• Split
  • Ballerina
  • Secret Life of Pets, The
  • Storks
  • Trolls

Aliens – Deluxe Edtion

data publikacji: 25/07/2012

Obcy - decydujące starcie

Aliens – Deluxe Edtion

"...swą siłą i potężnym brzmieniem znokautowałby całą armię ksenomorfów..."

Kompozytor: James Horner

Rok produkcji: 1986 / 2001

Wytwórnia: Varese Sarabande / Colosseum

Czas trwania: 75:29 min.

 

Co było pierwsze: jajko czy kura? I która część „Obcego” jest lepsza: pierwsza czy druga? Na te gnębiące fanów pytania chyba nigdy nie znajdziemy odpowiedzi, m. in. dlatego, iż mocno różni się druga część „Obcego”, znanego u nas jako „Obcy - decydujące starcie”, od pierwszej. Film Ridleya Scotta to atmosferyczny, klaustrofobiczny horror w scenerii s-f. Zaś James Cameron postawił na rasowy, pełnokrwisty film akcji, nie z jednym, a całą masą ksenomorfów. To zupełnie inne podejście do tematu sprawia, że „Aliens” nie jest jakimś niepotrzebnym sequelem, lecz naprawdę świeżą, wciągającą i zaskakującą kontynuacją. Zresztą nie od dziś zalicza się go do najlepszych w historii kina – tuż obok „Ojca Chrzestnego II”, „Imperium Kontratakuje”, czy „Terminatora 2 (znowu Cameron).

 

Różnica między tymi filmami ujawnia się także w oprawie muzycznej. Muzykę do pierwszego „Obcego” skomponował Jerry Goldsmith, tworząc jedną ze swoich wybitniejszych, ale i bardziej wymagających ścieżek dźwiękowych. Przy drugim filmie brzemię spadło na młodego Jamesa Hornera. W owym czasie był on wschodzącą gwiazdą w świecie muzyki filmowej i dzięki takim tytułom, jak „Krull”, dwóm częściom „Star Trek”, „Brainstorm”, czy „Kokon” dał się poznać, jako wielce utalentowany, pełen młodzieńczej energii kompozytor, bez problemu potrafiący okiełzać orkiestrę. Teoretycznie „Aliens” (będę używał już angielskiego tytułu) nie był pierwszym wspólnym projektem obu Jamesów. Obaj pracowali już wcześniej przy „Battle Beyond the Stars” (Cameron, jeszcze jako ‘Jim’, był tam odpowiedzialny za efekty i miniatury), będącym wielką podróbką „Star Wars”. Tym razem jednak przyszła pora na współpracę na linii reżyser-kompozytor, która, wedle relacji wyglądała mniej więcej, jak finałowa walka Ripley z Królową Obcych.

 

I nie ma w tym stwierdzeniu nic przesadzonego, gdyż nawet dzisiaj panowie wspominają, że omal nie doszło do rękoczynów. Już od samego początku im się nie układało. Gdy Horner przybył do Londynu na nagrania był przekonany, że film jest już gotowy. Okazało się jednak, iż Cameron dalej go montuje. I tak na sześć tygodni przed premierą filmu, którego Horner nie miał jeszcze okazji zobaczyć, score wciąż nie był gotowy. W ostateczności całość nagrano w przeciągu czterech dni, na krótko przed światową premierą. Sam kompozytor nie był w pełni zadowolony z tego, co skomponował, twierdząc, że gdyby miał więcej czasu i bardziej komfortowy warunki, to osiągnąłby lepszy efekt. Możnaby się zresztą dalej zagłębiać i przytaczać anegdoty z procesu powstawania tej partytury, ale wtedy recenzja osiągnęłaby długość pracy magisterskiej. Najważniejsze, że zarówno Horner, jak i Cameron nie byli w pełni zadowoleni z gotowej muzyki. Biorąc to wszystko pod uwagę należałoby się więc spodziewać słabej i złej ilustracji. O dziwo, jest wręcz przeciwnie! Mimo tych wszystkich problemów podczas realizacji, ścieżka dźwiękowa do „Aliens” jest naprawdę bardzo dobra i nie zawaham się stwierdzić, że jest jedną z lepszych w bogatej karierze Hornera.

 

 

 

Niesamowite, jak dobrze ta muzyka oddaje charakter filmu i współgra z nim. Tak, jak produkcja Camerona stanowi idealną mieszankę horroru i akcji, tak i muzyka Hornera jednocześnie straszy i dostarcza potężną dawkę energii. Tym samym amerykański kompozytor skutecznie kreuje wyjątkową atmosferę, co idealnie oddaje już otwierające album „Main Title”, powodujące pierwsze zimne krople potu na naszej skroni. Motyw ten naturalnie przewija się przez cały album, wzmagając u słuchacza paranoiczne odczucie ciszy przed burzą. Z jednej strony mamy więc mrożący krew w żyłach, klimatyczny underscore, który prowadzi nas do typowego horrorowego brzmienia (chociażby w takich ‘straszakach’, jak „Bad Dreams” i „FaceHuggers”), a z drugiej – co jest główną siłą napędową tej muzyki – wzorcowy action score, który swą siłą i potężnym brzmieniem znokautowałby całą armię ksenomorfów. A ponieważ w filmie walczy z nimi jednostka kosmicznych marines, toteż Horner, za pomocą wszelkich rodzajów perkusji, bębnów i werbli, nadaje swojej pracy mocno militarystyczny wydźwięk.

 

I rzeczywiście, muzyka akcji ma siłę pułku wojska, jak nie całej armii, co świetnie słychać w takich utworach, jak „Combat Drop” i „Ripley’s Rescue”. To w nich właśnie pojawia się ten charakterystyczny, pędzący przed siebie i od razu wpadający w ucho motyw z trąbką i kowadełkiem. Niestety, tutaj też od razu objawia się jedna z głównych wad całego score’u, jak i chyba wszystkich innych prac Hornera – brak oryginalność i powtarzalność. Brzmi to bowiem bardzo podobnie (jak nie identycznie) do tego, co kompozytor skomponował wcześniej na poczet „Wolfen” i „Star Treków”. Tak więc kopia, ale przynajmniej taka, którą trudno się nią nie zachwycać – szczególnie, gdy ma się do czynienia z takim arcydziełem, jak „Futile Escape”, który po nieco przedramatyzowanym początku przeradza się w rytmiczny i pełen siły kawałek, doskonale ilustrujący zmagania dzielnych marines z watahą przerażających stworów. Podobnież i rewelacyjny, narastający, pełen emocji „Bishop’s Countdown” jest małym majstersztykiem, który pokazuje, jak powinno się pisać dobry action score. Album ten oferuje więc wrażeń co niemiara.

 

 

Jednak nie każdy, kto zapozna się z kompozycją Hornera będzie zachwycony – zwłaszcza ci, którzy gustują w zdecydowanie delikatniejszych rytmach mogą być zawiedzeni, mimo że i takich tu nie brak (przynoszące finalne ukojenie „Resolution and Hyperspace”). I choć Horner uważany jest za jednego z przystępniejszych kompozytorów muzyki filmowej, tak „Aliens” bez wątpienia zalicza się do jednej z jego cięższych w odbiorze prac. Nie pomaga też ilość materiału, jaki otrzymujemy na tym, pochodzącym z 2001 roku wydaniu. Deluxe Edition od Varese Sarabande proponuje nam ponad 75 minut muzyki, z czego ostatni kwadrans to bonusy ograniczające się w dużej mierze jedynie do perkusji solo – a to może okazać się aż nadto, nawet dla fanów cięższego brzmienia i militarystycznych purystów. Z drugiej jednak strony ta kompozycja nigdy nie miała być miła, łatwa i przyjemna, a tam, gdzie powinna, czyli w filmie, spełnia swoje zadanie bez zarzutu.

 

Tak więc „Alien” czy „Aliens”? Jerry czy James? I tutaj, podobnie jak w przypadku obu filmów, wywyższanie jednej pracy względem drugiej mija się z celem. Co prawda wiele osób wyżej stawia partyturę Goldsmitha, argumentując, że jest oryginalniejsza, bardziej przemyślana i klimatyczna. „Aliens” można wszak zarzucić nawiązania do wcześniejszych prac Hornera, jak wspomniane „Wolfen” i „Star Trek: Wrath of Kahn”, lecz nie oznacza to, iż brak tej muzyce klimatu i pomysłu. Wręcz przeciwnie, mimo kiepskich warunków pracy, Horner skomponował niezwykły, bardzo sugestywny i potężny score, idealnie oddający i uzupełniający wizję Camerona. I choć ocena końcowa może się niektórym wydać nieco na wyrost, to jednak wystarczy obejrzeć chociażby przykładową scenę szarży Ripley wozem opancerzonym, by na własnej skórze poczuć, jaki przypływ adrenaliny Horner potrafi tu zaoferować. A takich momentów w filmie/na płycie jest znacznie, znacznie więcej...

 

  

  

Autor recenzji: Maciej Wawrzyniec Olech


CD 1

01.

Main Title

02.

Bad Dreams

03.

Dark Discovery / Newt's Horror

04.

LV-426

05.

Combat Drop

06.

The Complex

07.

Atmosphere Station

08.

Med. Lab.

09.

Newt

10.

Sub-Level 3

11.

Ripley's Rescue

12.

FaceHuggers

13.

Futile Escape

14.

Newt Is Taken

15.

Going After Newt

16.

The Queen

17.

Bishop's Countdown

18.

Queen To Bishop

19.

Resolution And Hyperscape

20.

Bad Dreams (Alternate)

21.

Ripley's Rescue (Percussion Only)

22.

LV-426 (Alternate Edit - Film Version)

23.

Combat Drop (Percussion Only)

24.

Hyperspace (Alternate Ending)

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 4.5  

Andy 25-07-2012, 15:07

Ścieżka świetna. Wydanie również, ale te "wyciągi" perkusyjne to jakieś nieporozumienie...


Mefisto 25-07-2012, 15:19

Ścieżka klimatu i mega momentów, która swój kult zawdzięcza bardziej filmowi, aniżeli faktycznej jakości. Doskonale obnaża to zresztą wydanie Deluxe, gdzie do perełek pokroju "Bishop's Countdown" i innych, klasycznych już momentów obecnych na wcześniejszych wydaniach, dodano masę underscore'u, często asłuchalnego.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz