• Deadpool 2 – score
  • Deadpool 2
  • Equalizer 2, The
  • Edge of Seventeen, The
  • Money Monster

6th Day, The

data publikacji: 11/03/2012

6-ty dzień

6th Day, The

"...miejscami naprawdę zapiera dech w piersiach..."

Kompozytor: Trevor Rabin

Rok produkcji: 2000

Wytwórnia: Varese Sarabande / Colosseum / Volcano

Czas trwania: 38:40 min.

 

„Szósty dzień” miał być dla Arnolda Schwarzennegera zarówno wielkim powrotem do dawnej chwały, jak i pierwszą produkcją w nowym milenium. Po zbędnych wygłupach w „Junior”, „Jingle All the Way” oraz tragicznym „Batman i Robin”, a także chłodno przyjętej próbie dramatycznej kreacji w „End of Days” i solidnym, ale przetechnologizowanym „Eraser”, ikona kina akcji potrzebowała projektu, który znów wyniesie ją na szczyt. I zapowiadało się pysznie, bo mieliśmy otrzymać miks klasycznej nawalanki oraz s-f, a więc coś, w czym Arnold sprawdzał się wyśmienicie i na czym zbudował swą hollywoodzką karierę. W dodatku, po raz pierwszy aktor miał wystąpić w podwójnej roli – jako główny bohater i jego... klon. Niestety, wyszło kino średnie, po którym Austriacki Dąb już się właściwie nie podniósł. Zawiodło praktycznie wszystko – w dodatku za mało było w tym wszystkim fajnej akcji, a za dużo pitolenia i jeszcze więcej klisz. Jako tako obronił się jedynie osobliwy humor oraz muzyka Trevora Rabina.

 

Licząca sobie niespełna 40 minut płyta zaczyna się w miarę cicho. Muzyka pojawia się jakby w tle i stopniowo narasta. Po chwili dołącza doń przepuszczony przez syntezatory głos, który nucąc główną melodię jednocześnie ją wzmacnia. I tak jest przez pierwsze dwie minuty. A potem dostajemy prawdziwego muzycznego kopa, który co prawda nas nie znokautuje, ale przyprawi o solidne skołowanie (niesamowite smyczki a la Vanessa-Mae w końcówce). Rabin stworzył tutaj bowiem jedną ze swoich najciekawszych i najambitniejszych kompozycji, co, biorąc pod uwagę jakość samego filmu, jest sporym zaskoczeniem. Muzyka ta jest co prawda do bólu rabinowska, a więc oparta w dużej mierze na agresywnej elektronice, a po części na klasycznej orkiestrze i chórach, ale miejscami naprawdę zapiera dech w piersiach. Duża w tym zasługa udanego połączenia typowego dla tamtego okresu action score z bardzo ambitną, jak na dany typ kina, liryką, które mieszają się z sobą na różnych poziomach. I, co ciekawe, na albumie przeważają te spokojniejsze momenty...

 

Słychać to bardzo dobrze już w otwierającym album, opisanym wyżej „The 6th Day”, na którym Rabin oparł gros partytury, jak i w równie owocnym temacie głównego bohatera – „Adam's Theme” to piękna, rozpisana na fortepian i smyczki melodia, o mocno charakterystycznym, acz trącącym nieco „Armageddonem” brzmieniu (gdzieniegdzie słychać też echa „Deep Blue Sea”), która (dokładnie od 2:10 min.) zostawia na słuchaczu niezapomniane wrażenie – zdecydowanie jedna z lepszych melodii tego kompozytora. Być może dlatego fascynują także kolejne jej wersje, jak posępne „Playing God”, gdzie w tle wiją się samotne smyczki rodem z „Osady”, które w starciu z elektroniczną teksturą dają bardzo oryginalny i przyprawiający o dreszcze utwór; pierwsza połowa „Adam's Birthday” z dźwiękami wystylizowanymi na pozytywkę, czy przesłodkie „The Kiss”, które stanowi fajne, choć mało trafne w kontekście krążka, zwieńczenie całości.

 

Rzecz jasna Rabin nie zaniedbał też muzyki akcji, choć ta zredukowana została do minimum, kosztem budowania napięcia i klimatu (naprawdę ciekawy duet „In The Beginning...” i „Cloning” z dynamiczniejszymi wstawkami, a także mocno tapeciarskie „The Hospital”, czy „Drucker Meets Drucker”). Gdy jednak akcja w pełnym tego znaczenia słowa już się pojawia, to robi się gorąco! Świetnym przykładem jest choćby „One For The Team”, który poza dynamiką przyciąga także iście hipnotyczną nutą (od 1:16 min.). Nie zawodzą też bardziej klasyczne „The Rescue” i „The Roof Top”, w których kompozytor nie stroni jednakoż od kolejnych eksperymentów i szukania nowych brzmień. Apogeum Rabin osiąga jednak w „Adam Goes Home”, gdzie epika wręcz wylewa się z głośników. Szkoda, że to właśnie nie ten utwór kończy krążek, bo jest idealnym podsumowaniem tegoż.

 

Mimo wszystko chwilami jest to nieco toporna ilustracja z kilkoma irytującymi momentami (tyczy się to głównie wspomnianej tapety), której w dodatku nie pomaga montaż płyty – ta, choć krótka, niepozbawiona jest kilku zbędnych i męczących ścieżek. Ale muzyka ta w ogólnym rozrachunku broni się całkiem dobrze, głównie swą nieszablonowością, bogactwem detali i oryginalnym brzmieniem. Co jednak ciekawe, to fakt, iż (poza tematem głównym) raczej nie kojarzy się ona z filmem! Pomijam już fakt, że ten nie przypadł mi do gustu, ale słuchając poszczególnych ścieżek zupełnie nie czułem więzi z konkretnym tytułem. Ciężko jednoznacznie stwierdzić, czy to dobrze, czy źle – szczególnie, że na ekranie się to wszystko sprawdza i raczej nie kiksuje. Zdaje się jednak, że Rabin zupełnie przypadkiem stworzył partyturę, która idealnie nadaje się do wykorzystania w czymś zupełnie innym i ciekawszym, aniżeli mierne filmidło science-fiction ze Schwarzeneggerem w roli głównej...

 

P.S. Na płycie dvd z filmem można znaleźć pełny, wyizolowany score wraz z komentarzem kompozytora. Co ciekawe, w edycji blu-ray porzucono ten dodatek. Tekst ten jest natomiast poprawioną i rozszerzoną wersją recenzji napisanej dla portalu film.org.pl.

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

The 6th Day

02.

In the Beginning...

03.

Cloning

04.

Adam's Theme

05.

One for the Team

06.

The Rescue

07.

Playing God

08.

The Roof Top

09.

Adam's Birthday

10.

Kill the Doctor

11.

The Hospital

12.

Drucker Meets Drucker

13.

Adam Goes Home

14.

The Kiss

Komentarze

Obecnie brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz