• Trolls
  • LEGO Batman Movie, The
  • Good Dinosaur, The
  • Ten Thousand Saints
  • Baby Driver

Great Gatsby, The – soundtrack

data publikacji: 22/05/2013

Wielki Gatsby

Great Gatsby, The – soundtrack

„...na absolutnym topie...”

Kompozytor: różni wykonawcy

Rok produkcji: 2013

Wytwórnia: WaterTower Music/Interscope Records

Czas trwania: 56:56 min.

Baz Luhrmann ma rękę do muzyki. W swoich wystawnych, postmodernistycznych widowiskach błyskotliwie łączy piosenki napisane specjalnie na potrzeby filmu, utwory doń zaadaptowane i oryginalną, orkiestrową ścieżkę dźwiękową. Fantastycznie ta mikstura zadziałała w „Moulin Rouge!”, ponadprzeciętnie w „Romeo i Julii”. Kolejne zwiastuny „Wielkiego Gatsby’ego” wiele w tym kontekście obiecywały, a jaki efekt przynosi gotowe dzieło?

 

Lista artystów, których pracę wykorzystano przy kompilowaniu ścieżki dźwiękowej jest doprawdy imponująca, tym bardziej, że niektórzy z nich zgodzili się napisać premierowe piosenki. Opiekę producencką nad krążkiem roztoczył sam Shawn „Jay-Z” Carter, co stanowi dobrą wskazówkę na temat tego, jakiego rodzaju zawartości można oczekiwać.

 

Rozpoczyna się faktycznie brutalnym uderzeniem hip-hopu zgrabnie splecionym z kwestiami z filmu. Czarny jazz z czasów F. Scotta Fitzgeralda zastąpił czarny rap. Gatunki jednak zmieniają się jak w kalejdoskopie, dając niezwykły, bo właściwie pełny obraz tego, co znajduje się dziś na absolutnym topie muzyki rozrywkowej. Baz Luhrmann w licznych wypowiedziach zaznaczał, że jego celem było takie pokazanie międzywojennego Nowego Jorku, by był jak najbardziej pociągający dla współczesnego widza. Nic dziwnego więc, że jego wizja jest nowoczesna nie tylko wizualnie, ale też muzycznie.

 

Wielkim przyjęciom u Jaya Gatsby’ego towarzyszą zatem dyskotekowe przeboje o żywiołowym rytmie, muzyka klubowa, nawet dubstep. Wątek miłosny ilustrują tkliwe popowe ballady na czele z „Young and Beautiful” Lany Del Rey – najważniejszym singlem promującym film, a w samym obrazie pełniącym funkcję pełnoprawnego tematu. Jest w tym trochę tandety, bezwstydnego kiczu, ale zarazem zaskakująca autentyczność i ów pociągający blichtr, na którym tak bardzo zależało Luhrmannowi.

 

Znajdą się tu przy tym także propozycje dla koneserów niebanalnych dźwięków. Nagrany na potrzeby filmu cover przeboju „Back to Black” Amy Winehouse jest prawdziwym majstersztykiem. W pierwszej chwili trudno nawet rozpoznać, że to ten sam utwór, bardziej skupiony, pozbawiony melodyjności, z ascetycznym podkładem. Dopiero gdy wokal od André 3000 przejmuje Beyoncé, rzecz ucieka od nieco eksperymentalnej formy i nabiera elegancji. Całość robi piorunujące wrażenie. Podobnie zresztą jak drugi doskonały cover, który znalazł się na płycie – zaczerpnięta z bogatej twórczości Jacka White’a przeróbka „Love Is Blindness” U2, mocniejsza, bardziej zadziorna i przejmująca od oryginału.

 

Pośród nowoczesnego materiału muzyka lat 20. zaznacza swoją obecność delikatnie. Nieco staroświecko pobrzmiewają trąbki w „Bang Bang” will.i.am’a, najwięcej wnosi jednak zaangażowana do dwóch utworów The Bryan Ferry Orchestra, założona właśnie po to, by transponować międzywojenny jazz na dzisiejszy grunt. Wpierw akompaniuje samemu Bryanowi Ferry’emu w „Love Is the Drug”, potem zaś wraz z Emeli Sandé przerabia przebój Beyoncé „Crazy in Love” na porywający charleston.

 

Płyta nie do końca oddaje jednak eklektyczność i wielobarwność zawartej w filmie muzyki. Zabrakło chociażby symbolicznej prezentacji, dobrze wypadającej w filmie, oryginalnej kompozycji Craiga Armstronga. Nie zdecydowano się także dodać nieśmiertelnej „Błękitnej rapsodii” George’a Gershiwna, która wciąż stanowi jedyną muzyczną kwintesencję Nowego Jorku. Oczywiście pewne ograniczenia są zrozumiałe przez wgląd na założony kształt krążka, nadmierne pomieszanie stylów mogłoby wywołać chaos tak charakterystyczny dla większości kompilacji. Tutaj nawet wyraźnie słabsze utwory znajdują swoje miejsce jako dopasowane elementy pewnej całości. Dwupłytowa edycja rozszerzona aż się jednak prosi o publikację i bardzo bym się zdziwił, gdyby nigdy się nie ukazała.

 

Zaproponowane wydanie jest przy tym więcej niż zadowalające i z pewnością wystarczające również względem równolegle trafiającej do sprzedaży edycji deluxe, którą trudno nazwać bogatszą (za to łatwo droższą). Nie da się rzecz jasna polecić tej ścieżki dźwiękowej słuchaczom, którzy z obrzydzeniem krzywią się na jakiekolwiek radio związane z „gorącymi hitami”. Z drugiej strony po dyskotekowym ciosie „Bang Bang” i „A Little Party Never Killed Nobody”, atmosfera robi się wyraźnie łagodniejsza, chociaż nie zawsze w dobrym guście. Kto jednak chciałby uchwycić żywotny puls współczesnej muzyki i to przez rzadki pryzmat filmu, „Wielki Gatsby” daje mu po temu świetną okazję.

 

Autor recenzji: Jan Bliźniak


CD 1

01.

100$ Bill – Jay-Z

02.

Back To Black – Beyoncé, André 3000

03.

Bang Bang – will.i.am

04.

A Little Party Never Killed Nobody (All We Got) – Fergie, Q Tip, GoonRock

05.

Young and Beautiful – Lana Del Rey

06.

Love Is the Drug – Bryan Ferry, The Bryan Ferry Orchestra

07.

Over the Love – Florence + the Machine

08.

Where The Wind Blows – Coco O. of Quadron

09.

Crazy in Love – Emeli Sandé and The Bryan Ferry Orchestra

10.

Together – The xx

11.

Hearts a Mess – Gotye

12.

Love Is Blindness – Jack White

13.

Into the Past – Nero

14.

Kill and Run – Sia

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 3.5  

Mefisto 22-05-2013, 15:08

Bardzo dobra recka, przy czym nieco zdziwiło mnie to, że nie zdecydowałeś się jednak na wersję Deluxe, która biednie, bo biednie, ale jednak oferuje nieco więcej, w tym fragment kompozycji Armstronga właśnie. Suma sumarum nie ma jednak większej różnicy pomiędzy obiema wersjami. Sam album natomiast nie do końca mi się lepi - owszem, sporo tu świetnych coverów i oryginalnych piosenek, ale też i sporo tandety. Może po seansie mi się odmieni, ale póki co to jedynie solidna składanka, ale nic więcej - do wcześniejszych albumów Armstrong&Luhrmann nie ma startu.


Aleksander Dębicz 23-05-2013, 00:38

Film mnie tak zniesmaczył, że nie mam ochoty wracać do płyty, skądinąd bardzo dobrej. Luhrmann wybitną książkę Fitzgeralda zekranizował w sposób żenujący, sprowadzając całość do poziomu romansidła w stylu "Zmierzch". Od strony czysto wizualnej mamy do czynienia z piramidalnym kiczem. Polecam lekturę.


J.B. 23-05-2013, 16:50

Wydanie deluxe odstraszyło mnie fragmentami dialogów, mam na to uczulenie. Olku, mam wiele do zarzucenia wersji Luhrmanna, ale dla mnie jest aż do przesady wierna powieści i właśnie zaskakująco daleko jej do romansidła (czego nie można powiedzieć o ramotce z Redfordem). Zresztą, napisałem recenzję filmu też, jak kto ciekawy (http://alfred.blog.onet.p l/2013/05/20/pieniadze-szcz escia-nie-daja/)


Aleksander Dębicz 23-05-2013, 21:33

Pod względem fabularnym, owszem, Luhrmann jest wierny, ale nie o to chodzi. Adaptator powinien przenieść sens książki, jej przesłanie, to co między wierszami na język filmowy. Luhrmann, zamiast tego, stworzył fabularny bryk, w banalny sposób inscenizując poszczególne sceny (pomysł z piszącym na maszynie narratorem wyjątkowo infantylny - te literki na niebie, groza). Została zachowana główna oś powieści, która w "Gatsbym" jest szalenie banalna - przecież książka Fitzgeralda nie słynie z historyjki. Kompletnie nie zgadzam się z niektórymi opiniami, że film Luhrmanna może trochę spłyca oryginał, ale jest olśniewający wizualnie. Dla mnie to totalny kicz. Ekranizacji z Reffordem nie widziałem. A Twoją recenzję chętnie potem przeczytam.


toThron 12-06-2013, 23:02

To czy film oddał klimat, problematykę książki nie jest ważne w kontekście ścieżki dźwiękowej. utwory zgrabne i proste, a co za tym idzie.. bardzo dobre ! Szczerze powiedziawszy nienawidzę banalnych popowych coverów ani niczego innego związanego z popem. Preferuję tradycyjne ścieżki barwione orkiestrą, solidnymi drums, czy tez przeszyte sztampowym patosem. Mimo to, the Great Gatsby zachwycił mnie i oprawą audiowizualną i podkładem muzycznym. Naprawdę kawał świetnej roboty. Del Rey, Florence to już w ogóle bajka !


Geevah 30-12-2013, 00:24

Przesłuchałam soundtrack krótko przed wybraniem się do kina na film i byłam zachwycona. Do czasu ujrzenia obrazu Luhrmanna. Powiem tylko, że zawiodłam się wiele razy, a najbardziej w momencie, w którym zorientowałam się, jak okropnie potraktowano "Love Is Blindness", który stał się dla mnie perełką. Czekałam na ten utwór ponad godzinę, a dostałam obrzydliwie patetyczną scenę przerysowaną komputerowym zwolnieniem ruchów aktorów, podczas której w tle ledwo słychać było refren piosenki. Nie przemawiają też do mnie argumenty jakoby reżyserowi zależało na właśnie przesadnym ukazaniu międzywojennego przepychu nowojorskich bogaczy. Owszem, muzyka pop była dobrym wyborem, w pewnych momentach ma się jednak wrażenie, że jej dobór ociera się o granice ekstremum, zwłaszcza przy takich "utworach" jak "Bang Bang" czy "Into The Past".


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz