• Doctor Strange
  • Miss Peregrine’s Home for Peculiar Children
  • Sing – score
  • Sing – Deluxe Edition
  • Split

History of Violence, A

data publikacji: 03/09/2011

Historia przemocy

History of Violence, A

„...znakomite momenty toną w otoczeniu muzycznych półproduktów...”

Kompozytor: Howard Shore

Rok produkcji: 2005

Wytwórnia: WaterTower Music

Czas trwania: 40:14 min.

Viggo Mortensen przed kamerą, Howard Shore odpowiedzialny za muzykę, opowieść o uniwersalnej walce dobra ze złem... nie, nie, to nie czwarta część „Władcy Pierścieni”, a ekranizacja komiksu Johna Wagnera i Vince’a Locke’a „Historia przemocy” w reżyserii Davida Cronenberga. Ten kultowy twórca opowiedział tym razem historię szlachetnego mężczyzny, o którego upomina się mroczna przeszłość uosabiana przez złowieszczego jak nigdy Eda Harrisa. Główny bohater, Tom, toczy tu krwawy bój nie tylko z rzeszą złoczyńców, ale przede wszystkim z samym sobą. Co ciekawe, obowiązek ukazania jego dychotomicznej natury spadł nie tylko na Mortensena, ale i w dużej mierze na Howarda Shore’a.

 

Temat przewodni filmu, rozbrzmiewający po raz pierwszy w utworze „Tom”, rozpoczynają ciepłe fanfary grane na waltorni, wsparte po chwili miękkim brzmieniem fletu. Gdy rozlega w filmie i na ścieżce dźwiękowej, nie ma się wątpliwości, iż Tom jest dobrym człowiekiem. Dopiero kiedy pod koniec nieco się załamuje, można odnieść wrażenie, iż sielankowy obraz serwowany przez reżysera i kompozytora ma pewne rysy. Włączenie w „Hero” niepokojących akcentów skrzypiec, podpartych jeszcze mrocznymi pasażami całej orkiestry wrażenie zamienia w pewność. Osobowość bohatera na oczach widza i w uszach słuchacza rozpada się na dwoje.

 

Przesłuchując kolejne utwory kompozycji Shore’a, nie mogłem opędzić się od wrażenia, iż ów rozpad natury Toma udzielił się kompozytorowi. Z jednej strony urzeka on prostotą i szlachetnością dźwięków, budzi podziw pomysłowością w opisywaniu za pomocą muzyki postaci i scen, z drugiej zaś bez żenady kopiuje brzmienia z „Władcy Pierścieni” i wykazuje się w zaskakująco wielu momentach kompozytorską bezradnością. Obok utworów dobrych (chociaż nie bardzo dobrych) pojawiają się bezkształtne koszmarki, obok niewątpliwej klasy, toporność.

 

Kompozytor fantastycznie wykreował obraz wciąż, mimo upływu lat, romantycznie zakochanego małżeństwa w utworze „Cheerleader”. Dodał wiele dramaturgii kontrastującej z nim scenie brutalnego seksu na granicy gwałtu w „The Staircase”. Pojawiający tam się motyw towarzyszy mrocznej naturze Toma. Co istotne, nie ma on w sobie agresji, raczej stonowany niepokój i smutek na granicy rozpaczy. Natomiast otwierający ścieżkę „Motel” to jazgotliwa tapeta, chaotycznością zaś razi towarzyszący przełomowej dla filmu scenie „Porch”. Najbardziej mieszane uczucia wywołują jednak masywne, „pierścieniowe” orkiestracje z jednej strony budzące pozytywne skojarzenia, z drugiej zaś niemal ostentacyjnie wtórne. To z ich przyczyny „Historia przemocy” wiele traci na muzycznej osobowości.

 

Kompozycja Howarda Shore miota się więc pomiędzy pomysłowością, a wtórnością - między tym co w muzyce filmowej najlepsze, a tym co kompletnie niepożądane. Znakomite momenty toną w otoczeniu muzycznych półproduktów. W dodatku całość ma raczej powolny, jednostajny charakter. Szybko więc, mimo niedługiego trwania płyty, pojawia się znużenie. Na korzyść Shore’a należy dodać, iż zamknął „Historię przemocy” dwoma udanymi utworami, nieco zacierającymi niesmak, który pojawia się przy odsłuchu kilku wcześniejszych.

 

W kontekście filmu muzyka również wypada dość blado - na pewno dałoby się ją nieco mocniej uwypuklić. Cronenberg nie należy jednak do reżyserów, którzy szczególnie umiejętnie korzystają z muzyki. Temat Toma jeszcze się broni, ale reszta kompozycji pojawia się prawie niezauważenie, znacznie słabiej oddziałując na odbiór obrazu, niż ma to miejsce w późniejszych „Wschodnich obietnicach”.

 

Przyznaję, że miałem wielką ochotę określić „Historię przemocy” mianem nieudanej w karierze Howarda Shore’a, ale byłoby to niesprawiedliwe. Jest tu sporo naprawdę dobrej muzyki, a to, że wiele miejsca zajmuje również zła, nie powinno skreślać całości. Pozorne sprzeczności charakteru Toma okazały się zarazem zgubne i pomyślne dla Shore’a, a stały się kłopotliwe dla słuchacza. Dlatego pewnie ścieżka ta zainteresuje raczej miłośników filmu i/lub kompozytora. Pozostali mogą ją potraktować jako ciekawostkę albo przyczynek do refleksji o tym, jak blisko siebie krążą czasem mierność i talent.

Autor recenzji: Jan Bliźniak


CD 1

01.

Motel

02.

Tom

03.

Cheerleader

04.

Diner

05.

Hero

06.

Run

07.

Violence

08.

Porch

09.

Alone

10.

The Staircase

11.

The Road

12.

Nice Gate

13.

The Return

14.

Ending

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 3.25  

DanielosVK 04-09-2011, 13:41

Niezła muzyka, faktycznie trochę toporna (chyba najmniej oryginalny soundtrack na rzecz Cronenberga), ale ma świetne momenty. Niestety, czasami faktycznie przynudza. Nie zgodzę się jednak, że Cronenberg nie potrafi korzystać z muzyki - wierutna bzdura. Czy pan Bliźniak oglądał jakikolwiek inny film tego reżysera? Ode mnie 3,5.


J.B. 04-09-2011, 14:41

Tak się składa, że owszem i bynajmniej nie dla muzyki, zresztą napisałem, że Cronenberg nie korzysta z niej "szczególnie umiejętnie", a nie, że "nie potrafi", a to spora różnica.


DanielosVK 04-09-2011, 15:56

Z tym też się nie zgodzę.


dziekan 04-09-2011, 17:10

Film bardzo mi sie podobal.Muzyka jest przyzwoita i odgrywa chwilami dosc istotną role.Howard Shore dobrze akcentuje dramaturgie poszczegolnych scen.Zwlaszcza scene seksu na schodach i koncowa sekwencja powrotu do domu glownego bohatera,w ktorej muzyka wyraznie podkresla,że nie ma w tej historii happy-endu.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz