Pradawne mury kryją w sobie wiedzę wielu pokoleń potworów. Newman wydaje się to traktować zaskakująco serio, trudno odnaleźć w tej melodii mrugnięcie okiem do słuchacza. Chyba, żeby potraktować całą kompozycję jako jeden wielki żart – poważne potraktowanie mitu, którym bawi się film animowany.

 

Nawet jeżeli jest w tym pewna przewrotność, ukryta została bardzo konsekwentnie. Film uniwersytecki jest zasadniczo amerykańskim wynalazkiem, nawet starannie wyedukowani Anglicy nie mają chyba tylu interesujących produkcji na temat studiowania. W „Uniwersytecie Potwornym” amerykańskość została bardzo mocno podkreślona. Na ścieżce dźwiękowej aż roi się od podniosłych fanfar, samotna trąbka niesie ze sobą szlachetny patos, werble dodają wojskowego szyku. W niektórych momentach niemal widzi się oczami wyobraźni powiewającą flagę w biało-czerwone paski. Newman na tym nie poprzestaje. Bierze również na celownik najbardziej amerykański ze wszystkich gatunków – western.

 

Film, ogólnie rzecz biorąc, opowiada o bandzie nieudaczników, którzy odnoszą ostatecznie sukces. Ich zmaganiom towarzyszy temat mocno odwołujący się do klasyki westernu spod znaku Elmera Bernsteina. „Rise and Shine”, jeden z najlepszych utworów na płycie, w pełni pozwala mu wybrzmieć. To dynamiczna melodia prowadzona głównie przez trąbki, tutaj wzmocniona werblami. Ma w sobie ducha przygody i swoisty tryumfalizm. Siedmiu potwornych wspaniałych (biorąc pod uwagę liczbę głów) nie wypada więc wiele gorzej od ich kolegów w kowbojskich kapeluszach. Znacznie słabiej rzecz wygląda, gdy Newman próbuje im się przyjrzeć nie od heroicznej, a lirycznej strony. Serwuje wówczas nieco bezbarwny temat na smyczki („Goodbyes”) – ładny, ale do bólu porządny i konwencjonalny.

 

Być może na tym polega największy kłopot z „Uniwersytetem...” zbyt kurczowo trzyma się konwencjonalnych rozwiązań. Przez większość czasu to niestety ciepłe kluchy, jakoś pozbawione energii i zadziorności. Co prawda zdarzają się niezłe dynamiczne momenty, jak chociażby pełne mocnych wejść dęciaków i zwieńczone niespodziewanie gitarą elektryczną „Scare Pig”, ale tempo jeszcze energii nie czyni. Tym większym blaskiem lśni „Stinging Glow Urchin” W pierwszej części jest tajemnicze i nabiera rozmachu, ale w drugiej to już szalony rajd, który spokojnie odnalazłby się w „Potworach i spółce”. Newman nie stara się przy tym nawiązywać do hitu sprzed 12 lat. Właściwie tylko w „Field Trip” znajdują się do niego jednoznaczne odniesienia, lecz trudno się dziwić – towarzyszy wydarzeniom dziejącym się w przyszłym miejscu pracy Mike’a i Sulley’a.

 

Budzi uznanie, iż Newman wybrał dla kontynuacji znanego przeboju zupełnie inną muzyczną drogę. W dużym stopniu zresztą trafioną. Kompozycja dobrze sprawdza się w obrazie, ładnie akcentuje poszczególne wątki i bohaterów (szczególnie budzącą grozę panią dziekan), przeszkadza jej tylko zachowawczość, być może niepotrzebnie uparta konsekwencja. Cały obrazek jest ładny, elegancki w niemal williamsowskim stylu. Klimatem przypomina czasem „Ratatuja” Michaela Giacchino. Tylko zdecydowanie zbyt łatwo oderwać od niego uszy w poszukiwaniu bardziej soczystych dźwięków. Pozostając w uniwersyteckiej konwencji: trzy z plusem, panie Newman, ale stać cię na więcej.

Autor recenzji: Jan Bliźniak


CD 1

01.

Main Title

02.

Young Michael

03.

First Day at MU

04.

Dean Hardscrabble

05.

Sulley

06.

Scare Pig

07.

Wasted Potential

08.

Oozma Kappa

09.

Stinging Glow Urchin

10.

Field Trip

11.

Rise and Shine

12.

The Library

13.

Roar – Axwell

14.

The Scare Games

15.

Did You Do This?

16.

Human World

17.

The Big Scare

18.

Goodbyes

19.

Mike and Sulley

20.

Monsters University

Komentarze

Obecnie brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz