• S.W.A.T.
  • Jane Got a Gun
  • War Machine
  • Monster Calls, A
  • Girl on the Train, The

Silence of the Lambs, The

data publikacji: 03/11/2011

Milczenie owiec

Silence of the Lambs, The

„...meandryczne masy dźwięków...”

Kompozytor: Howard Shore

Rok produkcji: 1991

Wytwórnia: MCA Records

Czas trwania: 57:09 min.

Wśród licznych tytułów w filmografii Howarda Shore’a „Milczenie owiec” należy uznać za jeden z najistotniejszych dla rozwoju jego kariery. Nie dość, że dostał za niego pierwszą w karierze nominację do nagrody BAFTA, to jeszcze otworzył mu drogę na hollywoodzkie salony. Co ciekawe, ścieżka ta cieszy się wśród miłośników muzyki filmowej raczej złą sławą i nie należy do pozycji, które chętnie dodaje się do swojej domowej płytoteki. Warto się jej jednak przyjrzeć, gdyż wbrew pozorom jest to jeden z najciekawszych soundtracków i to nie tylko w samej twórczości Kanadyjczyka.

 

Kłopot z „Milczeniem owiec” objawia się już w pierwszym utworze. „Main Title” rozpoczyna się łagodnie jasnym brzmieniem klarnetu, by zaraz opaść w gęste smyczki – najważniejszą partię instrumentów w całej partyturze. Nie prowadzą one jednak żadnej melodii, tylko suną z wolna naprzód, czasem subtelnie przechodząc z akordu na akord, czasem rażąc atonalnymi dźwiękami. „Main Title” jawi się więc jako utwór niemal eksperymentalny i wystawia słuchacza na estetyczną próbę. Dalej jednak wcale nie jest lepiej, znikają co prawda chropowate zestawienia akordów na rzecz bardziej miękkich, łagodnych przejść, ale pozostaje trudność w odbiorze i wrażenie jakiejś fatalnej pomyłki.

 

O pomyłce jednak nie ma tutaj mowy. Shore świadomie nie konstruuje swojej muzyki w tradycyjny sposób. Właściwie nie ma tutaj tematów, a jedynie meandryczne masy dźwięków rozlewające się po – w większości długich, ponad pięciominutowych – utworach. Masy te są zresztą dość dziwne, w dużej mierze zbyt łagodne jak na ilustrację do thrillera, nie budujące żadnego napięcia, ani dusznej, niepokojącej atmosfery. Jednak jeśli uzbroić się w cierpliwość i spróbować dać się im pochłonąć, potrafią w zaskakujący sposób porwać. Shore bowiem nie opisuje muzyką filmowych zdarzeń, ale w większości utworów prezentuje raczej to, co dzieje się w świecie umysłu i emocji, lecz nie spaczonej psychiki Hannibala Lectera, a dzielnej Clarice Starling. W tej muzyce znajduje się więc strach, traumy i wreszcie determinacja połączona z nadzieją.

 

Nie da się przy tym ukryć, że śledzenie tego wszystkiego jest zdecydowanie niełatwe. Utwory są trudno przyswajalne, tak ze względu na budowę, jak i na długość. Trzymają przy tym bardzo równy poziom. Czasem pewne fragmenty wyraźnie się wybijają, jak mniej więcej połowa „Lambs Screaming” o niezwykle tęsknym wyrazie, waltornia w „Quid Pro Quo” (rozbudowana wersja tej melodii stanie się w 10 lat później dostojnym tematem Gondoru), czy początek wieńczącego płytę „Finale” ze słodką przygrywką na cymbałach – ale są to tylko niewielkie części długich i niejednolitych utworów. Trzeba je zatem wyławiać z rozlewających się w pozornym nieładzie dźwięków – zabawa to żmudna i wymagająca dobrej woli.

 

Przede wszystkim jednak, niekonwencjonalny pomysł na tę partyturę okazał się trafiony w kontekście filmu. Jak niegdyś Bernard Hermann u Hitchcocka, tak teraz Howard Shore u Demme’a buduje skutecznie atmosferę, napięcie i głębię. Ciekawe zresztą, że czyni to muzyką w dużej mierze pozbawioną na płycie tych dwóch pierwszych cech. Rzadko zdarza się, by ilustracja zyskiwała nowy, intrygujący wymiar wyłącznie w kontekście filmu (który zresztą nie zrobił na mnie większego wrażenia), w „Milczeniu owiec” doskonale się to udało.

 

Teraz, gdy na twórczość Howarda Shore’a patrzy się niemal wyłącznie przez pryzmat „Władcy Pierścieni” tak bogatego w nastroje i tematy, ścieżka dźwiękowa do najlepszego z filmów o Lecterze zdaje się dziwacznym kaprysem, w którym czuć już co prawda talent kompozytora do tworzenia utworów o gęstej dźwiękowej konstrukcji na granicy hałasu, lecz brakuje wyraźnych punktów zaczepienia, które nie tylko trwale połączyłyby muzykę z filmem, ale też z pamięcią słuchacza. Paradoksalnie ten punkt zaczepienia jednak istnieje, a jest nim właśnie jego... brak. Obcowanie z tą muzyką przypomina bowiem opadanie w wodną toń – muzyka znajduje się z każdej strony, stale obecna, doskonale odczuwalna, lecz nie sposób jej pochwycić. Nie jest to więc pozycja dla początkujących słuchaczy muzyki filmowej, a i dla tych bardziej zaprawionych może się okazać zbyt ciężkostrawna. Jednak to, iż może się ona nie podobać, nie oznacza, że należy ją lekceważyć. Z perspektywy czasu widać bowiem, iż Hannibal Lecter okazał się dla kariery Howarda Shore’a niewiele mniej istotny od Frodo Bagginsa.

Autor recenzji: Jan Bliźniak


CD 1

01.

Main Title

02.

The Asylum

03.

Clarice

04.

Return To The Asylum

05.

The Abduction

06.

Quid Pro Quo

07.

Lecter In Memphis

08.

Lambs Screaming

09.

Lecter Escapes

10.

Belvedere, Ohio

11.

The Moth

12.

The Cellar

13.

Finale

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 3.75  

Mefisto 03-11-2011, 15:41

Zgadzam się, choć może nie z każdym stwierdzeniem. Mi się na ten przykład podoba gęsta atmosfera, tak dobrze odczuwalna w Main Title - bodaj najciekawszym fragmencie płyty. Ale fakt faktem, iż nie jest to muzyka do słuchania, a bardziej do ewentualnej kontemplacji. Nastrój w niej jest bowiem zabójczy :) Swoją drogą już dawno nie było tak równego wrażeniometru :)


Wawrzyniec 03-11-2011, 22:13

Mnie się "Main Title" też podoba i raczej bym tak nisko go nie oceniał. Muzyka na płycie trochę traci, ale w filmie spisuje się bardzo dobrze. Mimo wszystko mogę się zgodzić z recenzją. A wrażeniometr to ostatnio chyba był tak równy przy recenzji "Princess Mononoke" ;)


DanielosVK 03-11-2011, 22:26

Dobra recenzja, zgadzam się w 100%. Tylko wrażeniometr strasznie z dupy - Main Title, Clarice, Lambs Screaming, Lecter Escapes i przede wszystkim Finale - te utwory zdecydowanie zasługują na wyróżnienie. Bo, wbrew pozorom, są na płycie momenty wybijające się. Tak czy inaczej, recka treściowo trafna - nic dodać, nie ująć. Ode mnie 3,5/5. A że nie ma połówek to po fanboysku naciągnę. ;)


tennese 08-12-2012, 18:35

Przepiękna muzyka. Jedna z najmroczniejszych partytur w historii muzyki filmowej. Od razu wyczuwa się głębie tej muzyki. Wspaniałe tematy i orkiestracje podkreślające mroczne wątki fabuły. Pan recenzent nie potrafi dostrzec głębi tej muzyki. Mnóstwo tematów, wspaniałe wyczucie klimatu filmu, który recenzent nie wyczuł. Każdy z trójki bohaterów ( Clarice, Hannibal, Bufallo bill) ma osobny poświęcony temat. Muzyka godna podziwu. Nie ma sensu wymieniać poszczególnych utworów jako wyjątkowe, bo każdy taki jest. Myślę, że wielu kompozytorów kierowało się muzyką z Milczenia Owiec w swoich późniejszych mrocznych pracach. Ta muzyka to magia.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz