• 007: Die Another Day – remastered and expanded
  • Arthur Christmas
  • Star Wars, Episode VIII: The Last Jedi
  • Brimstone
  • Silence

War Horse

data publikacji: 31/01/2012

Czas wojny

War Horse

"...kuleje..."

Kompozytor: John Williams

Rok produkcji: 2011 / 2012

Wytwórnia: Sony

Czas trwania: 65:26 min.

 

Koń jaki jest, każdy widzi – duże, silne, ładne zwierzę. Dokładnie takie, jak w filmie Stevena Spielberga, który jakimś cudem przetłumaczono na „Czas wojny”, miast „Koń bojowy”, mimo iż ta druga nazwa bardziej pasuje do historii, w której zresztą pada kilkukrotnie. Ładny jest koń, ładny i sam film papy Stefana – bo chyba tylko takim przymiotnikiem można go sprawiedliwie opisać. Nie jest to bowiem ani porywające widowisko, ani chwytająca mocno za serce historia, jakiej długo nie zapomnimy. Ta niepotrzebnie przesłodzona, przeciągnięta i miejscami zbyt pompatyczna laurka ogląda się wprawdzie bezboleśnie, ale koniec końców stanowi jedynie typowy, amerykański ‘eye-candy’ – a więc produkcję z rodzaju ‘dopóki jest na co popatrzeć, dopóty nie ma co narzekać’. A ponieważ film to wizualny cymesik, toteż z tym nie ma kłopotów. Ale czy jest też czego posłuchać?

 

Cóż, tu znowu odwołam się do wspomnianego przymiotnika, którego wspomogę jednakże drugim. Mamy więc ładną muzykę z klasą – taka właśnie jest ilustracja Johna Williamsa. Ale znając dorobek tego wiekowego kompozytora nie powinno to dziwić, a nawet stanowi pewien standard u maestro. O poziom nie ma się zatem co martwić. Gorzej, iż tenże dostosował się do potrzeb filmu. Score Big Dżona jest więc tyleż ładny, a miejscami wręcz śliczny (pięknie delikatny, wykorzystany już w zwiastunie początek „Reunion”, czy perła tej partytury – końcowy, urzekający „Homecoming”, w ogóle liryką „Williams’ Horse” stoi), co przydługi, przedramatyzowany i nawet nie tyle posypany lukrem, co polany miodem. Do tego dochodzi jeszcze wyzierająca ze środka albumu nuda, monotematyczność całości i niemal zupełny brak świeżości względem dorobku mistrza. Tym samym bańka pęka.

 

Jej huk jest jednak większy, niż można by się spodziewać, gdyż to nie płytowa – w gruncie rzeczy całkiem sprawna, a przy tym zachowująca chronologię – prezentacja szwankuje najbardziej, lecz rola muzyki w filmie. Nie do końca jest to co prawda ‘wina’ Williamsa, gdyż, jak wspominałem wcześniej, oddał się on do wizji Spielberga idealnie. Sęk w tym, że dwa główne założenia filmu (a więc radosna przygoda i okrutna wojna) kłócą się ze sobą niemiłosiernie, sprawiając tym samym, że kiksuje także muzyka. Spowodowane jest to głównie tym, iż wszelkie, często przeszarżowane już same w sobie sceny, wyolbrzymia ona jeszcze bardziej, wzbudzając mimowolny uśmiech politowania, nerwowe przewracanie oczami i sprawiając, iż ma się ochotę powiedzieć: „dość!”. Tyczy się to oczywiście tych najbardziej majestatycznych, tudzież ważkich momentów, jak wspomniany powrót do domu w finale, którego ujmującą prostotę nadmuchano do rozmiarów epiki rodem z „Przeminęło z wiatrem” (do którego zresztą stylistycznie mocno nawiązano). Cierpią na tym także wszelkie delikatniejsze nuty, które niemal zupelnie giną na ekranie. Ot, tu coś poplumka („The Auction”), tam porządnie da się we znaki underscore (okropny początek „No Men’s Land”), a jeszcze gdzie indziej zrobi się totalnie nijako („Bringing Joey Home and Bonding”, „Ruined Crop and Going to War”, czy też zupełnie bezjajeczny początek "Seeding and Horse vs. Car").

 

Przypuszczalnie dlatego najciekawiej prezentują się na ekranie wszelkie momenty akcji, których na albumie jest jednak jak na lekarstwo (końcówka „Seeding and Horse vs. Car”, fragmenty „The Charge and Capture” i „The Desertion”). Szkoda jedynie, że w bodaj najintensywniejszej, pełnej różnorakich możliwości scenie całego filmu, Williams robi coś, czego trudno było się po nim spodziewać – sięga do postmediaventurowskiego brzmienia z L.A. (druga połowa „No Men’s Land” to podrasowani „Piraci z Karaibów”)! Choć frajdy z odsłuchu to nie zabija, to jednak niesmak pozostaje. Dziwny to zresztą zabieg, zważywszy, że świeżości i pazura wciąż mistrzowi nie brak – czego dowodem choćby wspomniany, rozpisany na smyczki i dęciaki początek „The Desertion”, którego mogę słuchać bez końca. Dziwna jest również monotonia tej ścieżki. Dziwna, bo choć tematów i barw nie brakuje, to jednak ma się wrażenie, iż w kółko leci to samo. Wszak często wykorzystywany motyw główny – łagodnie otwierający album/film w „Dartmoor, 1912” i wspaniale wieńczący całość pod napisy końcowe w „Homecoming” – jest oczywiście bardzo... ładny, ale ileż można?

 

 

 

Na tym zresztą polega mój największy problem z tą pracą – wydaje się za mało wyrazista. Brak tu jakiegoś pazura, czy też zalążka magii – tego ‘palca bożego’, jaki charakteryzuje większość prac Johna Williamsa. Brak czegoś, co przykuje uwagę na dłużej, sprawi, że latami będzie się pamiętało i chciało wracać do tej właśnie, a nie innej ilustracji. Fani kompozytora będą co prawda i tak wniebowzięci (w końcu piszczeli nawet przy dysonansach „War of the Worlds”), ale ja zmuszony jestem zachować dystans względem „War Horse” (faktyczna ocena tej ścieżki to mocne trzy z mocnym plusem). Jakkolwiek bym się bowiem nie starał, nie potrafię w pełni polubić tej partytury, która chyba już na zawsze pozostanie dla mnie pozycją jednego tematu. Jak na ironię tak samo wspominam poprzedni film wojenny Spielberga, czyli „Szeregowca Ryana”, który, poza nastrojowym „Hymn to the Fallen”, także nie miał melomanom wiele do zaoferowania. O ile jednak surowość, prostota i niejaka hermetyczność tamtej kompozycji wymuszała powaga i ciężkość tematu oraz towarzyszącej mu zadumy, tak tu zwyczajnie się to wszystko jakoś rozmywa. Słowem ładny to koń, ale kuleje...

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

Dartmoor, 1912

02.

The Auction

03.

Bringing Joey Home and Bonding

04.

Learning the Call

05.

Seeding and Horse vs. Car

06.

Plowing

07.

Ruined Crop and Going to War

08.

The Charge and Capture

09.

The Desertion

10.

Joey's New Friends

11.

Pulling the Cannon

12.

The Death of Topthorn

13.

No Man's Land

14.

The Reunion

15.

Remembering Emilie and Finale

16.

The Homecoming

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 4.2  

DanielosVK 31-01-2012, 14:05

Bardzo dobra recenzja, z którą zgadzam się w 100%, chociaż ocenę dają wyższą, maksymalną co prawda dla tej ścieżki. :)


Koper 01-02-2012, 19:21

Ja bym tam naciągnął do 4. Ale Mefi, wiesz, że wystawioną tu notą właśnie wypowiedziałeś wojnę Kargowej? ;);)


Arti 02-02-2012, 20:12

Czas osądzi kto miał rację. WH to wzruszająco-przynudzający score. Trója w porównaniu z innymi pracami na 3 zdaje się tu mocno brutalna, dlatego na przekór sobie 4---


Słowik 03-02-2012, 16:12

Słuchając "Konia" bez zbędnego biadolenia, bardzo mi się ten Williams podoba, właściwie od czasu "Wyznań Gejszy" najbardziej. Fakt, poza filmem lepiej niż w nim, gdzie wskaźnik poziomu kiczu wydaje się zależny od ilości smyczków sunących w danej chwili partytury po strunach instrumentów.


P. 13-02-2012, 23:05

Cudo, arcydzieło, boskość. Trzy gwiazdki to nieporozumienie


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz