• Hacksaw Ridge
  • Kubo and the Two Strings
  • Jungle Book, The
  • Pete’s Dragon
  • Sully

Impossible, The

data publikacji: 03/02/2013

Niemożliwe

Impossible, The

„...budzi masę dobrych skojarzeń...”

Kompozytor: Fernando Velázquez

Rok produkcji: 2012

Wytwórnia: Quartet Records

Czas trwania: 52:29 min.

 

Film Juana Antonio Bayony „Niemożliwe” nosi dumny tytuł najdroższej produkcji w historii kinematografii hiszpańskiej. Trudno się dziwić – atak fali tsunami i krajobraz po niej pokazane są z ogromnym rozmachem. Szkoda tylko, że przez cały seans ma się wrażenie, iż jest to obraz hollywoodzki. Bohaterowie mówią po angielsku, w głównej roli obsadzono gwiazdę zza oceanu, a sama opowieść, rozbuchana emocjonalnie, pełna patosu i wyciskająca łzy wygląda tak, jakby stało za nią wielkie studio z Fabryki Snów. Bayona, reżyser dobrze przyjętego „Sierocińca”, najwyraźniej chciał pokazać, że Hiszpan potrafi i udało mu się. Nie byłoby niczym dziwnym, gdyby dostał teraz szereg zaproszeń z załączonymi biletami pierwszej klasy do Los Angeles.

 

Skoro „Niemożliwe” powstało według wszelkich reguł hollywoodzkiego widowiska, nie mogło w nim zabraknąć epickiej, podniosłej muzyki. Rzeczywiście, gdy wkłada się płytę do odtwarzacza, od razu z głośników wydobywa się wyrazisty, patetyczny temat główny. W pierwszej chwili budzi on mieszane uczucia. Nic bowiem nie przygotowuje słuchacza na taki natychmiastowy wybuch emocji. Nim zdąży się wejść w muzykę, ta od razu wymaga maksimum zaangażowania, ale początkowe wątpliwości niepostrzeżenie zmieniają się w zachwyt. Pewnie, kompozytor Fernando Velázquez napisał muzykę do bólu hollywoodzką, ale w najlepszej tradycji gatunku.

 

Jego kompozycja szybko budzi masę dobrych skojarzeń. Jest w niej ciepły liryzm w stylu Ennio Morricone, efektowna tkliwość melodramatycznych ścieżek dźwiękowych Johna Barry’ego, szlachetny patos Hansa Zimmera (z lepszych czasów). Partie fortepianowe są równie delikatne i subtelne, jak tematy Clinta Eastwooda. Nade wszystko jednak nad partyturą Velázqueza unosi się duch Patricka Doyle’a z jego heroicznego okresu, który swoje apogeum miał w połowie lat 90. ubiegłego wieku. Podobnie jak w najlepszych pracach Brytyjczyka, jest tu niezwykła emocjonalna wylewność, niczym niekontrolowane wybuchy romantycznego szaleństwa. Przytłaczające, zachwycające siłą i uczuciem partie smyczków mają oczywiście cyniczny cel wymuszenia łez, ale nie ma się wrażenia suchej, kompozytorskiej kalkulacji, jest natomiast dużo autentyzmu.

 

Velázquez szczęśliwie nie trzyma słuchacza w stanie ciągłego uniesienia przez bite 50 minut, czym wywołałby pewnie znużenie. Sporą część płyty zajmuje refleksyjny liryzm oraz bardziej wyciszona muzyka ilustracyjna. Kompozytor niemal bez wysiłku wydobywa z orkiestry brzmienie szlachetne i po prostu samo w sobie miłe w odsłuchu. Nawet, gdy przez pewien czas nie korzysta z tematycznej wyrazistości, ani nie ma pomysłu na szczególnie błyskotliwą ilustrację, jakoś udaje mu się utrzymać zainteresowanie swobodą w operowaniu orkiestrą, czy elegancją następujących po sobie ilustracyjnych cegiełek. Rzecz jasna nie wszystkie elementy są równie atrakcyjne, ale krążek został opracowany na tyle mądrze, że w odpowiednich odstępach czasu pojawiają się fragmenty przykuwające uwagę. Po mniej ekscytującym tle, jaki towarzyszy nadejściu fali tsunami, pojawia się dynamiczne, wzruszające „Go and Help People”, gdy przez jakiś czas słuchacz towarzyszy jałowym poszukiwaniom jednego z bohaterów, sytuacje ożywia mocne wejście „But She’ll Be Ok, Right” w stylu Alexandre'a Desplata. Pewnie kilku utworów można byłoby się z wydania płytowego bez żalu pozbyć, ale i tak nie jest ono przesadnie rozdęte, jak wiele współczesnych ścieżek dźwiękowych.

 

Co ciekawe, chociaż samodzielny odsłuch kompozycji Velázqueza sugeruje niemal operowe jej wykorzystanie w filmie, Bayona wykazuje się w tym zakresie zaskakującą zachowawczością. Używa muzyki zgodnie z regułami sztuki, podkreślając najważniejsze momenty i dociskając pedał emocji, tam gdzie uważa łzy widza za absolutnie konieczne (chociaż co wrażliwsi mogą przepłakać cały seans), ale nie nadużywa jej. Tym może najbardziej różni się od swoich amerykańskich kolegów, którzy boją się ciszy. W „Niemożliwe” ścieżka dźwiękowa jest tam, gdzie trzeba i brzmi dokładnie tak jak trzeba. Nie cechuje jej może ilustracyjna inwencja, ale za to trafia bez pudła w emocje i nastrój dzieła.

 

Prawdopodobnie najmocniejszy zarzut, jaki mógłby paść pod adresem tej muzyki, to brak oryginalności. Faktycznie, nie jest to kompozycja rozszerzająca granice gatunku, pomysłowa i szczególnie twórcza. Z drugiej strony korzysta z dorobku klasycznych ilustracji umiejętnie, z szacunkiem i wyczuciem. Velázquez nie kopiuje bezczelnie rozwiązań wypracowanych przez mistrzów i kolegów, ale odnajduje w nich właściwe kierunki do stworzenia własnej muzyki, pasującej do filmu i ekscytującej przy samodzielnym odsłuchu. Jest to więc bardzo tradycyjna kompozycja obdarzona ogromnym ładunkiem emocjonalnym, a miejscami czystym, urzekającym pięknem. Dla mnie to wystarczy, by umieścić ją w gronie najlepszych ścieżek dźwiękowych ubiegłego roku.

 

P.S. W sprzedaży znalazła się limitowana edycja pięciuset płyt winylowych z tą ścieżką dźwiękową.

Autor recenzji: Jan Bliźniak


CD 1

01.

The Impossible Main Titles

02.

The Best Holiday Season Ever

03.

Is It Over?

04.

Even If It’s the Last Thing We Do

05.

Kem Kang Noi

06.

My Boys, I Cannot See Them

07.

Go and Help People

08.

I Will Bring Your “Pappa” Here

09.

Is There Somebody We Could Call?

10.

We’ll Drive You Somewhere Safer

11.

I Won’t Stop Looking Until I Find Them

12.

But She’ll Be Ok, Right?

13.

Mom, Guess What I Just Saw Outside?

14.

Let’s Go, No Need to Wait

15.

Am I Dead?

16.

I Have a Family Too

17.

He Looked So Happy

18.

The Impossible End Titles

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 3.33  

Mefisto 04-02-2013, 18:37

Dla mnie muzyka (jeszcze bez filmu) dzieli się na albumie albo na przedramatyzowaną do cna albo też totalnie nijaką, plumkającą w tle bez większego zaangażowania, co generalnie plasuje ją jako dość średnią kompozycję z momentami. Zaskoczył mnie natomiast wrażeniometr, o którym dość niedawno była dyskusja przy okazji Życia Pi. W głowie mi się nie mieści jak The Impossible może mieć tyle maksów dla średnich całościowo kompozycji (wszak oceniamy je tu już bez filmu) - poza End i Main Titles oczywiście - podczas gdy Life of Pi jest dalece bardziej pomysłową i emocjonującą pracą, a maksa nie otrzymała ani jednego! Nooooo! ;)


DanielosVK 04-02-2013, 20:22

Dokładnie. A score średni. Temat ładny, ale nieco kiczowaty przez swoje przedramatyzowanie. A poza tematem wiele tu nie uświadczymy.


J.B. 06-02-2013, 12:04

Mefisto, już Ci się skrzętnie tłumaczę ;). 1. Według mnie muzyka do "Niemożliwe", odwrotnie niż "Życie Pi", lepiej wypada płytowo niż filmowo. Jakbym powyższe utwory oceniał przez pryzmat filmu, to maksów byś nie uświadczył. 2. Zgoda, "Życie Pi" jest znacznie ciekawsze (chociaż przecież momentami boleśnie wtórne), ale czy szczególnie emocjonujące? Tego wyrazu bym nie użył. 3. Uważam "Życie Pi" jako taką ofertę "całościową". Tzn. dobrze i ze zrozumieniem można ją odebrać, słuchając całej płyty od początku do końca. Pojedyncze utwory, wyrwane z kontekstu nie zwracają szczególnie uwagi (uwaga osobista: wrażeniometr zawsze opracowuję tak, jakbym miał dany utwór usłyszeć ni z tego, ni z owego w radiu, czyli kawałek całkowicie samodzielny). Natomiast niektóre utwory z "Niemożliwego" same w sobie stanowią efektowną i emocjonującą ofertę. 4. "Tyle maksów"? Znaczy 4 ;) . To chyba nie jest przesadnie dużo. Z tym, że dwa postawiłem bez wątpliwości (1 i 7), a dwa pozostałe dla zniewalających momentów. *Tyle uwag, co do wrażeniometru, z oceny całościowej, mam nadzieję, wyczerpująco się wytłumaczyłem w recenzji, ale bez bicia przyznaję, trochę naciągnąłem ;)


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz