• Firestarter
  • Hitman’s Bodyguard, The
  • Klute / All The President's Men
  • Victoria & Abdul
  • Logan

Dangerous Method, A

data publikacji: 03/02/2012

Niebezpieczna metoda

Dangerous Method, A

„...mało jest tu Shore’a, jakiego znamy...”

Kompozytor: Howard Shore

Rok produkcji: 2011

Wytwórnia: Sony Classical

Czas trwania: 64:57 min.

 

Ostatni film Davida Cronenberga, „Niebezpieczną metodę”, cechuje zaskakująca równowaga elementów całkiem dobrych i wyjątkowo złych. Można się więc w niej natknąć zarówno na fatalne aktorstwo (Keira Knightley, chociaż i Michael Fassbender wypada poniżej oczekiwań), jak i znakomite (kapitalny Viggo Mortensen); scenariusz jest inteligentny i błyskotliwy, a zarazem mocno przegadany; całość ładnie dopracowana, co z drugiej strony powoduje brak życia i emocji. Cronenberg wyraźnie nowej dla siebie konwencji dramatu kostiumowego nie poczuł i chociaż technik z niego biegły, wyraźnie zabrakło mu na ten film ciekawego pomysłu. Jak natomiast w tym gąszczu pozytywów i negatywów filmowego rzemiosła odnalazł się Howard Shore? Po której stronie należy uplasować jego muzykę?

 

Kompozytor doskonalił swój warsztat w różnych gatunkach. Cronenberg nie jest jedynym mistrzem, z którego pieca przyszło mu jeść. Nie raz udowadniał, że potrafi z wprawą kameleona dostosować się do kolejnego filmowego dzieła. Również z kinem kostiumowym zdarzało mu się spotykać, aczkolwiek zasadniczo innego rodzaju. Trudno jednak w jego przypadku nazwać „Niebezpieczną metodę” szczególnym wyzwaniem. Jest to film oparty przede wszystkim na słowie, muzyka ma funkcję dopełniającą, z rzadka wychodzi przed szereg. Shore nie tak dawno pokazał, iż potrafi się w takiej formule świetnie odnaleźć – jego „Wątpliwość” znakomicie współgrała z obrazem. Poza doświadczeniem, na korzyść Shore’a działał też fakt, że nie musiał konstruować swojej ścieżki od podstaw.

 

Z powodów oczywistych dla tych, którzy film widzieli, reżyser postanowił jako kluczowy element muzyczny umieścić „Idyllę Zygfryda” Ryszarda Wagnera. Pozostałym, którzy seans mają jeszcze przed sobą, należy się słowo wyjaśnienia. Bohaterowie, Karl Jung i Sabina Spielrein, odnoszą się kilkakrotnie wprost do muzyki Wagnera, szczególnie co prawda bliskie im jest „Złoto Renu”, jednakże to postać Zygfryda ma najgłębszy wpływ na bohaterów. Leży ona w podwalinach psychozy Spielrein i stanowi motywację jej pragnienia związku z Jungiem. Ta ostatnia kwestia sprawia, że skojarzenie z romantyczną, liryczną „Idyllą...” staje się zupełnie naturalne. Poemat symfoniczny Wagnera nie tylko fragmentarycznie pojawia się kilkukrotnie w całej ścieżce dźwiękowej jako swego rodzaju temat miłosny, stanowi też jej najważniejszy trop interpretacyjny. Howard Shore stanął bowiem przed zadaniem nie tylko skomponowania muzyki do obrazu, ale także (czy może przede wszystkim) zaaranżowania na jego potrzebę „Idylli...”, nadając przy tym klasyczny sznyt całej pracy.

 

Sznyt ten jest świetnie wyczuwalny w większości utworów. Zabarwione są nim smyczki („Freedom”) i fortepian („Letters”), nawet underscore ma w sobie tego rodzaju, elegancki posmak („Vienna”). Shore po raz kolejny udowadnia, że świetnie czuje się w strukturach rodem z muzyki poważnej, bez trudu imituje wielkich mistrzów, nie tylko Wagnera, ale i Schuberta, czy Beethovena, bawi się ich stylem, by wreszcie pokazać, że potrafi komponować nie gorzej od nich („Risk My Authority”). Oczywiście traci na tym indywidualny charakter partytury, na szczęście jednak w kilku innych fragmentach pazur Shore’a objawia się w całej okazałości.

 

Mowa tu przede wszystkim o pierwszorzędnym temacie, jaki napisał już całkowicie własnoręcznie na potrzeby obrazu. Jest on niejako rozbity na dwie części. Pierwsza z nich pojawia się już na samym początku ścieżki – to powolna, stonowana, lecz niepokojąca melodia, z początku prowadzona przez fortepian, by potem nabrać głębi wraz ze smyczkami. W „Burghölzli” Shore pozwala sobie też na szaleńczy wybuch tych ostatnich o iście romantycznym (w sensie epoki) charakterze. Druga część rozpoczyna się tam, gdzie pierwsza kończy. To ona jednak samodzielnie stanowi wizytówkę nie tylko ścieżki, ale i całego filmu (pojawia się nawet w zwiastunie). Również nosi w sobie niepokój, lecz znacznie bardziej wyrazisty, emocjonalny, podszyty jakby nutą rozpaczy. Jej konstrukcja przypomina fanfarę, pomysł, do którego Shore chętnie wraca. Jest to melodia w gruncie rzeczy prosta, dzięki czemu łatwo wpada w ucho, ale zarazem pozbawiona prymitywności, co sprawia, że dobrze komponuje się z bardziej subtelnymi elementami ścieżki.

 

Chociaż owa druga część radzi sobie dobrze samodzielnie i zwykle w takiej formie się pojawia, połączenie jej z pierwszą nadaje obydwu nową jakość. Tak dzieje się w utworze „Miss Spielrein”, gdzie pierwsza z melodii, skryta w akompaniamencie, stanowi niejako freudowski id, a druga, widocznie zaprezentowana, jego wyraz w postaci libido. Intrygujące wydaje się tutaj niemal lustrzane odbicie obydwu części. Pierwsza z nich rozpoczyna się długimi frazami, a kończy krótkimi, druga zaś odwrotnie rozpoczyna się owym pośpiechem, by potem osunąć się rozciągnięte zakończenie.

 

W kontekście freudowskich skojarzeń ego stanowić może elegancja i wyważenie klasycznych form, a także sama „Idylla Zygfryda”, która bierze na siebie cały ciężar liryzmu ścieżki, oraz wyraźnie dominuje w jej drugiej połowie. Trzeba przy tym zaznaczyć, że Shore niespecjalnie się wysilił, ją aranżując. Zasadniczo wystarcza mu fortepianowa forma, aczkolwiek „End of the Affair”, gdzie temat z „Idylli...” rozpisano na smyczki i klarnet brzmi całkiem świeżo i ładnie prezentuje jego czar.

 

Znaczenie utworu Wagnera zostało jeszcze dodatkowo podkreślone przez umieszczenie na krążku pełnego jego wykonania w aranżacji czysto fortepianowej. Trwa ono aż 32 minuty, czyli zajmuje połowę czasu trwania całości. Trudno powiedzieć, czemu miało służyć takie rozwiązanie. Nie sądzę, aby utwór ten zainteresował w tak dużym wymiarze miłośników muzyki filmowej. Z kolei słuchaczy zaciekawionych nową interpretacją sławnego dzieła znudzi półgodzinny soundtrack. Prawdopodobnie usatysfakcjonowani mogą się czuć tylko wielcy zwolennicy filmu, z otwartymi ramionami przyjmujących pewnie każdą rzecz służącą  za inspirację dla jego twórców. Nie można też zapomnieć o fanach talentu Lang Langa, którego wykonania można na płycie wysłuchać, a myślę, że po „Malowanym welonie” jest ich wśród słuchaczy muzyki filmowej wielu.

 

Jedno jest dla mnie pewnie. Praca Shore’a nie wymagała doklejenia całej „Idylli...”, by zyskać na wartości. Zupełnie nieźle broni się sama. Co prawda sporo jest tu, jak na pół godziny muzyki, nudy, aczkolwiek klasyczna forma podnosi słuchalność nawet średnio interesującego tła. Najbardziej chyba można kręcić nosem, że za mało jest tu Shore’a, jakiego znamy i lubimy. Jego styl mocno się w „Niebezpiecznej metodzie” rozmywa, co niekoniecznie jest wadą, ale może powodować pewien zawód. Nie wszyscy bowiem docenią wartość formalnej zabawy, jaką Kanadyjczyk próbuje zaserwować. Nie stanowi ona jednak zabawy samej dla siebie, jest uzasadniona zarówno treścią, jak i formą filmu. Tam bowiem partytura Shore’a sprawdza się bardzo dobrze. Oryginalny temat nadaje opowieści rytm, a klasycznie zaaranżowany underscore dobrze komponuje się z elegancką konwencją przyjętą przez Cronenberga.

 

Ścieżka dźwiękowa do „Niebezpiecznej metody” należy do specyficznego nurtu w muzyce filmowej, który często towarzyszy produkcjom kostiumowym. Wystarczy przypomnieć sobie „Szaleństwo króla Jerzego”, czy z nowszych tytułów, „Młodą Wiktorię” – to ścieżki oparte na muzyce klasycznej. Tego rodzaju rozwiązanie rzadko spotyka się z większym uznaniem miłośników muzyki filmowej, co nie dziwi, zawsze bardziej pociągające wydają się zupełnie oryginalne kompozycje, zwłaszcza gdy chodzi o tak znaczące nazwisko jak Howard Shore. Po części się z tym zgadzam, siła głównego motywu pozwala sądzić, iż Kanadyjczyk pisząc tę partyturę od podstaw stworzyłby dzieło co najmniej intrygujące. Klasyczne aranżacje intrygują mniej, aczkolwiek w pełni rozumiem decyzję reżysera, by właśnie po nie sięgnąć. „Niebezpieczna metoda” jest zatem ścieżką z pomysłem i została bardzo porządnie wykonana. Znacznie porządniej niż parę ostatnich prac Shore’a, co pozwala przypuszczać, iż ten znakomity kompozytor wraca do formy, czy innymi słowy: rozpędza się przed „Hobbitem”.

Autor recenzji: Jan Bliźniak


CD 1

01.

Burghölzli

02.

Miss Spielrein

03.

Galvanometer

04.

Carriage

05.

He’s Very Persuasive

06.

Sabina

07.

Otto Gross

08.

A Boat with Red Sails

09.

Siegfried

10.

Freedom

11.

End of the Affair

12.

Letters

13.

Confession

14.

Risk My Authority

15.

Vienna

16.

Only One God

17.

Something Unforgivable

18.

Reflection

19.

Siegfried Idyll – Richard Wagner

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 2.75  

DanielosVK 03-02-2012, 14:22

Dobra recenzja, najlepsza jeśli chodzi o tą muzykę. Ciekawi mnie tylko tak niska ocena dla "Only One God", wg mnie jest to bardzo ciekawy utwór.


J.B. 03-02-2012, 22:26

Przyznam, że się nad "Only One God" dość długo się zastanawiałem, ale w końcu przesądziło nadmierne jak dla mnie podobieństwo do stylu Philipa Glassa. Zgoda jednak, utwór w porywach do 4.


DanielosVK 04-02-2012, 01:56

Glass jak Glass, po prostu Shore poszedł w minimalizm, może i nieco glassowskie, ale w czym to przeszkadza? Kretuje naprawdę intrygujący klimat i napięcie, czym zwrócił moją uwagę jako jeden z pierwszych utworów na płycie. :)


Mefisto 22-02-2012, 18:06

Auć! Filmu co prawda jeszcze nie oglądałem, ale wydawnictwo płytowe to zwykła porażka - całe stado króciutkich, jednominutowych smętów, które zupełnie nie angażują, a na koniec dowalone do pieca 30-minutowym popisem Lang Langa. Fakt, parę hmm... chwytliwszych, tudzież ciekawszych, tudzież piękniejszych momentów się trafi, ale generalnie jestem bardziej na nie, szczególnie, że płyta mocno testuje cierpliwość nawet najcierpliwszych.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz