• End of the F***ing World, The
  • 07 zgłoś się
  • Highwaymen, The
  • Tom à la ferme
  • State of Play

Ring / The Ring Two, The

data publikacji: 06/11/2011

Krąg / Krąg 2

Ring / The Ring Two, The

"...muzyka ciężka i trudna, ale przy tym piękna, dojrzała..."

Kompozytor: Hans Zimmer, Henning Lohner, Martin Tillman

Rok produkcji: 2005

Wytwórnia: Decca / Universal

Czas trwania: 63:10 min.

 

 

Seven Days

 

Nie, to nie jest kryptoreklama popularnej marki rogalików, ale zapowiedź prawdziwego, rasowego horroru i oprawy muzycznej do tegoż.

 

Day 1

 

Nie od dziś wiadomo, że horror nie jest wyłącznie domeną Zachodu. Szczególnie kultura japońska jest pod tym względem bogata i ma się bardzo dobrze, także filmowo. Potwierdza to, trwająca od wielu lat moda na tamtejsze straszaki, o mokrych, milczących i ciemnowłosych niewiastach, zapoczątkowana przez „Ringu” Hideo Nakaty. Oparta na powieści Koji Suzukiego historia, o tajemniczym nagraniu wideo, które po siedmiu dniach niesie śmierć każdemu, kto je obejrzy, stała się wielkim sukcesem nie tylko w Kraju Kwitnącej Wiśni, ale i na świecie. Na amerykańską odpowiedź nie trzeba było długo czekać, a wystosowało ją, należące do Stevena Spielberga, studio Dreamworks.

 

Amerykański remake japońskiego horroru? Choć słowa te same w sobie mogą straszyć, to jednak nową wersję „Kręgu” można uznać za naprawdę udaną. Odpowiedzialny za reżyserię, znany dzięki cyklowi „Piraci z Karaibów”, Gore Verbinski odwalił kawał dobrej roboty, tworząc własną, przerażającą i pozbawioną nadmiernego epatowania przemocą wizję, która wcale nie ustępuje oryginałowi – tak, jak i on okazała się zresztą sukcesem. Świetny wynik kasowy, jak i uznanie krytyków zadecydowały o nakręceniu sequela. I choć zaangażowano doń samego Nakatę, to drugi „Krąg” niestety nie zachwyca, ani nie straszy już tak mocno. Podobnież zresztą, jak i kontynuacje japońskiego „Ringu”, które lepiej sobie darować.

 

Day 2

 

W sumie ciężko znaleźć coś pozytywnego w sequelu remake’u. Jedynie muzyka trzyma weń ten sam, równie wysoki poziom. A trzeba przyznać, że ilustracja do obu odsłon „The Ring” jest niepokojąca i zakręcona, niczym zawartość przeklętego VHS-a. Muzykę do pierwszej części skomponował Hans Zimmer, zaś Henning Lohner i wiolonczelista Martin Tillman jedynie go wspomagali. Przy drugiej części role odwróciły się, choć tam gros partytury oparto o już istniejące tematy i materiał Zimmera z pierwszego filmu.

 

Day 3

 

Soundtrack do pierwszej części nigdy nie został wydany – po internecie krąży jedynie promocyjny bootleg z ośmioma ścieżkami. Jak on się prezentuje trudno mi jednak ocenić, gdyż kontakt z osobami, które ponoć go słuchały, urywał się zawsze mniej więcej po tygodniu. Zamiast zawracać sobie nim głowę, skoncentrujmy się więc na oficjalnym wydaniu. Zimmer już od dawna twierdził, że materiału muzycznego z pierwszego filmu jest stanowczo za mało, by zasługiwał na osobne wydanie. Dlatego też album ten jest połączeniem ilustracji do obu części. Niestety, nie zadbano w nim o dokładną informację na temat muzyki – książeczka milczy na temat tego, które utwory są z której części i kto za dany kawałek odpowiada. Można się jedynie domyślać, iż pierwsze utwory są autorstwa Zimmera i pochodzą z pierwszego filmu. Zamiast jednak dokładnie analizować, kto i za co jest odpowiedzialny (tu na ratunek przychodzi dopiero strona Remote Control Productions), lepiej skoncentrować się na samej muzyce.

 

Day 4

 

Już trzy dni zajęło mi wyjaśnianie tej całej, technicznej otoczki, a nie uwzględniłem przy tym najważniejszej rzeczy: jaka jest w ogóle sama muzyka? Cóż, na pewno nie jest to soundtrack dla tych, którzy widząc nazwisko Zimmera na okładce, oczekują od razu rozbuchanych, chwytliwych tematów i mnóstwa zabawy. Kompozytor podszedł bardzo poważnie do pierwszej w karierze ilustracji grozy i największy nacisk postawił na odpowiednie dla tego gatunku brzmienie. Album ten do łatwych więc nie należy, choć jednocześnie zalicza się do ciekawszych i inteligentniejszych pozycji w dyskografii Niemca. Cała ścieżka, pomijając symboliczną elektronikę w tle, ma bardzo klasyczne brzmienie, oparte w dużej mierze o instrumenty smyczkowe, połączone z fortepianem i czelestą. Słychać, że spory wpływ na ostateczny kształt tej muzyki miała twórczość estońskiego kompozytora, Avro Pärta („Fratres”), chociaż miejscami można też usłyszeć inspirację „Suspirią” grupy Goblin („The Well” od 6 do 7 minuty, oraz „Before You Die You See The Ring" od 1:35 minuty). Tym samym score ten różni się diametralnie od mocno ambientowej, japońskiej ścieżki dźwiękowej, autorstwa Kenji Kawaia („Ghost In the Shell”, „Sky Crawlers”). Zresztą Kawai pochwalił w jednym z wywiadów, obrane przez Zimmera i spółkę podejście do tej ilustracji.

 

Day 5

 

Na pewno jednym z lepszych utworów jest, otwierający płytę, ponad 11-minutowy „The Well”. To w sumie wizytówka całej muzyki – posiada bowiem wszystko, co w niej najlepsze. Szczególne wrażenie wywiera pięknie zagrany temat na pianinie i – z początku zawodzące, a pod koniec wreszcie agresywne – smyczki. Równie dobrze prezentuje się drugie i niewiele krótsze „Before You Die You See The Ring”. Na specjalną uwagę zasługuje też niezwykle przejmujące „The Ferry”, z przepięknym i jakże smutnym dźwiękiem wiolonczeli. Takie przygnębiające brzmienie dominuje zresztą na płycie, idealnie oddając charakter obu filmów, który udziela się również słuchaczowi – czujemy niesamowity, przepełniony niepokojem i smutkiem klimat.

 

Naturalnie sporo jest tu też underscore’u, przez co niektóre fragmenty po oderwaniu od obrazu robią się mało atrakcyjne i/lub męczące. Tym razem, Zimmer zapomniał bowiem na moment o swoich skłonnościach do epickiego efekciarstwa i skoncentrował się w 100% na roli muzyki w filmie. A ta sprawuje się w nim wyśmienicie, przy czym – w przeciwieństwie do choćby „Kodu Da Vinci”, czy „Incepcji” – nie przytłacza scen swym rozmachem i nie wylewa się z każdego kadru. Przeciwnie – mamy tu często długie minuty ciszy i wytchnienia.

 

Day 6

 

Na odrębną uwagę zasługują cztery ostatnie utwory na płycie, będące remixami wszystkich tematów. Powszechnie uważa się, że odpowiedzialny jest za nie Martin Tillman (choć pewnikiem ktoś mu w tym pomógł...) i są one najbardziej kontrowersyjnym elementem tego wydawnictwa (choć może nie aż tak, jak te z ostatnich „Piratów...”). Nie są to co prawda fragmenty złe same w sobie, a nawet i stylistycznie nie odbiegają specjalnie od reszty albumu, niemniej jednak spokojnie mogłoby ich tu nie być – płyta z pewnością zyskałaby wtedy na spójności.

 

Day 7

 

Te dwie, scalone w jedno ilustracje, to generalnie bardzo ciekawa i niebanalna pozycja, nie tylko względem dorobku kompozytora. Zimmer po raz kolejny udowodnił, jak wszechstronnym i niebanalnym twórcą jest, a przy tym pokazał, iż żaden gatunek nie jest mu straszny. „The Ring/The Ring Two”, to co prawda muzyka ciężka i trudna, ale przy tym piękna, dojrzała, z masą świetnych brzmień i liryką o niepowtarzalnym, dusznym klimacie. Polecam ją więc nie tylko fanom horrorów, ale w ogóle miłośnikom dobrej, ambitnej... zaraz, co to? Dziwne, mógłbym przysiąc, że wyłączyłem telewizor…

 

 

Autor recenzji: Maciej Wawrzyniec Olech


CD 1

01.

The Well

02.

Before You Die You See The Ring

03.

This Is Going To Hurt

04.

Burning Tree

05.

Not Your Mommy

06.

Shelter Mountain

07.

The Ferry

08.

I'll Follow Your Voice

09.

She Never Sleeps

10.

Let The Dead Get In

11.

Seven Days

12.

Television

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 4.08  

DanielosVK 06-11-2011, 02:05

A gdzie się "The Well" na trackliście zapodziało?


Mefisto 06-11-2011, 02:11

No już, cicho :P A z recką się zgodzę w sumie - to solidna muzyka, mocno niezimmerowska, a przy tym niepozbawiona charakterestycznych w sumie dla Hansa elementów. Kiedyś za tą ścieżką nie przepadałem, ale teraz doceniam.


Mystery 06-11-2011, 13:15

Jak na swój gatunek, pozycja to niezwykle oryginalna, nietuzinkowa, a miejscami nawet i ambitna - kapitalne "The Well". Świetna robota Zimmera i spółki, mocne 4 niewątpliwie się należy.


DanielosVK 06-11-2011, 13:19

Btw. "A ta sprawuje się w nim wyśmienicie, przy czym – w przeciwieństwie do choćby „Kodu Da Vinci”, czy „Incepcji” – nie przytłacza scen swym rozmachem i nie wylewa się z każdego kadru." Czy to pisał Wawrzek czy to sprawa jakiegoś ghost-writera? :D


Mefisto 06-11-2011, 19:05

Sam Desplat brał w tym udział :P


Tomasz Goska 07-11-2011, 11:32

Bardzo klimatyczny score. Najczęściej powracam do niego późnymi wieczorami jak kładę się spać... Buduje nastrój przed snem ;)


Fitek 07-11-2011, 13:26

Jak to "do pierwszej w karierze ilustracji grozy"? "Hannibal" był chyba jednak wcześniej.


Nick 07-11-2011, 17:03

Jedna z najbardziej przejmujących kompozycji na swiecie.Czysta perfekcja.


Mefisto 07-11-2011, 19:18

Hannibal nie był pełnokrwistym straszakiem, a i muzyka jest w nim mocno liryczno-romantyczna, że już nie wspomnę o tym, iż jakieś 90% ilustracji nie jest Zimmera :)


Wawrzyniec 08-11-2011, 01:19

Z tymi 90% to akurat przesadziłeś :) Chociaż co do "Hannibala" to pełna zgoda, tym bardziej, że ja sam uważam ten film raczej za thriller niż horror.


Fitek 08-11-2011, 01:39

Oj - a co to znaczy "pełnokrwisty" straszak. W założeniu "Hannibal" był horrorem / thrillerem, i to potraktowanym bardzo serio (tyle że trochę nużącym). A że muzyka liryczno-romantyczna - to akurat nic nie zmienia (zresztą znaczna część partytury do np. Omenu to wariacje lirycznego "Piper Dreams"). Rzeczywiście, na oko zaledwie 70% muzyki z "Hannibala" to kompozycje Zimmera, ale w przypadku "Kręgu" chyba nie jest inaczej.


Mefisto 08-11-2011, 02:17

To znaczy, że Hannibal nie jest straszakiem. Tak - ma parę scen, które w założeniu mają straszyć, ale to także, a nawet w głównej mierze historia kryminalno-miłosna i na podobnym założeniu zbudowano muzykę. Tymczasem Ring jest w resume Zimmera pierwszym prawdziwym horrorem i stworzył on tu jednak więcej muzyki (zakładam tu, że nie mówimy jedynie o albumie, gdzie mamy miks części 1 i 2, a więc i rola Zimmera się nań umniejsza) :)


» Zobacz wszystkie komentarze

Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz