• TRON
  • I Kill Giants
  • Paddington 2
  • Mowa ptaków
  • Young Sherlock Holmes

Place Beyond the Pines, The

data publikacji: 23/06/2013

Drugie oblicze

Place Beyond the Pines, The

„...sprawia wrażenie nieco przesadzonej...”

Kompozytor: Mike Patton

Rok produkcji: Milan Records

Wytwórnia: 2013

Czas trwania: 58:46 min.

 

Jest coś nachalnego w próbach zrobienia z Ryana Goslinga kultowego aktora. Reżyserzy tak bardzo starają się, by wyglądał stylowo, że nie dają mu już kiedy grać. A potem w recenzjach powtarza się, jak dobrze zagrał Bradley Cooper... Przy całym manieryzmie w prezentacji granego przez Goslinga Luke’a, „Drugie oblicze” i tak wypada zaskakująco dobrze. Nie razi pretensjonalnością (co mocno sugerował zwiastun), broni się emocjami, nawet wciąga. Nie można mu także odmówić ambicji pod względem intelektualnym, jak i realizacyjnym.

 

To ostatnie objawia się chociażby w specyficznej ścieżce dźwiękowej. Nie ma tu miejsca na miłe melodyjki (poza jednym wyjątkiem), żadnego ukłonu w stronę tradycyjnych rozwiązań, nawet modna ostatnio, niełatwa elektronika należy do innego świata. Mike Patton, znany głównie jako długoletni wokalista Faith No More, buduje swój szczególny świat, próbując tego co najtrudniejsze – bycia oryginalnym.

 

Podstawowe dwie cegiełki, z jakich korzysta to patetyczne partie chóralne i agresywne ciosy gitary elektrycznej. Nie służą mu one do tworzenia melodii, które mają tu z reguły szczątkowy charakter. Pewne motywy się powtarzają („Beyond the Pines"), ale na zasadzie wspólnoty dźwięków, nie tematów. Pattona wyraźnie bardziej interesuje samo brzmienie oraz szczególny stan zawieszenia. Nawet tam, gdzie mógłby ze swobodą poprowadzić spójną linię melodyczną („Evergreen”), z niemal sadystyczną przyjemnością rwie ją i szarpie – ważny jest mocny akcent, powtarzająca się niczym znak zapytania nad całą ścieżką pauza.

 

Zaskakujące jest, że w tym poszarpanym, skandującym brzmieniowymi okrzykami świecie, znalazło się miejsce na niemal naiwną słodycz. Jej najpiękniejszym reprezentantem jest „The Snow Angel”, z ową jedyną pełną, chociaż prościutką melodią graną na fortepianie. Ona też jest co prawda brutalnie szatkowana, za co należałoby Pattona pokroić, lecz i tak broni się ewidentnym wdziękiem. Nieco łagodnej lekkości, ale podszytej niepokojem, znajdzie się także w „Bromance”, czy właściwie ambientowym „Sonday”. 

 

Są to jednak wyjątki. Królują dźwięki nieprzyjemne, niepokojące, uciekające od melodyjnego ukojenia, czego najdobitniejszym wyrazem jest wieńczący oryginalną ścieżkę dźwiękową „Handsome Luke”. To naprawdę ciężki orzech do zgryzienia przez nagromadzenie bezładnych, ostrych brzmień. Po nim następuje szereg utworów źródłowych, które mają kłopot innego rodzaju. Co prawda zaskakująco dobrze wpisują się w wizję Pattona, unikają rozwiniętych melodii, eksponują partie chóralne i są przy tym łatwiejsze do strawienia, ale też męczą patosem. Być może jako osobne kawałki nie wywołują takiego wrażenia, lecz nagromadzone razem, zwłaszcza w sąsiedztwie emocjonalnie wyrazistej oryginalnej kompozycji, wywołują efekt przesady i rzutują negatywnie na odbiorze całej ścieżki.

 

Ciekawym jest to, że tak mocno dający o sobie znać przy samodzielnym odsłuchu patos, miejscami ocierający się nawet o pretensjonalność, w trakcie seansu nie razi. Jest w tym pewnie duża zasługa reżysera, Dereka Cianfrance’a, który z muzyki korzysta oszczędnie i stara się jej nadmiernie nie eksponować. Ostatecznie podpiera ona duchowo-metaforyczną warstwę obrazu, lecz nie podkręca emocjonalnie poszczególnych scen. Na płycie sprawia wrażenie nieco przesadzonej i może trochę na siłę awangardowej, przez co jej ciężar wydaje się sztucznie dopompowany.

 

Tym niemniej jest to pozycja na tyle ciekawa i niecodzienna, że warto chociaż spróbować się z nią zmierzyć. Jestem przekonany, że znajdzie swoich zadeklarowanych fanów, którzy docenią (i pewnie też przecenią) jej oryginalne podejście, zwłaszcza że radzi sobie w filmie znacznie lepiej, niż większość tego rodzaju eksperymentów. Jako słuchacz, którego tego rodzaju konwencja jednak nie do końca przekonuje, czuję się zobowiązany przestrzec, iż ta ociekająca patosem awangardowa podróż, może być – szczególnie dla zwolenników bardziej tradycyjnego podejścia – nie do przełknięcia.

Autor recenzji: Jan Bliźniak


CD 1

01.

Schenectady

02.

Family Trees

03.

Bromance

04.

Forest of Conscience

05.

Beyond the Pines

06.

Evergreen

07.

Misremembering

08.

Sonday

09.

Coniferae

10.

Eclipse of the Son

11.

The Snow Angel

12.

Handsome Luke

13.

Please Stay – The Cryin’ Shames

14.

Miserere Mei – Vladimir Ivanoff

15.

Fratres for Strings and Percussion – Arvo Part

16.

Ninna Nanna Per Adulteri – Ennio Morricone

17.

The Wolves (Act I and II) – Bon Iver

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 4  

Mystery 23-06-2013, 19:57

Niebanalna muza, z ambitniejszym zacięciem i świetnym klimatem, ciekawie wypełniająca obraz. Jak na dzień dzisiejszy jedna z nielicznych pozytywnych niespodzianek tego roku. Zaproponowaną ocenę jestem w stanie zaakceptować, choć sam wrażeniometr, jak na moje ucho, jest nieco za skąpy ;)


Mefisto 23-07-2014, 03:00

W filmie muzyka klasa - dodaje bardzo dużo do klimatu i po prostu świetnie zgrywa się z obrazem. Płytowo nie do końca przyjemna rzecz, ale również niezwykle klimatyczna, a przy tym całkiem nieźle zmontowana. Generalnie ścieżka bardziej do "wczucia się", niż słuchania jako takiego.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz