• Nerve
  • Phantom Thread
  • Three Billboards Outside Ebbing, Missouri
  • Denial
  • Founder, The

Leviathan

data publikacji: 20/10/2008

Lewiatan

Leviathan

"...interesująca elektronika, doskonały action score i sporo emocji..."

Kompozytor: Jerry Goldsmith

Rok produkcji: 1989

Wytwórnia: Varese Sarabande / Ricordi

Czas trwania: 39:42 min.

 

Tytułowy "Lewiatan" to wrak rosyjskiej łodzi podwodnej, na który podczas rutynowych prac natrafia załoga korporacji "Tri-Oceanic". Nurkowie zabierają na pokład stacji kilka przedmiotów z łodzi, w tym butelkę wódki, którą w niedługim czasie wypija jeden z nich. Płyn okazuje się być skażony i mężczyzna zapada na tajemniczą chorobę, a następnie umiera. Ciało zmarłego zaczyna wkrótce mutować, zabijając przy okazji kolejnych załogantów. Na domiar złego na morzu rozszalał się sztorm, uniemożliwiający załodze ewakuację z podwodnej bazy...

Tak pokrótce przedstawia się fabuła filmu George’a P. Cosmatosa, powstałego w czasach "Otchłani". I rzeczywiście bardzo przypomina on dzieło Camerona (oraz "Deep Star Six" z tego samego okresu, które jednak pominę milczeniem), jednocześnie sporo zapożyczając też z klasyków pokroju "Alien" czy carpenterowskiego "Coś". Niestety mimo podobnego klimatu i miejsca akcji (odcięta od reszty świata jednostka, której załoga musi radzić sobie sama z bliżej nieznanym zagrożeniem) produkcja ta nieco odstaje klasą od ww filmów, choć broni się niezłą obsadą (Peter Weller, Richard Crenna, Daniel Stern, Hector Elizondo, Ernie Hudson) i efektami. Natomiast muzyka to jego dodatkowy atut, który nie tylko śmiało może konkurować z partyturami Morricone i Silvestriego (Goldsmitha z Goldsmithem porównywać nie ma sensu, tym bardziej, że "Obcy" jest mimo wszystko najuboższą muzyką z tego fantastycznego grona), ale także znacznie je przebija pod względem atrakcyjności.

Muszę jednak zaznaczyć, że każda z przywołanych tu przeze mnie ilustracji, to dzieło na wskroś oryginalne i nietuzinkowe, choć niestety w lwiej części bardzo asłuchalne i sprawdzające się w dużej mierze głównie na ekranie. Jedynie "Otchłań" broni się jak może przed wszechobecnym underscorem, ale i ona posiada strony wyraźnie słabsze. I wcale nie twierdzę, że "Leviathan" różni się od nich znacznie – ta muzyka także posiada minusy, odrobinę nieprzyjemnych dźwięków tapety i dziwacznie brzmiące eksperymenty, które mają za zadanie zobrazować morskie głębiny i ich nieprzyjazne środowisko. Sęk w tym, że gdybym miał spośród nich wybrać tę jedną, konkretną płytę, która dała mi najwięcej radości i satysfakcji z zaprezentowanego nań materiału, to bez chwili wahania wskazałbym na Goldsmitha i jego "Leviathan". Szkoda więc, że jest to muzyka wyraźnie zapomniana ("Abyss" króluje w tym gatunku wciąż niepodzielnie) i trudno dostępna – szkoda, bo to jedna z lepszych ilustracji Goldsmitha z jaką się zetknąłem (inna sprawa, że ma on ich w swojej dyskografii naprawdę sporo). Co ciekawe jest to także jego jedyna kompozycja, która ze względu na koprodukcję filmu w całości została nagrana we Włoszech.

Żeby jednak nie było tak różowo, to powiem wpierw co mi się nie podoba. Przede wszystkim mamy tu kilka fragmentów odstających nieco od reszty i prezentujących właśnie czysty, nieprzyjemny underscore. Do takich utworów zalicza się "The Body Within", "It's Growing", oraz po części "Can We Fix It" i "Discovery". Nie są to jednak najsłabsze momenty płyty, lecz po prostu te najbardziej ilustracyjne. Ponarzekać można również na zapożyczenia z innych prac kompozytora – da się tu usłyszeć zarówno "Star Trek", "Odległy Ląd", jak i "Rój". Wyraźnie rzuca się w uszy także nadchodząca wielkimi krokami "Pamięć Absolutna" (młodszą o niespełna rok). To jednak wszystko, do czego mogę się przyczepić.

Cała reszta jest już różowiutka niczym pupcia niemowlęcia (czy też raczej błękitna niczym ocean ;). Goldsmith naprawdę prezentuje tu mnóstwo dobrych i zajmujących pomysłów, w które wyraźnie włożył przynajmniej część swego lwiego serca. Szczególnie zachwyca tu action score ("Decompression", "Can We Fix It", "Too Hot" i w końcu genialne "Escape Bubbles") oraz elektroniczna ‘impresja’ wszechobecnego oceanu z dźwiękami imitującymi wieloryby na czele ("Underwater Camp", "Situation Under Control"). Należy przy tym wspomnieć, że elektronika ta zupełnie się nie zestarzała! Całość brzmi dziś równie wybornie, co 20 lat temu, a przecież nie każda partytura z magicznych lat 80 może się pochwalić taką żywotnością i na większość patrzy się dziś jedynie przez pryzmat nostalgii. A jeśli do tego dodać jeszcze świetny (choć za krótki!) temat miłosny z "One Of Us" i przefantastyczne końcowe "A Lot Better", to już mamy płytę, którą warto – i trzeba – polecić z czystym sumieniem.

Świetne aranżacje, ciekawe i wciągające tematy, wysoki poziom tak samej muzyki, jak i nagrania, interesująca elektronika, doskonały action score i sporo emocji czeka każdego, kto zechce sięgnąć po ów krążek. W dodatku krążek świetnie skrojony do ‘skromnych’ czterdziestu minut, które nie mają prawa nudzić i męczyć. To kapitalna pozycja, do której często się wraca i którą trudno wyrzucić z pamięci. A ponieważ już od jakiegoś czasu jest to biały kruk, to wręcz koniecznie trzeba go złapać, gdy tylko znajdzie się w zasięgu naszego wzroku – absolutnie zachęcam do takiego czynu.
 

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

Underwater Camp

02.

Decompression

03.

Discovery

04.

One Of Us

05.

The Body Within

06.

Escape Bubbles

07.

Can We Fix It

08.

Situation Under Control

09.

It's Growing

10.

Too Hot

11.

A Lot Better

Komentarze

Obecnie brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz