• Hacksaw Ridge
  • Kubo and the Two Strings
  • Jungle Book, The
  • Pete’s Dragon
  • Sully

Bourne Legacy, The

data publikacji: 15/08/2012

Dziedzictwo Bourne'a

Bourne Legacy, The

"...daleko do tematycznej finezji Powella..."

Kompozytor: James Newton Howard

Rok produkcji: 2012

Wytwórnia: Varese Sarabande / Colosseum / Back Lot Music

Czas trwania: 63:33 min.

 

„Jason Bourne to jedynie wierzchołek góry lodowej” – ten cytat z filmu zdaje się idealnie obrazować podejście producentów i wydawców do opus magnum Roberta Ludluma. Zaowocowało ono tym, że po śmierci tego poczytnego autora (to już ponad 10 lat!) wydano więcej książek o przygodach byłego agenta CIA, niż za jego życia (aktualnie stosunek ten wynosi 7 do 3, ale pewnie na tym nie koniec). „Dziedzictwo Bourne’a” jest właśnie pierwszym takim odciętym kuponem, choć, co ciekawe, to nie na jego kanwie osnuto czwarty film z serii. Stało się tak na skutek odejścia od projektu reżysera poprzednich odsłon, Paula Greengrassa, którego rezygnacja poskutkowała absencją także odtwórcy roli tytułowej, Matta Damona. „The Bourne Legacy” nie jest więc filmem o Jasonie Bourne (choć, jak na ironię jest go tu całkiem sporo), a o zupełnie innym agencie, zupełnie innego programu szkoleniowego (oczywiście top secret), który przypuszczalnie stanie się zalążkiem nowej trylogii.

 

Nową (choć o bliźniaczym schemacie) historię niemal od zera stworzył scenarzysta poprzednich Bourne’ów, Tony Gilroy, który stanął także za kamerą. To wiązało się ze zmianą innych członków ekipy, w tym kompozytora. Johna Powella zastąpił zatem James Newton Howard, który po trzech filmach może być już swobodnie określany mianem nadwornego muzyka Gilroya (wcześniej panowie zrobili lekkie „Duplicity” i oscarowego „Michaela Claytona”). Nowy bohater, nowa historia i nowa stylistyka – to musiało zaowocować także zupełnie nową ścieżką dźwiękową. I choć oba te media wykorzystują krótkie fragmenty z „Ultimatum Bourne’a” (akcja „Dziedzictwa...” dzieje się równolegle do tamtego filmu, a pierwsze jego ujęcie przywołuje na myśl ostatnie z Damonem), a czasem niepotrzebnie i zgubnie próbują je naśladować (action score, sceny pościgów), to całość nie zostawia nam wątpliwości, że mamy do czynienia z tworem autonomicznym, jakże innym od poprzednich – i, niestety, także wyraźnie gorszym.

 

Znajomą nutę znajdziemy jedynie w utworze otwierającym album, w którym Howard delikatnie zaznacza, iż mamy do czynienia z tym samym universum. Już za chwilę jednak brzmienie całkowicie się zmienia i muzyka obiera klimaty tak surowe i eteryczne, iż ma się wrażenie, że za moment ujrzymy na ekranie agenta o nazwisku... Clayton. Tak, tak, Howard pozostaje przy Gilroyu tym samym, nieco asertywnym twórcą, nacechowanym sporą dawką elektronicznej industrialności i jeszcze większą surowością emocjonalną. W spokojniejszych scenach mamy więc dalekie, niemal puste tło, które nawet w momentach lirycznych niczym się nie wyróżnia (może jedynie końcowe „Aftermath” stanowi wyjątek); natomiast w scenach akcji stanowi ‘ślepą łupankę’, której daleko do tematycznej finezji Powella. Jak na ironię w filmie zdaje się spełniać ona zadanie, bo nie odrywa widza od przegadanych scen (których jest aż nadto) i powoli odkrywającej się układanki czasów, osób i zdarzeń. Z drugiej strony brakuje tu jakiejś bardziej wyrazistej nuty, która pomogłaby nam trochę bardziej przejąć się losami bohaterów i zwyczajnie nadać filmowi większej estetyki oraz sprawić, że z seansu wyjdziemy nie z bólem głowy, lecz z konkretnym tematem (choćby i najprostszym) na ustach.

 

 

Ale i tak znacznie gorzej wypada pod tym względem album – mdły, nudny, nijaki, zdecydowanie za długi i męczący. Co prawda to właśnie na nim, przy odrobinie samozaparcia dostrzeżemy charakterystyczne dla Howarda smaczki i zalążki całkiem niezłych melodii, które na ekranie zupełnie przepadały. Jednak to stanowczo za mało, jak na bezbarwną ścianę dźwięku, która prowadzi donikąd. Nie powiem, jest tu kilka fajniejszych, energicznych momentów, które pokazują, że kompozytor miał jakiś pomysł na score i których bez problemu idzie słuchać. Do takich z pewnością należy początkowe „Drone” i końcowe „Magsaysay Suite”, których akcja momentami miażdży (i które są bodaj w ogóle najlepszymi momentami tej ilustracji). Świetny jest wstęp, jak i orientalna naleciałość w „Program Shutdown”, a także dramatyzm afrykańsko brzmiącego „Manila Lab". Podoba mi się agresywna gitara w „Simon Ross” i „LARX Tarmac”, a „Aaron Run!” to czysty zastrzyk adrenaliny, choć zdecydowanie zbyt krótki, by wybudzić nas z letargu. Całkiem udanie Howard buduje też suspens za pomocą sekcji dętej i skrzypiec (tych w ogóle na płycie sporo, choć często giną pod natłokiem elektroniki) w „Wolf Attack”, który przypomina pod tym względem podobne fragmenty rewelacyjnej „Osady”; oraz perkusji w ogólnie słabiutkim, lecz prezentującym niekiedy werwę „Ściganego”, „17 Hour Head Start”. Aż dziw bierze, że żadna z tych melodii nie zostaje w ogóle rozwinięta, a wszelkie ciekawsze pomysły albo nagle urywają się, albo zostają porzucone na rzecz dziwacznych i nieangażujących tekstur, które dla większości słuchaczy okażą się być nie do przejścia.

 

Sytuacji nie ratuje nawet kolejna odsłona „Extreme Ways” Moby’ego, która prócz ww początku w „Legacy” stanowi jedyny łącznik muzyczny z poprzednimi filmami. Tym razem Howard wraz z Josephem Trapanese („Tron: Uprising”) rozpisał kawałek na 110-cio osobową orkiestrę, dodał trochę beatów, jeszcze więcej smyczków i odarł głos wykonawcy z elektronicznego posmaku, a także bardziej podkreślił towarzyszący mu kobiecy wokal. Skutkiem tego chyba najbardziej atrakcyjna, wręcz epicka wersja tego przeboju, a przy tym i najlepszy utwór na albumie.

 

Nie przesadzę pisząc, iż Aaron Cross to godny następca Jasona Bourne’a, a popularny ostatnimi czasy Jeremy Renner ma zdecydowanie więcej charyzmy, aniżeli Matt Damon (choć paradoksalnie jego historia jest znacznie mniej fascynująca). Szkoda więc, że taki bohater trafił do tak średniej fabuły, podkreślonej jeszcze bardziej przeciętną muzyką, która co prawda bez problemu, ale i bez polotu wpisuje się swą surowością w zimno świata przedstawionego, zupełnie nie zapisując się jednak w świadomości odbiorcy. Tym samym JNH wciąż brakuje argumentów do walki z narastającą falą krytyki i irytacją fanów, którzy nie bez kozery zarzucają mu coraz częściej twórcze wypalenie oraz brak chęci. Cóż, może następym razem kompozytor zaserwuje wszystkim coś więcej, niż jedynie świetną aranżację piosenki. Aczkolwiek przyznać trzeba, że chociaż to jedno wciąż wychodzi mu perfekcyjnie.

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

Legacy

02.

Drone

03.

NRAG

04.

You Fell In Love

05.

Program Shutdown

06.

Over The Mountain

07.

High Powered Rifle

08.

They're All Dead

09.

Manila Lab

10.

Wolves / Sick Ric

11.

Doctor Of What?

12.

Aaron In Chicago

13.

Wolf Attack

14.

Chem Talk

15.

Flight 167

16.

Aaron Run!

17.

You Belong Here

18.

Cognitive Degrade

19.

17 Hour Head Start

20.

Viralled Out

21.

You're Doing Fine

22.

Simon Ross

23.

LARX Tarmac

24.

Magsaysay Suite

25.

Aftermath

26.

Extreme Ways (Bourne's Legacy) – Moby

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 1.5  

DanielosVK 15-08-2012, 10:36

JNh osiągnął tu najniższy poziom w całej swojej karierze. Brak tutaj czegokolwiek - pomysłu, emocji, napięcia, jakieś dobrej melodii. Nie ma tu kompletnie czego szukać. Teraz może być już tylko lepiej, bo nie wierzę, że Howard może zrobić coś jeszcze gorszego.


Mefisto 15-08-2012, 14:09

No jak dla mnie Green Lantern jest gorszy, Freedomland także nie powalał, a i kilka jego wczesnych prac jest zwyczajnie słabych. Bourne'a ratuje fakt, że sprawdza się w filmie, a gdy się lepiej przysłuchać to nie jest takim dnem totalnym.


DanielosVK 15-08-2012, 15:43

Green Lantern miał chociaż "We're Going to Fly Now", Bourne wg mnie nie ma nic. A nie powalanie to wg mnie calkiem pozytywne określenie w porównaniu do powyższego score'u. :)


Mystery 15-08-2012, 16:36

Jako, że nie ma połówek, niech ma to 2. Porażka, ale jak trafnie zostało zauważone, nie taka znowu kompletna i coś tam jednak Howard próbował, ale jak na tą serię i takiego kompozytora, to i tak wstyd.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz