• Trolls
  • LEGO Batman Movie, The
  • Good Dinosaur, The
  • Ten Thousand Saints
  • Baby Driver

Hitchcock

data publikacji: 06/03/2013

Hitchcock

Hitchcock

"...próba stylizacji byłaby daremna..."

Kompozytor: Danny Elfman

Rok produkcji: 2012

Wytwórnia: Sony Music

Czas trwania: 38:40 min.

 

Biografia Alfreda Hitchcocka? Nie. Film o powstawaniu „Psychozy”? Nie do końca. Reżyser Sacha Gervasi oraz scenarzysta John J. McLaughlin zdecydowali się na dość odważny krok i odeszli od konwencji typowej biografii i kina quasi-dokumentalnego. Film przedstawia bowiem perypetie małżeńskie państwa Hitchcocków, w które wpleciono produkcję najsłynniejszego dzieła Mistrza Suspensu. Co ciekawe, proces twórczy artysty jest tu w sugestii sfabularyzowany – przedstawiony jako thriller psychologiczny, stanowiący umiarkowanie przekonującą próbę wejścia w umysł Hitchcocka. Powstały więc dwa bieguny ekspresyjności: melodramatyczny i somnambuliczny.

 

Danny Elfman zawsze dobrze czuł się w obszarze polaryzacji wyrazowej, więc spójna ilustracja filmu Gervasiego nie przysporzyła mu kłopotu. Obraz potrzebował archaizującej, przerysowanej i nieco hiperbolizującej wydarzenia ekranowe muzyki. Na polu funkcjonalności kompozytor niewątpliwie odniósł sukces, choć przy jego wrażliwości oraz umiejętnościach nie trudno o taki stan rzeczy. Dominujący wątek miłosny Elfman ocieplił udanym tematem ‘małżeńskim’, skrojonym w ładnej, romantycznej harmonii (obniżona pryma toniki – staroświecki zabieg liryczny), ale z pewnością nie wykorzystał jego potencjału aranżacyjnego. Mroczny geniusz umysłu Hitchcocka odmalował zaś tajemniczą melodią, której towarzyszą niepokojące frazy wiolonczeli i skrzypiec, lecz rzadko słyszaną w pełnej krasie („End Credits 1”, „Logos”), a raczej przetwarzaną w drobniejszych wartościach. Właściwie, to dzięki tym momentom muzycznym utrzymuje się efekt oniryzmu scen hitchcockowskich wizji, amplifikowanych później w jego twórczości filmowej.

 

Soundtrack traci niestety sporo w odbiorze autonomicznym, co u Elfmana jest raczej rzadkością. Podobnie, jak we „Frankenweenie”, muzyka zawodzi swoją, może nie prostotą, ale przewidywalnością – brakiem osobliwości, z których zawsze słynął Kalifornijczyk. Oczywiście w zestawieniu z kolegami po fachu wciąż nie traci charakterystycznego głosu, lecz nie realizuje z polotem swoich, wciąż przecież dobrych, pomysłów. Utwory „Hitchcocka” cechuje konstrukcyjna powtarzalność oraz fakturalna i emocjonalna nuda. Przy dość oszczędnych środkach orkiestrowych, brzmienie powinno jawić się jako selektywne, a sprawia wrażenie jednobarwnego, skondensowanego. Dzieje się tak, ponieważ instrumenty solowe wyłaniają się ze swoimi partiami tylko na krótkie chwile, po czym giną w kolorystycznie statycznej i melodycznie anonimowej toni, nic nie wnosząc do całości. Elfman zawsze preferował uwypuklanie pojedynczych głosów, ale w obrębie jakiejś złożonej całości, prezentującej wyrazistą myśl muzyczną, a nie kilku repetowanych interwałów (nużące, tercjowe ostinato…). Uwagę zwracają właściwie jedynie wspomniane figuracje wiolonczeli i skrzypiec, etniczna perkusja w „Explosion” (gamelan?) czy ‘horrorowy’ fortepian w „Celery”. Wyróżnia się też jazzowe „Selling Psycho”, ale trąca odpychającym banałem.

 

Ponieważ akcję filmu współtworzy powstawanie „Psychozy”, nie sposób nie doszukiwać się nawiązań do głośnej ścieżki Bernarda Herrmanna. Nie jest to jednak oczywiste w przypadku Elfmana, gdyż jego muzyczna ideologia wyrasta w dużej mierze ze stylu legendarnego kompozytora, zatem próba stylizacji byłaby daremna. Powstałby wtedy paradoks stylistyczny, czyli styl bazujący na stylu, próbujący imitować swą pierwotną postać, mając już w sobie jego pierwiastki. Elfman uniknął takiej sytuacji, nie robiąc w tym kierunku… nic, tylko pozostając sobą. To wystarczyło, aby wywołać u słuchacza skojarzenia z klasykiem (podobne zwroty melodyczne, półtonowe dysonanse), choć dominacja smyczków i ich duża ruchliwość (ostinatowe motywy) oraz lapidarne, ‘rzeczownikowe’ tytuły utworów wydają się  być elementami celowymi dla osiągnięcia tego efektu.

 

Mimo wszystko powstał score dość nowoczesny, a przynajmniej nie epigoński. Przywołuje zbliżoną w wymowie „Dolores Claiborne” (również smyczki jako baza), ale ma znacznie mniej ciekawych pomysłów instrumentacyjnych i rytmicznych. W przypadku „Hitchcocka” mamy raczej do czynienia ze stagnacją, niż kontynuacją stylu, aczkolwiek to kontrowersyjna kwestia.

Autor recenzji: Andrzej Szachowski


CD 1

01.

Logos

02.

Theme from Hitchcock

03.

The Premiere

04.

Paramount and Out The Gate

05.

Mommy Dearest

06.

In Bed

07.

Impulses

08.

The Censor

09.

The Swim

10.

Peeping

11.

Sacrifices

12.

Walk With Hitch

13.

Celery

14.

Telephone

15.

Suspicion

16.

Explosion

17.

Selling Psycho

18.

Fantasy Smashed

19.

The Sand

20.

It's A Wrap

21.

Busted

22.

Saving The House

23.

Finally

24.

Home At Last

25.

End Credits 1

26.

End Credits 2

27.

Funeral March For A Marionette

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 2  

Fortuna 16-03-2013, 20:50

Przedostatnie paragraf bardzo trafny i ładnie sformułowany. Bardzo dobra recenzja, aczkolwiek poszczególne utwory oceniłbym inaczej.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz