• Sztuka kochania
  • Tortue Rouge, La (Red Turtle, The)
  • Guardians of the Galaxy, Vol. 2
  • Så som i Himmelen (As It Is in Heaven)
  • Sling Blade

Grey Gardens

data publikacji: 28/09/2011

Szare ogrody

Grey Gardens

„...nie da się już nic zrobić lepiej...”

Kompozytor: Rachel Portman

Rok produkcji: 2009

Wytwórnia: Varese Sarabande

Czas trwania: 39:36 min.

 

Rachel Portman nigdy nie jest wymieniana jednym tchem z mistrzami muzyki filmowej. Od wielu lat, mimo Oscara na koncie i wielu znakomitych prac, pozostaje w ich cieniu, zasilając szeregi „wyższej klasy średniej”. Traktuje się ją jako kompozytorkę solidną, ale dość ograniczoną, zamkniętą w pewnym kręgu brzmień, który z rzadka udaje jej się przełamać. Jest w tym dużo racji, jednakże „Szare ogrody”, kompozycja do wybitnego filmu telewizyjnego, powstała po kilku dobrych latach twórczej niemocy, każą jeszcze raz przyjrzeć się dokonaniom Portman, ponownie spróbować je zdefiniować.

 

Podczas słuchania „Szarych ogrodów” można w pierwszej chwili wzruszyć ramionami. To przecież nic nowego, znajome delikatne dźwięki, łagodne tematy, klasyczna orkiestracja. Portman przyzwyczaiła słuchaczy do pewnych środków i na potrzeby tego filmu nie sięga po nowe. Nie ma tu zaskakujących, barwnych utworów jak w „Czekoladzie”, sztandarowym chyba do tej pory dziele Amerykanki. Są właściwie tylko te elementy, wśród których czuje się ona pewnie i którymi potrafi bezbłędnie operować. Liryzm więc budują tu powolnie prowadzone tematy grane na niezawodnym fortepianie, więcej energii dodają żwawe, acz nieagresywne pasaże smyczków. Epicki oddech i emocjonalną siłę kształtuje Portman w najprostszy, możliwy sposób – każąc orkiestrze grać głośniej i zlewając poszczególne instrumenty w taki sposób, by brzmiały bardzo intensywnie.

 

Tematów nie ma zbyt wiele, co zważając na niedługie trwanie ścieżki, jest całkowicie zrozumiałe. Dwa najważniejsze: łagodny i miękki, grany na samym fortepianie i drugi, żywszy, w którym fortepian stanowi jedynie formę ozdobnika pojawiają się w pełni już w „Little Edie on Chair” i towarzyszą słuchaczowi aż do końca w tylko subtelnie zmienianej formie. Fascynującym jest jednak obserwacja jak za ich pomocą, pozostając we właściwej sobie stylistyce i korzystając z dość ograniczonego instrumentarium, Portman potrafi wywołać szerokie spektrum emocji od niepokoju, przez nostalgię, a na gniewie kończąc.

 

Wszystko to już jednak mniej lub bardziej było. Wystarczy przypomnieć sobie „Nazywam się Bagger Vance”, „Wbrew regułom” i wiele, wiele innych ścieżek. Dlaczego zatem należy poświęcić „Szarym ogrodom” szczególną uwagę?

 

Jednym z wyznaczników osiągnięcia przez danego twórcę mistrzostwa jest wypracowanie oryginalnego, rozpoznawalnego stylu. To on odróżnia go w gąszczu naśladowców lub kompozytorów zbyt mało utalentowanych na wypracowanie własnego, muzycznego języka. Portman na swój styl pracowała od dawna, nigdy jednak nie wybrzmiał on w sposób absolutny, nie było w jej karierze ścieżki dźwiękowej, która kompleksowo by go zaprezentowała, a zarazem stanowiącej propozycję dla słuchaczy nieobytych jeszcze z jej muzyką. Nie było, mówiąc najkrócej, ścieżki będącej wybitnym przedstawieniem jej stylu. „Szare ogrody” wypełniły tę lukę. Są one dla Rachel Portman tym, czym „American Beauty” dla Thomasa Newmana, czy też „Gladiator” dla Hansa Zimmera. Jasne, te ścieżki nie prezentują w pełni całego bogactwa twórczości tych kompozytorów, ale stanowią najpełniejszy wyraz pewnego wypracowanego przez nich stylu. W jego zakresie nie da się już nic zrobić lepiej, pójść o krok dalej. Potem można się już tylko powtarzać, albo szukać nowych dróg wyrazu.

 

Stąd właśnie, mimo znajomych rozwiązań, „Szare ogrody” nie wywołują wrażenia wtórności, jakie towarzyszyło kilku wcześniejszym ścieżkom Rachel Portman z „Oliverem Twistem” na czele. Są one wyrazem charakterystycznego, kompozytorskiego stylu, nie braku pomysłów.

 

Trudno zgadywać, jak potoczy się dalej kariera Portman, chociaż późniejsze „Nie opuszczaj mnie” każe patrzeć raczej optymistycznie. Aktualnie jednak „Szare ogrody” stanowią, piszę to bez cienia przesady, jej dzieło życia i nawet jeśli poziom wszystkich utworów jest nierówny, to takie perełki jak „Love Is Divine”, czy nawet króciutkie „Young Edie in NYC” pozwalają szybko zapomnieć o tych mniej interesujących. Należy przy tym zaznaczyć, iż absolutnie nie ma tu utworów schodzących poniżej pewnego, całkiem wysokiego poziomu. W odbiorze nie przeszkadzają także specjalnie wplecione bez pomysłu fragmenty piosenek w wykonaniu Jessiki Lange i Drew Barrymore – rodzaj ciekawostki dla miłośników filmu.

 

„Szare ogrody” powinny być obowiązkową lekturą dla wszystkich, nie tylko tych, którzy od lat zasłuchują się w delikatnej, nastrojowej muzyce Rachel Portman. Nie istnieje ścieżka, za której pomocą pozna się ją lepiej, na jej podstawie można najlepiej ocenić, czy muzyczny styl kompozytorki odpowiada naszym oczekiwaniom, czy też nie. Śmiem wątpić, czy spod jej ręki wyjdzie jeszcze tak udana ścieżka, ale czy nie na tym polega właśnie wejście na szczyt? W którąkolwiek stronę nie zrobisz kroku, będzie on prowadził w dół.

Autor recenzji: Jan Bliźniak


CD 1

01.

Virginia Military Institute Song

02.

Little Edie On Chair

03.

Love Is Divine

04.

Edie Come Home

05.

Cements The Deal

06.

Nobody Stuck Anybody Anywhere

07.

Wedding Jewels

08.

I Might Have

09.

Extraordinary Determination

10.

Your Father's Died

11.

Feet First

12.

Invite You In For Tea

13.

She Was Georgeous

14.

We Belong Together - Jessica Lange, Malcolm Gets

15.

I Won't Dance - Jessica Lange, Malcolm Gets

16.

We Belong Together - Jessica Lange

17.

Young Edie In NYC

18.

Raid

19.

This Will Be Better

20.

All The Luck In The World/Love Is Divine

21.

Trust Has Run Out

22.

Long Leash

23.

Tea For Two - Drew Barrymore

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 4  

Mefisto 29-09-2011, 01:36

No nie powiem, nieźle "dowaliłeś" z oceną. Ścieżka de facto zła nie jest, ale żeby od razu dzieło życia i maksymalna nota dla albumu? Sam nie wiem. Do mnie o wiele bardziej przemawia Never let me go - być może dlatego, że, jak sam nadmieniłeś, nie ma w nim tej wtórności i samopowtarzalności. Grey Gardens jakkolwiek by dobre nie były, są niestety wtórne, a i kłóciłbym się z tym, że jest to opus magnum Portmanowej.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz