• Domino
  • Catch-22
  • Glass
  • Fargo: Year 3
  • John Wick: Chapter 3 – Parabellum

War of the Worlds

data publikacji: 20/07/2005

Wojna światów

War of the Worlds

"...jednostajna i wręcz monotonna..."

Kompozytor: John Williams

Rok produkcji: 2005

Wytwórnia: Decca

Czas trwania: 61:01 min.

Muzyka filmowa pełna jest wielkich nazwisk jak Morricone, Vangelis. Bez wątpienia jednym z nich jest także John Williams. Kompozytor, który stworzył muzykę do ostatniego filmu Stevena Spielberga – "Wojna Światów". Wybór Johna Williamsa na twórcę tej ścieżki dźwiękowej nie był żadnym zaskoczeniem. Duet Williams – Spielberg już od wielu lat wspólnie tworzy największe hity światowego kina. Do ich osiągnięć należą chociażby "Szczęki", "Bliskie spotkania trzeciego stopnia", "Park Jurajski", "Lista Schindlera" i cała trylogia przygód Indiany Jonesa. Dzięki muzyce do tych filmów John Williams jest uznawany obecnie za jednego z najwybitniejszych twórców muzyki filmowej na świecie. Kompozytor ten jest także rekordzistą pod względem ilości zdobytych nagród. Ma on aż 5 Oscarów za najlepszą muzykę filmową, czyli najwięcej pośród wszystkich żyjących kompozytorów. Niestety opinia Johna Williamsa jako najlepszego kompozytora została ostatnio wystawiona na wielką próbę. A stało się to właśnie za sprawą muzyki do "Wojny Światów", w której kompozytor niestety nie pokazuje nic godnego uwagi.

Największą zaletą Johna Williamsa do tej pory była umiejętność tworzenia pięknych, przebojowych motywów i świetne aranżacje na orkiestrę symfoniczną. W końcu któż z nas nie zna przerażającego tematu z filmu "Szczęki" czy marsza imperialnego z "Gwiezdnych Wojen". W "Wojnie Światów" zdecydowanie brakuje jakiegokolwiek motywu czy tematu, który mógłby wyróżnić tą ścieżkę dźwiękową od innych. Po przesłuchaniu całej płyty miałem wrażenie, że powstała ona w wielkim pośpiechu i tak do końca kompozytor nie przemyślał tego jak powinna ta muzyka w ogóle wyglądać. No bo pomyślmy. Film w wielkim skrócie opowiada o inwazji obcych na Ziemię. Taka tematyka nie jest chyba Williamsowi obca, jeśli przypomnimy sobie takie filmy jak "Bliskie spotkania trzeciego stopnia", "E.T." czy chociażby "Gwiezdne Wojny". To też były filmy fantastyczne z obcymi cywilizacjami w rolach głównych a mimo to ścieżki dźwiękowe do nich były zupełnie inne. Williams tworzył tam przejmujące i porywające motywy, które bez problemu zapadały w pamięć i przesądzały o sukcesach obrazów. W przypadku "Wojny Światów" nie wiadomo, dlaczego kompozytor zarzuca swój dotychczasowy warsztat efektem, czego jest ścieżka dźwiękowa wypełniona potężnym orkiestrowym brzmieniem, ale nie zawierająca żadnej treści.

Takie posunięcie można by tłumaczyć chęcią Williamsa do podążania za najnowszymi trendami muzyki filmowej. W końcu chyba już wszyscy zainteresowani tematem zauważyli, że wszystkie ukazujące się od kilku miesięcy ścieżki dźwiękowe charakteryzuje fatalny przerost formy nad treścią. Nawet sprawdzeni kompozytorzy jak Hans Zimmer czy James Newton Howard ("Batman Begins") przestają skupiać się na tworzeniu melodycznych i zapadających w pamięć tematów a więcej uwagi poświęcają na wymyślanie nowych form i środków wyrazu. Najlepszym tego przykładem może być chociażby "Sin City", które nie oferuje nic więcej poza mrocznym stylem neo-noir (jak to nazwał sam reżyser – Robert Rodriguez). Jednak gdyby przyjąć taką hipotezę, że John Williams stara się gonić za stylowymi rewelacjami swoich młodszych kolegów to skąd w jego twórczości taki nagły zwrot? Gdzie się podziała ta żelazna konsekwencja Johna Williamsa w robieniu swojego bez względu na innych, która ostatecznie przyniosła mu taką sławę?

Jak już wcześniej wspominałem to, co się rzuca od razu z oczy (uszy?) to wrażenie jakby muzyka do "Wojny Światów" powstawała w wielkim pośpiechu. Takie wrażenie potęguje właśnie brak jakichkolwiek motywów czy tematów, który sprawia, że muzyka jest niezwykle chaotyczna i nic jej tutaj nie porządkuje. Z pewnością gdyby powstał jakiś motyw obcych czy Ray’a jak to zwykle Williams robił wszystko to można by jakoś sobie poukładać. Niestety tego tutaj właśnie brak. Poza tym muzyka na tej płycie jest jednostajna i wręcz monotonna, przez co nie potrafi niczym zaskoczyć. Można, co prawda znaleźć tutaj utwory o różnym ładunku emocjonalnym jak na przykład sentymentalne i spokojne "Ray And Rachel" czy "Refugee Status" a z drugiej strony głośne "The Ferry Scene", ale tak naprawdę nie dają one powodów, dla których chciałoby się je jeszcze raz przesłuchać. To, co tutaj razi to także niezwykłe podobieństwo do poprzedniego dzieła Williamsa "Star Wars – Zemsta Sithów". Powtarzające się pomysły i niektóre rozwiązania instrumentalne w utworach "Refugee Status" i "The Return to Boston" aż się proszą o przypomnienie właśnie "Zemsty Sithów". Miejscami pojawia się także sporo podobieństw do "A.I." łącznie z mrocznym "The Separation of the Family" i "Reaching the Country" na czele. Sytuacji nie poprawiają nawet monologi Morgana Freemana pojawiające się z utworach "Prologue" i "The Reunion".

 


Nie jest to, co prawda muzyka łatwa do słuchania, ale na pewno znajdzie ona swoich zwolenników. Być może zachęci ich do kupna tej płyty zaskakująco niska cena (ciekawe dlaczego tak niska?) a może nazwisko słynnego kompozytora na niezbyt oryginalnej okładce (znowu pomniejszony plakat). Z pewnością cała otoczka, jaka powstała wokół tej płyty podniosła, co do niej oczekiwania na tyle wysoko, że muzyka nie zdołała im podołać. Oczekiwano wielu partii chóralnych a niestety nie osiągają one tutaj nawet przyzwoitego poziomu. Oczekiwano powalających tematów a nie pojawiają się żadne. Trochę żal, że do filmu dającego tak wiele możliwości kompozytorowi powstała tak fatalna ścieżka dźwiękowa. Można zrzucić to na karb tego ze Williams z tym samym czasie komponował muzykę do ostatniej części "Gwiezdnych Wojen". Ale w końcu tak doświadczony kompozytor powinien znać granice swoich możliwości i nie zabierać się do czegoś, jeśli wie, że nie będzie w stanie zrobić tego przynajmniej porządnie. W samym filmie muzyka jak zwykle u Williamsa wtapia się w obraz tak, że jest prawie nie zauważalna, chociaż odczuwalna. Do mnie nie przemawia taka wizja muzyki, jaką pokazał John Williams w najnowszym filmie Spielberga. Sam film zresztą także nie zachwyca. Pan Spielberg po raz kolejny pokazał, że jest mistrzem w rzemiośle filmowym, co niestety dla niektórych jest równoznaczne z tym, że jest on dobrym reżyserem. Tak niestety nie jest i oprócz świetnego rzemiosła nic więcej ten obraz nie oferuje. A to mógł być naprawdę wielki film...

Autor recenzji: Łukasz Waligórski


CD 1

01.

Prologue (zawiera monolog filmowy Morgana Freemana)

02.

The Ferry Scene

03.

Reaching the Country

04.

The Intersection Scene

05.

Ray and Rachel

06.

Escape from the City

07.

Probing the Basement

08.

Refugee Status

09.

The Attack on the Car

10.

The Seperation of the Family

11.

The Confrontation With Ogilvy

12.

The Return to Boston

13.

Escape from the Basket

14.

The Reunion (zawiera monolog filmowy Morgana Freemana)

15.

Epilogue

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 3  

mike 31-08-2012, 16:47

Wrażeniometr trochę okrutny dla 'Escape from the City'


Mefisto 31-08-2012, 19:51

Fakt, z wrażeniometrem dałoby się dyskutować. Zresztą i z samą recką także poniekąd - co prawda na płycie muzyka faktycznie nie porywa, ale już w filmie sprawdza się więcej jak poprawnie. A i po przypomnieniu sobie jednego i drugiego moja opinia powędrowała w górę - to całkiem solidny Williams z pomysłem, inna sprawa, że niespecjalnie do posłuchania.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz