• Man with One Red Shoe, The – Limited Edition
  • Swiss Army Man
  • Born To Be Blue
  • Miss Sloane
  • Hoax, The

Scream and Scream 2

data publikacji: 31/10/2011

Krzyk 1 i 2

Scream and Scream 2

"...zgrabny przekrój przez najlepsze utwory obu części..."

Kompozytor: Marco Beltrami

Rok produkcji: 1998

Wytwórnia: Varese Sarabande / Colosseum

Czas trwania: 29:51 min.

 

Kto i co by o serii slasherów, sygnowanych przez Wesa Cravena nie mówił, to nie ulega wątpliwości, iż jest to kwadrylogia (na chwilę obecną), która mocno zmieniła podejście do gatunku, jak i obrosła dużym kultem. Jest to ciekawe o tyle, iż filmy te stanowią przecież pastisz innych, równie kultowych produkcji grozy, a w miarę rozwoju historii także i samych siebie. Można więc stwierdzić, iż jest to cykl, który bawiąc straszy, a strasząc bawi. Tę zależność świetnie oddaje już sama muzyka...

 

Choć wszystkie cztery odsłony „Krzyku” są wypełnione po brzegi różnorakimi piosenkami młodzieżowymi, to największe wrażenie robi w nich mimo wszystko oryginalna ilustracja Marco Beltramiego. Ten młody kompozytor stworzył tu zresztą swoje opus magnum – muzykę inteligentną, która nie daje się zdominować przez wspomniane piosenki, jak i sam obraz, świetnie go uzupełniającą, tworzącą w dużej mierze jego klimat i bezbłędnie akcentującą wszelkie postaci, twisty, mrugnięcia okiem i fabularne niuanse. Muzykę, która – pomimo całego underscore’u, jaki charakteryzuje przecież większość partytur do horrorów – potrafi żyć własnym życiem.

 

Aby się o tym przekonać fani musieli czekać aż dwa lata na oficjalne wydanie (trzeba pamiętać, iż to wciąż era przedinternetowa). Wcześniej co prawda wydano soundtracki do każdej z dwóch części, z czego jeden zawierał nawet kawałek Beltramiego, ale marne to było pocieszenie. Dopiero po solidnym sukcesie kasowym sequela, Varese postanowiło wydać kompilację obu partytur tego zamerykanizowanego Włocha. I tak, na jednym krążku zawarto wybrane motywy z obu odsłon „Krzyku”. Jest ich bardzo mało, bo zaledwie 15 (z czego 6 przypada na część pierwszą, a 9 na drugą) i są one w dodatku krótkie, a całość zamyka się w niespełna pół godzinie. Zabieg to może i kontrowersyjny, ale przynajmniej otrzymaliśmy zgrabny przekrój przez najlepsze utwory obu części.

 

Album otwiera bardzo ładny i nastrojowy "Sidney's Lament" z części pierwszej – jak sama nazwa wskazuje, jest to zarazem motyw głównej bohaterki, jak i wizytówka całej serii. Rozpisany i wykonany w fomie posępnej kołysanki, temat z łatwością wprowadza nas w stosowny klimat i potrafi zauroczyć. Z oczywistych względów będzie on jeszcze powracał nie raz, w róźnych formach i aranżacjach, z których najciekawiej i najpełniej wypada zamykające daną część "NC-17", gdzie wspomagają go delikatny chór i fortepian. Pierwotny motyw jest jednak bardzo krótki i już po chwili do głośnika dochodzi "Altered Ego". Z początku trudno się zorientować, gdyż zmiana następuje szybko i płynnie, a kolejna pozycja także jest w miarę spokojna... do czasu oczywiście. Potem sprawia, że adrenalina automatycznie się nam podnosi, a napięcie wzrasta. Od tego momentu robi się coraz ciekawiej. Kolejny utwór to także kolejny znak rozpoznawczy i motyw główny filmów. "Trouble In Woodsboro" – bo o nim tu mowa – ma bardzo fajny rockowo-westernowy klimacik, który będąc jednocześnie śmiertelnie poważny, jest również doskonałym przykładem pastiszowego zagrania. Bardzo dobry, ostry kawałek i jeden ze zdecydowanych highlightów płyty, świetnie odnoszący się zarówno do miejsca akcji (małe miasteczko pośród ‘prerii’, jak i lokalnych stróżów prawa). Dynamiczne "Chasing Sidney" również można uznać za temat wiodący, gdyż kładzie podwaliny pod prawie każdą scenę akcji/pogoni z zamaskowanym mordercą w tle. Szybki, ostry i konkretny fragment, pełen bębnów i wybuchów seksji dętej. I na nim można właściwie zakończyć charakterystykę muzyki z "Krzyku".

 

Tu dodam, że przejście pomiędzy obiema częściami jest właściwie wzorowe i gdyby nie odpowiednie adnotacje, to nawet nie szłoby się w tym połapać. Bynajmniej nie znaczy to jednak, iż muzyka z dwójki nie ma nic do zaoferowania (choć oczywiście jedzie na pomysłach z jedynki) – tym bardziej, iż otwierający ją utwór stanowi prawdziwą jazdę bez trzymanki. „Stage Fright Requiem” to udane połączenie znanej już melodi quasi-kowbojskiej i rozbuchanej, wręcz gotyckiej tym razem stylistyki tematu Sid. Prawdziwie epicki temat, który świetnie podkreśla dwie znane zasady kina, czyli „więcej, szybciej, mocniej” i „zaczynamy od trzęsienia ziemi”. Zasadę tę kontynuuje "Love Turns Sour", który wszystkie główne tematy łączy z zegarmistrzowską wręcz precyzją. Z początku bardzo cukierkowy utwór w rodzaju "Birth of a Penguin" Elfmana, z zadziorną gitarką w tle, przeradza się powoli w koszmar rodem ze słynnej, prysznicowej melodii z „Psychozy”, tylko podniesionej do n-tej potęgi na całą orkiestrę i chór. Beltrami ma tu zresztą mnóstwo miejsca, by się wyszaleć, gdyż kawałek trwa niemal pięć minut, co jest ewenementem na tej płycie. Kolejne utwory to już typowo horrorowe połączenie nagłych wybuchów poszczególnych sekcji instrumentalnych z narastającym napięciem i pomysłowymi aranżacjami znanych już tematów. Jest więc na przemian cicho, a potem nagle podrywa nas z fotela i straszy z głośników. Raz jest serio i bardzo dosłownie, a po chwili zaskakuje nas luzackość i beztroska kolejnych rozwiązań muzycznych. Bardzo dobrze słychać to choćby na przykładzie "Deputy for a Friend" i "Dewpoint and Stabbed", w których Beltrami powraca z awanturniczą otoczką, lecz w jakby lżejszej oprawie. Do gitarki dochodzą więc gwizdy, przywodzące na myśl dzieła Morricone lub też łagodne, kobiece chórki, podkreślające wątek romansowy. Podobnież i "Sundown Search", który brzmi bardziej nowocześnie, a przy tym zachowuje otoczkę klasycznych sekwencji odjazdu bohatera ku zachodowi słońca.

 

Czasem co prawda daje o sobie mocniej znać underscore, ale całość nie męczy i nie ma tu miejsca na nudę. Jak więc słychać, mimo braku nowych tematów, Beltrami potrafił stworzyć całą gamę świeżych melodii – równie angażujących i fascynujących, co oryginalne, a przy tym dających jeszcze więcej zabawy. Stworzył muzykę specyficzną i kapitalnie wypadającą w filmie, a przy tym chwytliwą i zwyczajnie fajną. Na tyle fajną, że te pół godziny jedynie pobudziło apetyt wilka na więcej ofia... ekhm owiec. Przy tak bogatym, charakterystycznym materiale płyta od Varesa okazała się w oczach fanów pójściem na łatwiznę, przypominając wręcz jakieś nędzne promo. Przez lata musieli więc zadowalać się różnymi ripami, bootlegami lub po prostu kolejnymi seansami filmów. I bynajmniej nie pomógł fakt, iż w międzyczasie ukazała się kolejna część – album do trójki był bowiem równie skromny, a sama muzyka już nie tak ciekawa i oryginalna.

 

Dopiero niedawno, po piętnastu (!) latach od premiery pierwszej części, Varese zdecydowało się zaprezentować światu wydanie Deluxe, oczywiście w limitowanej edycji dwóch tysięcy egzemplarzy (na dzień dzisiejszy wciąż do kupienia). I, jak to często bywa, magiczna bańka pękła z hukiem. Ponad godzinna kompozycja obnażyła wszelkie minusy partytury i błędy, nieobytego jeszcze wtedy, kompozytora. A ściana underscore’u, pozbawiona zróżnicowania i pomysłowości części drugiej, mocno zabiła jakąkolwiek satysfakcję z odsłuchu – tym samym dobitnie pokazując, gdzie tak naprawdę jest miejsce ilustracji Beltramiego (podpowiedź: duży ekran). Po raz kolejny okazało się więc, iż więcej nie znaczy lepiej. I choć Deluxe Edition bynajmniej nie ujmuje klasy całej kompozycji (a nawet, poza oczywistą oczywistością w postaci lepszego dźwięku, da się tam znaleźć rodzynki, jakich próżno szukać na wcześniejszej edycji – tu polecam dwa giganty: „The Cue From Hell” i „They're Crazy”), to jest zwyczajnie zbyt długi i zbyt męczący, by można go było z czystym sumieniem polecić osobom postronnym. Dla nich, jak i dla każdego, kto szuka po prostu dobrej rozrywki, zdecydowanie lepszym wyjściem jest opisywany tu, ‘biedniejszy’ krążek – co zresztą zaakcentowałem w ocenie, o oczko wyższej względem Deluxe. Choć osobiście mam nadzieję, że Varese pójdzie za ciosem i także część druga doczeka się pełniejszej edycji. W końcu raz kozie...

 

P.S. Tekst ten jest poprawioną i uzupełnioną wersją recenzji napisanej dla portalu film.org.pl

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

Sidney's Lament (Scream)

02.

Altered Ego (Scream)

03.

Trouble In Woodsboro (Scream)

04.

A Cruel World (Scream)

05.

Chasing Sidney (Scream)

06.

NC-17 (Scream)

07.

Stage Fright Requiem (Scream 2)

08.

Love Turns Sour (Scream 2)

09.

Cici Creepies (Scream 2)

10.

Deputy For A Friend (Scream 2)

11.

Hollow Parting (Scream 2)

12.

Dewpoint And Stabbed (Scream 2)

13.

Hairtrigger Lunatic (Scream 2)

14.

Sundown Search (Scream 2)

15.

It's Over, Sid (Scream 2)

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 3.6  

Tomasz Goska 31-10-2011, 22:54

Bidna muzyka, oj bidna. Klasyka oczywiście, ale ciężko wchodzi. Naciągana trója.


Marek Łach 01-11-2011, 00:11

Oj tam .Żadna klasyka :) Od tak poprawne,stylistyczne cwiczenie ;)


ja 01-11-2011, 18:29

na film.org.pl pan Mefisto dał płycie 3, a tutaj 4. Dlaczego?


DanielosVK 01-11-2011, 18:59

Bo my mamy twardą wodę.


Mefisto 01-11-2011, 19:42

Przeczytaj recenzję, to się dowiesz :)


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz