• 007: Die Another Day – remastered and expanded
  • Arthur Christmas
  • Star Wars, Episode VIII: The Last Jedi
  • Brimstone
  • Silence

V for Vendetta (recenzja Mefisto)

data publikacji: 13/05/2006

V jak Vendetta

V for Vendetta (recenzja Mefisto)

"...bardzo zręcznie operuje tu napięciem i emocjami..."

Kompozytor: Dario Marianelli

Rok produkcji: 2006

Wytwórnia: Astralwerks

Czas trwania: 51:35 min.

 

"Remember, remember, the fifth of November, the gunpowder treason and plot..."

 

Bezkompromisowa wizja przyszłości (nie)sławnych braci Wachowskich – tym razem oparta na kartach komiksu Alana Moore'a – to według wielu film straconej szansy, który znacznie ustępuje papierowej wersji. Można jednak spokojnie odetchnąć, gdyż nawet jeśli brak tu wielu istotnych elementów, a całość może chwilami irytować swoim ugrzecznieniem w stosunku do oryginału, to jednak film ogląda się znakomicie i pomimo, że oparty on jest głównie na dialogach, to nie ma czasu na nudę. Ot, bardzo sprawne rzemiosło z paroma genialnymi scenami. Trudno powiedzieć, czego spodziewali się lub też obawiali się bracia po tym filmie, skoro zajęli się tylko jego produkcją i scenariuszem, odpuszczając sobie tym razem reżyserię. Powierzyli ją debiutantowi, z którym mieli okazję pracować przy "Matrixach". Podobnie sprawa ma się z kompozytorem muzyki. Nie ma Dona Davisa – jest Dario Marianelli.

 

Może żaden z niego debiutant, ale z pewnością jest to twórca, który dopiero wchodzi do biznesu. Wobec tego trudno się było spodziewać po nim czegoś konkretnego. Przed "Vendettą" zrobił jedynie dwie kompozycje, o których było głośno: "The Brothers Grimm" i "Pride & Prejudice". Miałem okazję słuchać do tej pory tylko tej drugiej, nota bene nominowanej do Oscara za rok poprzedni. Nic nie ujmując pięknej oprawie klasycznego love story, to muzyka Marianelliego spłynęła po mnie zupełnie. Jest naprawdę ładna, ale nie zostawiła na mnie żadnych wrażeń i zapomniałem ją tuż po tym, jak skończyła się płyta. Nie wróży to nic dobrego, prawda? A jednak "Vendetta" okazała się dla mnie sporą niespodzianką. Marianelli może nie stworzył tu arcydzieła i wciąż bardzo daleko mu do największych tuz muzyki filmowej, ale pokazał, że stać go na wiele więcej niż dotychczas. W filmie muzyka brzmi wręcz rewelacyjnie, idealnie podkreślając to, co dzieje się na ekranie. Na płycie wypada trochę gorzej, a czas wybiegający poza godzinę może chwilami nużyć, ale score ten na pewno nie pozostawia słuchacza obojętnym. A to już coś.

Na płycie zawarto wszystkie ważne wątki, sumując je w 10 utworach (nie licząc piosenek, o których potem). Większość z nich jest dość długa, choć zważywszy na długość i strukturę samego filmu, to raczej taki zabieg nie dziwi. Zresztą bardzo dobrze, że nie pocięto tego na wiele krótkich ścieżek, bo wtedy odsłuch takiego materiału zostałby jeszcze bardziej utrudniony. Przeważa action score, często ocierający się o zwykłą ilustrację. Dotyczy to głównie scen akcji – tam muzyka dodawała tylko pikanterii i tak już napiętym scenom. Na albumie może to jednak trochę irytować, żeby nie powiedzieć nużyć. Tym bardziej, że to właśnie te najdłuższe kawałki poświęcono akcji. "Remember Remember", "England Prevails", "The Dominoes Fall" i finał w postaci "Knives and Bullets (And Cannons Too)" to właśnie esencja ekranowych zmagań. Nie ukrywam, że są to zarazem najlepsze utwory na płycie, jak i te, z którymi wielu może mieć problem.

 

Nie wiem, czym Marianelli się inspirował, ale bardzo często przychodził mi na myśl jeden tytuł, a mianowicie "Batman Begins". Wprawdzie kompozytor stawia tu na klasyczną orkiestrę, a nie, jak w przypadku duetu Zimmer-Howard, na elektronikę (choć i ona tu jest), jednakże efekt jest bardzo podobny. Są to utwory bardzo jednolite, surowe, z lekka przygnębiające i ponure. Nie są jednak, podobnie jak i "Batman Begins" (co często słyszę jako zarzut wobec tamtej płyty) wyprute z emocji. Nie, nie – wszystko jest jak należy, "by the book" rzekłbym. Tyle że wpisane w klimat filmu na tyle doskonale, że i poza nim oddaje go aż nadto. Marianelli bardzo zręcznie operuje tu napięciem i emocjami, jednocześnie pozostając obojętnym (a więc nie oceniając, nie obierając żadnej ze stron konfliktu) do tych potyczek. Osoby, które film widziały powiedzą pewnie, że to bzdura, bo w samym filmie dobrze widać, z kim mamy sympatyzować. Ale reżyser swoje, a kompozytor swoje, co w tym konkretnym przypadku na szczęście nie psuje odbioru zarówno filmu, jak i muzyki.

Jeśli zaś idzie o konstrukcję, to są to oczywiście utwory dynamiczne, z idealnie wystopniowanym napięciem. W wielu miejscach odzywa się cała orkiestra, ale kompozytor operuje głównie smyczkami, bębnami i kotłami, czasem dodając do tego fortepian lub doprawiając elektroniką, jak w przypadku "Remember Remember". Występuje ona jednak tutaj bardzo rzadko – i dobrze. Generalnie utwory te są do siebie bardzo zbliżone. W większości przewija się coś na kształt motywu przewodniego, choć moim zdaniem ten film nie ma jakiegoś wyraźnego "Main Theme". Cechą charakterystyczną jest także to, że utwory te bardzo długo, chwilami też bardzo powoli się rozwijają, wybuchając na dobre dopiero w drugiej połowie albo pod sam koniec (rewelacyjna końcówka "Remember Remember"). Wyjątkami są "Remember Remember" (które wymienię już ostatni raz, naprawdę ;) i "Knives and Bullets (And Cannons Too)". Są to zresztą dwie najlepsze sztuki pośród motywów akcji. Szczególnie ten drugi, zamykający płytę i film, robi wrażenie. Już od pierwszej sekundy czuć w nim akcję, a bębny z trąbami wygrywają marsz. Im dłużej trwa utwór, tym lepiej się go słucha. Dynamika wzrasta, dochodzą chóry (często obecne w tle na całej płycie), a wszystko prowadzi do grande finale. I tu Marianelli sięga po pomoc w osobie Czajkowskiego.

 

W filmie jego utwory stanowią ważną część wybuchowej całości. W szczególności właśnie finału, do którego tu piję. Twórcy jako podkład finałowych fajerwerków bardzo trafnie użyli słynnej uwertury "Rok 1812". I to właśnie ona stanowi końcowy fragment utworu "Knives and Bullets (And Cannons Too)". Oczywiście mowa tylko o konkretnym fragmencie, gdyż cała uwertura jest znacznie dłuższa. Tu użyto zaledwie dwóch minut, ale za to tych najbardziej kojarzonych. W oryginale, który dotyczył Wojen Napoleońskich i potyczki Rosjan z Francuzami, jest to fragment obrazujący zwycięstwo tych pierwszych. Tutaj idealnie ilustruje finałowe "bum", które zresztą słyszalne jest w tle. No i dodatkowo jest to przepiękne zwieńczenie płyty.

Zapomniałem wspomnieć jeszcze o tym, że wszystkie powyższe utwory, oprócz tego, że dynamiczne, są też bardzo dramatyczne w swej wymowie. To ważne, bowiem pozostała część płyty to już dramatyzm czystą nutą. Wszak jakieś pokłosie dynamizmu mają fragmenty "...Governments Should Be Afraid of Their People...", "Evey's Story" i "Valerie", ale jest to naprawdę mały ich procent. Marianelli postawił właśnie na dramatyzm i posępność ścieżki. Sporo z tego to, podobnie jak przy dźwiękach akcji, filmowa tapeta, ale są też i takie, które doskonale bronią się poza ekranem kina. Do takich z pewnością należy w/w "Evey's Story" i "Valerie" oraz najpiękniejszy i najbardziej przejmujący kawałek na płycie, jakim jest "Evey Reborn". Tych trzech ścieżek słucha się najlepiej. Jak widać mnie najbardziej ujął ten ostatni.

 

I tu dziwna sprawa, gdyż jest to oczywiście bardzo dramatyczny w swej wymowie track, ale też i jedyny tutaj o jak najbardziej pozytywnym wydźwięku. Pochodzi on z równie niesamowitej sceny, w której bohaterka Natalie Portman pośród kropel deszczu znajduje w sobie wolność i chęć do życia wznosząc ręce do góry – podobnie jak uczynił to Andy Dufresne po ucieczce z Shawshank. Scena piękna i muzyka piękna. Sam utwór nie jest jakoś niesamowicie krótki, ale mi za każdym razem mija zdecydowanie za szybko. Marianelli postąpił tu podobnie, jak Gabriel w "Rabbit-Proof Fence" – a więc przez 2/3 czasu utwór powoli rozwija się i w zasadzie nic się w nim nie dzieje (elektronika narasta, w tle pojawiają się skrzypce i gitara elektryczna). Dopiero na koniec wybucha – w tym przypadku poprzez skrzypce, instrumenty dęte i chóry połączone w jedną wielką pochwalną melodię dla życia (?) i wolności. Naprawdę przepiękny to fragment, który chwyta za serce.

Pozostałe dwa mają już jednak zdecydowanie pesymistyczną wymowę, choć nie brak w nich nut pozytywnych. "Evey's Story" ma w sobie sporo napięcia, w jednym momencie wybucha i dopiero pod koniec możemy usłyszeć bardziej optymistyczne granie. Z kolei bardzo ładna, ponad 8-minutowa "Valerie", to podkład pod historię bardzo ważnej filmowej postaci, a więc początkowy, bardzo dosłowny dramatyzm miesza się z akcją, żeby potem przejść w bardzo ładne klimaty romansu i sielanki, którą znowu przerywają dramatyczne losy. Także bardzo podoba mi się ten fragment. Niby trwa niemal 9 minut, a w ogóle tego nie czuć, gdyż jest naprawdę dobrze wyważony i poprowadzony. Poprzedzający go "The Red Diary" to niemal bliźniacza nuta, tyle, że w całości dramatyczna. Ponad 7 minut powolnego odkrywania bolesnej tajemnicy, cierpienia i tym podobnych, nieprzyjemnych rzeczy sprawia, że jest to najtrudniejszy kawałek na płycie. Gdyby był jeszcze dłuższy i bardziej udramatyzowany posłużyłbym się przykładem Kamena i jego "Discovery of the Camp" z "Band of Brothers", ale na szczęście tu jest nieco lżej ;). Ciekawy jest także utwór "Lust At The Abbey". Dotyczy on motywu z biskupem, a więc już od pierwszych sekund kompozytor kręci się w klimatach kościelnych (wzniosłe, acz odległe męskie chóry w tle + łacina i dźwięk dzwonu). Potem jednak wracamy do poprzedniego tempa i dramatyzmu, tak postaci, jak i następujących wydarzeń...

Oprócz utworów instrumentalnych postanowiono (słusznie zresztą) umieścić też trzy piosenki, jakie w filmie wydobywają się z szafy grającej V. Są to piosenki pełne liryzmu i smutku. Szczególnie przejmująca, choć przepełniona także nadzieją, jest ta ostatnia, czyli "Bird Gerhl". Równie mocno podobały mi się jednak dwie pozostałe, a więc "I Found A Reason" i najsłynniejsza z nich "Cry Me A River". Wszystkie zostały użyte w filmie z pomysłem i rozwagą, a na płycie bardzo dobrze komponują się z resztą materiału. Jedyny zarzut mogę mieć do "Cry Me A River", które po "Remember Remember" (no dobra, wymieniłem jeszcze raz ;) wypada tak jakoś... dziwnie. W filmie, na napisach końcowych, gościła jeszcze kompozycja The Rolling Stones ("Street fighting man"), ale to już byłoby za dużo i jakoś rock mi tu nie pasuje, mimo, iż w kinie pozostawia dobre wrażenie. Tak więc dobrze, że ograniczono się tylko do tych trzech, dość ważnych fabularnie, kompozycji.

I cóż mogę powiedzieć? Widziałem film, płytę przesłuchałem już wielokrotnie. W obu przypadkach nie padam na kolana (poza paroma miejscami, gdzie same mi się uginają), ale jestem pod wrażeniem. Czasem to wrażenie jest mniejsze, czasem większe, ale pozostaje. Będę przyglądał się dalszej pracy Dario Marianelliego, a i do tej płyty wrócę jeszcze nie raz. Solidna pozycja, którą polecam.

 

 

"I know of no reason why the gunpowder treason should ever be forgot..."

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

Remember Remember

02.

Cry Me A River – Julie London

03.

"...Governments Should Be Afraid of Their People"

04.

Evey's Story

05.

Lust At The Abbey

06.

The Red Diary

07.

Valerie

08.

Evey Reborn

09.

I Found a Reason – Cat Power

10.

England Prevails

11.

The Dominoes Fall

12.

Bird Gerhl – Anthony & The Johnsons

13.

Knives and Bullets (and Cannons Too)

Komentarze

Obecnie brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz