• Cure for Wellness, A
  • Deadpool 2 – score
  • Deadpool 2
  • Equalizer 2, The
  • Edge of Seventeen, The

Sleepers

data publikacji: 09/04/2013

Uśpieni

Sleepers

"...nie można odmówić tej muzyce klasy i subtelnego piękna..."

Kompozytor: John Williams

Rok produkcji: 1996

Wytwórnia: Philips

Czas trwania: 56:22 min.

 

48 nominacji do Oscara – taka liczba z pewnością budzi respekt i sprawia, że John Williams jawi się nie tylko, jako rekordzista (więcej miał ich tylko Walt Disney), ale i prawdziwy mistrz nad mistrze. Zresztą takie legendarne kompozycje, jak „Szczęki”, „Gwiezdne Wojny”, „Lista Schindlera” czy „E.T.” mówią same za siebie. Jednakże wśród tego ogromu prac zwyczajnie musi znaleźć się kilka mniej znanych, a przy tym takich, po których bliższym poznaniu samoczynnie (i czasem podświadomie) pojawiają się wątpliwości względem słuszności takiej nominacji, a co za tym idzie także jakości danego dzieła. Jednym z takich przypadków jest właśnie muzyka do skromnego, acz przepełnionego gwiazdami (De Niro, Pitt, Bacon, Hoffman...) dramatu „Uśpieni” Barry’ego Levinsona.

 

Partytura Williamsa posiada niemal wszystkie elementy, do których kompozytor przez lata nas przyzwyczaił. Mamy więc intrygujący, solidny temat główny, iście boską lirykę, wspaniałą suitę tematyczną pod napisy końcowe, a także i nieco chwytliwego action score’u – a wszystko to skąpane w gorzkim klimacie i opatrzone delikatnym instrumentarium z eterycznymi chórami na czele, które rzecz jasna odwołują się do pierwiastka religijnego filmu. I każdy ten element sam w sobie robi wrażenie na słuchaczu, dodatkowo oswojonego zabiegami stylistycznymi znanymi z późniejszych, bardziej popularnych prac maestro (początek „Hell's Kitchen” to wypisz-wymaluj „Minority Report”) lub też z ilustracji innych kompozytorów (basy i elektronika jako żywo przypominają „Ściganego”), co sprawia, że w płytę wchodzi się gładko, nawet pomimo niezbyt przyjemnego początku, jak i niespecjalnie atrakcyjnej natury całej kompozycji.

 

Warto jednak uzbroić się w cierpliwość, gdyż krążek ten – o nieco przesadnej długości i nienajlepszym montażu – zdecydowanie służy ścieżce dźwiękowej. Co prawda niektóre kawałki, jak np. pierwsze pięć ścieżek (notabene highlightów tej kompozycji) niemal od razu rozpościera przed nami swe atuty, lecz w zdecydowaną większość materiału należy się solidnie wgryźć, aby w pełni docenić wszystkie jego uroki. Jest to bowiem praca niezwykle stonowana, wręcz nieśmiała w pewnym sensie. Zresztą pod tym względem Williams wyśmienicie oddał zarówno atmosferę filmu, jak i poszczególnych jego bohaterów, których poznajemy wpierw w wieku mocno szczenięcym, a co za tym idzie mocno wrażliwym – szczególnie względem wstrząsających wydarzeń, jakie stają się ich udziałem – a następnie już jako dorosłych mężczyzn, którzy zmuszeni są zmierzyć się z duchami przeszłości. Mamy zatem do czynienia z wielce emocjonalną, a przy tym odrobinę niewygodną ilustracją o smętnym charakterze, która wraz z upływem czasu popada niestety w monotonię oraz traci na sile wyrazu i, zwłaszcza w drugiej połowie albumu, zaczyna zwyczajnie nużyć.

 

Największy problem tkwi jednak w filmie, w którym teoretycznie trafiający w dziesiątkę zamysł po prostu ginie! Poza kilkoma bardziej rozbuchanymi momentami, pokroju „The Football Game”, stanowiącym podkład dla jednej z nielicznych pozytywnych, a przy okazji dynamicznych scen tej produkcji; czy też punktami zwrotnymi, w których do naszych uszu docierają chociażby wspomniane chóry, nadające im odpowiednio podniosłego charakteru, to muzyki praktycznie nie słychać. Nie bardzo wiem, kogo ‘winić’ za taki stan rzeczy, ale ulotność williamsowskich nut jest tak duża, że nawet w scenach, w których zostały one wykorzystane, zupełnie swej obecności nie zaznaczają. Ta skromność zapewne ma i swoje plusy, a zbyt nachalna ilustracja mogłaby zwyczajnie zabić skrzętnie budowany klimat, lecz koniec końców jej związek z obrazem trudno uznać za udany, kiedy nawet w kontekście zwykłej tapety jawi się jako średniej jakości dzieło, o wątpliwym wpływie na ekranową akcję i tym bardziej na jej odbiorcę.

 

Dla Williamsa była to już 34. nominacja do nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej (i zarazem jedyna dla filmu) – ostatecznie kompozytor przegrał z „Angielskim Pacjentem” Gabriela Yareda. Jakkolwiek sam tryumfator jest mocno dyskusyjnym wyborem, tak ‘Big John’ na wygraną zdecydowanie nie zasłużył i ciężko oprzeć się wrażeniu, że do finalnej piątki dostał się niejako z urzędu (a ciekawych partytur nie brakowało – w oscarowym wyścigu pominięto m.in. „Duch i Mrok”, „Sztukę latania”, „Romeo i Julię” oraz „Fenomen”). Owszem, nie można odmówić tej muzyce klasy i subtelnego piękna, ale zważywszy na dość poważne mankamenty filmowo-płytowe trudno się dziwić, że wraz z upływem lat skazana została na swoiste zapomnienie i nawet najbardziej zatwardziali fani raczej nie zwykli jej wymieniać wśród ulubionych, tudzież najważniejszych w dorobku ich pupila partytur. Mnie co prawda „Sleepers” ujmuje pod paroma względami (finalna nota, będąca wypadową działania w filmie i na krążku, to solidne trzy z plusem), lecz trudno polecić ją z czystym sercem osobom postronnym, gdyż jest to muzyka, która zwyczajnie może... uśpić.

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

Sleepers at Wilkinson

02.

Hell's Kitchen

03.

The Football Game

04.

Saying the Rosary

05.

The Trip to Wilkinson

06.

Time in Solitary

07.

Revenge

08.

Michael's Witness

09.

Learning the Hard Way

10.

Last Night at Wilkinson

11.

Father Bobby's Decision

12.

Reliving the Past

13.

Reunion and Finale

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 3  

Andy 10-04-2013, 12:06

Fakt, tutaj Williams nie jest ani tematykiem, ani frapującym orkiestratorem (nie ciekawi technicznie nawet z ówczesnej perspektywy). Chyba masz rację, że onieśmielony powagą treści filmu ograniczył środki wyrazu.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz