• Domino
  • Catch-22
  • Glass
  • Fargo: Year 3
  • John Wick: Chapter 3 – Parabellum

Way Back, The

data publikacji: 13/09/2011

Niepokonani

Way Back, The

„...właściwe do niej podejście wymaga odrzucenia pewnych przyzwyczajeń...”

Kompozytor: Burkhard Dallwitz

Rok produkcji: 2011

Wytwórnia: Varèse Sarabande

Czas trwania: 42:30 min.

Po obejrzeniu „Niepokonanych” miałem poczucie, że Peter Weir zrobił film z ginącego gatunku. Dawno już bowiem nie widziałem produkcji tak humanistycznej w wymowie, tak pięknie opisującego wielkość człowieka. Fakt, że główny bohater jest Polakiem, stanowi solidne wsparcie w pielęgnowaniu naszej narodowej miłości własnej, ale ma drugorzędne znaczenie. Liczy się człowiek w ogóle.

 

Ta szlachetność, przez niektórych krytyków niesłusznie zwana naiwnością, a także prostota całej historii wymagała właściwej oprawy. Pod względem wizualnym są to pięknie sfotografowane pejzaże (współproducentem filmu jest National Geographic), pod względem dźwiękowym oszczędna muzyka Burkharda Dallwitza.

 

Na pewno wśród wielu osób zaskoczenie wzbudziła owa „oszczędność”. Muzyki w „Niepokonanych” nie ma dużo i zwykle jest ona nieangażująca, a przecież, spoglądając na majestatyczne piękno przyrody, niemal słyszy się potężne, orkiestrowe brzmienia. Na szczęście Peter Weir jest reżyserem zbyt inteligentnym i doświadczonym, by pójść tak oczywistym tropem.  Słusznie rozumował, że rozbudowana, potężna muzyka w i tak już pełnym patosu i emocji filmie nie dość, że osunęłaby go w hollywoodzki banał, to mogłaby go wręcz ośmieszyć.

 

Ścieżka dźwiękowa napisana przez Dallwitza składa się więc głównie z minimalistycznych, dyskretnych utworów, w których w równym stopniu korzysta on z żywych instrumentów, co elektronicznych brzmień. Właściwie jedynie w dwóch momentach pozwala sobie na więcej epiki, należy jednak zaznaczyć, iż daleko im do rozbuchania rodem z Fabryki Snów.

 

Mowa tu o sunącym z wolna, majestatycznym „Lake Baikal” i prawdziwej perle w postaci tematu obecnego w utworach „Tibet” i „India” o łagodnym, a zarazem pełnym epickiego oddechu charakterze. Klasa tych melodii nie polega na ich pomysłowości, czy efektownej aranżacji, ale niesłychanej elegancji i wyczuciu. Tak właśnie tworzy się patos bez kiczu, piękno bez ckliwości, siłę bez agresywności.

 

Pozostałe utwory nie wypadają już tak efektownie, co nie oznacza, iż nie są warte uwagi. Sporo tu klimatycznego ambientu, klasycznego, glassowskiego minimalizmu, trochę regionalnych smaczków. Właściwie w każdym, może poza „A Brave Man” i „The Abandoned Temple”, utworze można znaleźć coś interesującego, chociaż bywają i rozwiązania banalne jak w konwencjonalnym „Escape” – jedynym pełnym akcji momencie na ścieżce. Kolejne utwory na płycie pojawiają się w kolejności zgodnej z chronologią filmu, przez co w bliskim sąsiedztwie pojawiają się te same tematy i pomysły („Freedom?” – „Mirages Don’t Have Birds”, „Tibet” – „India”), co może budzić pewne zniecierpliwienie, ma też jednak jedną bardzo ważną zaletę: pozwala prześledzić rozwój muzyki w kontekście rozwoju filmu. Dallwitz postanowił bowiem, iż rozpocznie budowanie warstwy muzycznej filmu od białych, jednostajnych utworów obrazujących ośnieżoną, mroźną Syberię, a z czasem będzie dodawał kolejne kolory. Dla mnie najbardziej wyrazista jest czerń wodnej toni w „Lake Baikal” i piaskowa żółć w „Freedom?”, ale cóż za barwy miał w głowie kompozytor, gdy pisał „Tibet”, tego nie potrafię odgadnąć.

 

Całość zamknięta jest klamrą w postaci minimalistycznego, prościutkiego tematu o zaskakującej sile i niemal hipnotycznym oddziaływaniu. To rozwiązanie było bezpośrednim życzeniem reżysera, który poprosił Dallwitza o skonstruowanie do pierwszej sceny filmu takiej muzyki, którą będzie można z równie udanym skutkiem wykorzystać w ostatniej. Po wielu bezskutecznych próbach napisanie czegoś odpowiedniego, Niemiec odwrócił życzenie Weira. Najpierw napisał utwór do ostatniej sceny, a potem umieścił go w pierwszej. Pasował idealnie.

 

Przy całej mojej życzliwości do tej muzyki jestem świadom jej hermetyczności. Właściwe do niej podejście wymaga odrzucenia pewnych przyzwyczajeń i oczekiwań. Pozostaje bowiem w awangardzie do tego, czym uraczyłoby słuchaczy większość kompozytorów muzyki filmowej. Peter Weir należy do reżyserów świadomych znaczenia i siły muzyki w filmie (któż nie pamięta cudownej fletni pana z „Pikniku pod wiszącą skałą”, czy intrygującej kompozycji Maurice’a Jarre’a do „Stowarzyszenia umarłych poetów”?) i nie mam żadnych wątpliwości, iż jego koncepcja muzyki do „Niepokonanych” jest w pełni trafiona, a Burkhard Dallwitz okazał się jej znakomitym wykonawcą. Chociaż zatem na pewno znajdzie się spora grupa przeciwników partytury Niemca, to sądzę, iż pojawi się równie liczna jej zwolenników. Ja, bez dwóch zdań, należę do drugiej z tych grup.

Autor recenzji: Jan Bliźniak


CD 1

01.

Interrogation

02.

New Arrivals

03.

Plans For Escape

04.

A Brave Man

05.

Escape

06.

Lake Baikal

07.

Freedom?

08.

Mirages Don’t Have Birds

09.

The Abandoned Temple

10.

Water!

11.

Tibet

12.

India

13.

Keep on Walking

14.

Closing Credits

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 3.5  

Mefisto 13-09-2011, 21:43

Zarówno film, jak i muzyka są mocno przeciętne - w obu przypadkach wystarczy jedno słowo: "Alive", i już wiemy, kto górą :) Niemniej Dallwitz napisał jeden naprawdę świetny temat dla tej partytury, do którego bardzo chętnie wracam. Inna sprawa, że z całej płyty wystarczy zapuścić sobie Closing Credits i już można odhaczyć całość, jako przesłuchaną ;)


Ryan 13-01-2013, 20:22

Dobra recenzja. Dla mnie płyta mogłaby składać się tylko z dwóch utworów - Przesłuchania oraz Tybetu :)


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz