• 007: Die Another Day – remastered and expanded
  • Arthur Christmas
  • Star Wars, Episode VIII: The Last Jedi
  • Brimstone
  • Silence

Midnight Express

data publikacji: 01/04/2013

Midnight Express

Midnight Express

"...okrutnie nierówny..."

Kompozytor: Giorgio Moroder

Rok produkcji: 1978 / 1987

Wytwórnia: Casablanca / Phonogram / Mercury Records

Czas trwania: 37:19 min.

 

Oparty na prawdziwych wydarzeniach, film Alana Parkera z miejsca otrzymał łatkę kontrowersyjnego. Śliski temat, uderzający w dziurawe prawo i kuriozalną politykę wewnętrzną Bliskiego Wschodu, niewygodne sceny przemocy (tak fizycznej, jak i psychicznej), odważne aktorstwo z grającym główną rolę, niesfornym Bradem Davisem na czele oraz niewolna od problemów realizacja projektu – to wszystko złożyło się na taki, a nie inny wizerunek produkcji, która mimo upływu czasu wciąż robi duże wrażenie. Także ścieżkę dźwiękową można określić mianem zaskakującej – głównie dzięki formie, jaką przybrała, ale i osobie kompozytora.

 

Pochodzący z włoskiego Urtijëi Giorgio Moroder, dla którego był to pierwszy tak duży i przy okazji pierwszy amerykański film w resume, postawił rzecz jasna na elektronikę, której był jednym z pionierów. Z dzisiejszej perspektywy taki wybór nie wzbudza wielkich dyskusji, lecz w owej chwili przedłożenie syntezatorów nad klasyczną orkiestrę w dramacie obrazującym cierpienie jednostki mogło rodzić oczywiste pytania. Jedno z nich wciąż jest zresztą aktualne, a mianowicie: jak taki podkład wpływa na i sprawuje się w fabule?

 

Odpowiedź nie jest oczywista, gdyż partytura Morodera posiada dwie strony, z których żadna nie satysfakcjonuje w pełni (szczególnie w trzy dekady po premierze), lecz o żadnej nie można także powiedzieć, iż zupełnie kiksuje – zwłaszcza, że trzy główne tematy kompozycji doczekały się swoistego kultu. Mowa rzecz jasna o otwierającym płytę trio „Chase”, „Love's Theme” i „Theme from”, które prezentują sobą dokładnie to, co ich tytuły. Otrzymujemy więc skromny action score, temat quasi-miłosny i motyw przewodni. Stylistyka wszystkich trzech jest bliźniaczo podobna, a przy tym mocno beztroska – ot, taki miks popu, disco i techno. Przebojowość jest tu więc głównym faktorem – szczególnie w przypadku „Chase”, które swego czasu niepodzielnie brylowało na klubowych parkietach, stając się jednym z największych hitów artysty. Co prawda utwór ten występuje w filmie w równie chwytliwej scenie ucieczki/pogoni po uliczkach Stambułu, niemniej takie radosne granie stoi niejako w opozycji do ciężaru i tematyki filmu, nawet jeśli towarzyszy jego ‘najprzyjemniejszej’ części.

 

Troszkę lepiej wypadają dwie pozostałe ścieżki, które poza wspomnianą atrakcyjnością niosą ze sobą także pewną myśl przewodnią, a ich charakter w miarę odzwierciedla daną sytuację protagonisty. Ich problem polega jednak na tym, że brzmią lekko tandetnie, co wespół z niektórymi scenami („Love’s Theme” wybrzmiewa w próbie zbliżenia pod prysznicem) sprawia po prostu kiepskie wrażenie. Znacznie lepiej, choć też bez wielkich rewelacji, radzą sobie bez tego kontekstu – zwłaszcza „Theme from” sporo zyskuje po dodaniu doń tekstu i łagodnego, kobiecego głosu, co skutkuje bodaj najlepszym momentem płyty, czyli zamykającą ją, słodko-gorzką piosenką w wykonaniu Chris Bennett, za którą wokalistka otrzymała nominację do Grammy. Oprócz niej, na albumie znajdziemy jeszcze „Istanbul Blues”, czyli piosenkę już konkretnie osadzoną w filmie, wykonywaną zresztą przez aktorów. Trochę szkoda, że to właśnie ich wersji nie zdecydowano się umieścić się na krążku, gdyż jest zdecydowanie bardziej dosadna i przesiąknięta iście namacalną goryczą – czego nie mogę powiedzieć o jej płytowym, radosnym odpowiedniku, jaki pasuje bardziej do estradowego występu Blues Brothers, aniżeli ponurej atmosfery „Midnight Express”.

 

I tak dochodzimy do rewersu całej kompozycji, który na krążku reprezentują kolejno: „The Wheel”, „Istanbul Opening” i „Cacaphoney” (swoją drogą montaż płyty pozostawia wiele do życzenia, gdyż nie odnosi się ani do chronologii wydarzeń, ani do estetyki doznań, ergo jest okrutnie nierówny). Są to kompozycje już bardzo serio, które w filmie świetnie obrazują szaleństwo i beznadziejność wchłaniające po kolei bohaterów. Wielce eksperymentalne, nieprzyjemne, złowrogie odgłosy elektroniki, choć miejscami także z lekka odrealnione względem stylistyki filmu, stanowią w nim największą siłę Morodera, gdyż po prostu dobrze oddają klimat. Paradoksalnie jednak są to najsłabsze fragmenty albumu, gdyż nie tylko nie przystają do reszty kompozycji, ale często są po prostu asłuchalne – szczególnie „Cacaphoney” pełen jest zabiegów, które mogą przyprawić o prawdziwy ból głowy. Pod tym względem niedaleko Moroderowi do hipnotycznego transu na wzór Tangerine Dream, co z pewnością stanowi o jakości tej części ilustracji, ale niekoniecznie o jej rekomendacji.

 

Za swą muzykę Giorgio Moroder otrzymał w 1979 r. Oscara (wyróżniono także scenariusz Olivera Stone’a – panowie spotkają się jeszcze przy okazji remake’u „Scarface”), tym samym stając się pierwszym elektronicznym twórcą, który dostąpił tego zaszczytu. W wyścigu o statuetkę pokonał takich gigantów, jak Ennio Morricone („Days of Heaven”), Dave Grusin („Heaven Can Wait”), Jerry Goldsmith („The Boys from Brazil”) i, przede wszystkim, John Williams, który nominowany był za legendarnego „Supermana”. Czy zasłużenie? Myślę, że nie, aczkolwiek rozumiem podejście Amerykańskiej Akademii Filmowej – w owej chwili muzyka syntetyczna była czymś nowym, świeżym i oryginalnym, a twórcy pokroju Vangelisa (którego nagrodzono trzy lata później za score do „Rydwanów ognia” – co ciekawe, wtedy także Grusin i Williams musieli obejść się smakiem, a ten drugi napisał wszak kolejną wybitną pracę, czyli „Poszukiwaczy Zaginionej Arki”), Carpentera, czy właśnie Morodera odważnie przecierali szlaki. Jednak w przeciwieństwie do mistrzowskich partytur Greka i klimatycznych, niepokojących tematów Amerykanina, ilustracje Włocha nie przetrwały próby czasu i brzmią już mocno archaicznie, nieco prostacko i czasem wręcz nieznośnie kiczowato.

 

  

 

I taki jest właśnie casus „Midnight Express”, którego pokraczne dźwięki o wdzięku disco polo i subtelności niemieckiego porno, choć miejscami chwytliwe, jawią się dziś bardziej jako ‘guilty pleasure’ do potupania w rytm nóżką, aniżeli faktycznie wartościowa ilustracja na poziomie. Jej odbiór – do którego bynajmniej nie potrzeba znajomości filmu – zależy od osobistych preferencji. Dla jednych ten króciutki album będzie więc okazją do zbawiennego zapomnienia się, a inni podczas odsłuchu poczują się naprawdę jak w tureckim więzieniu...

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

Chase

02.

Love's Theme

03.

(Theme from) Midnight Express

04.

Istanbul Blues – David Castle

05.

The Wheel

06.

Istanbul Opening

07.

Cacaphoney

08.

(Theme from) Midnight Express – Chris Bennett

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 2.5  

Fitek 02-04-2013, 01:04

Za każdym razem kiedy w ostatnich latach słyszałem: "skoro coś takiego nagradzają oscarem, to już koniec muzyki filmowej", przypominam sobie że 20 lat temu nagrodzili "Midnight Express", a muzyka filmowa przetrwała to bez większych problemów.


Krystian 29-08-2013, 09:23

Nie takie złe, choć rzeczywiście mocno nierówne.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz