• Ted Lasso: Season 2
  • Dune: Part One
  • Dune - Sketchbook
  • 11.22.63
  • Night Of, The

Pirates of the Caribbean: At World's End

data publikacji: 06/06/2007

Piraci z Karaibów: Na krańcu świata

Pirates of the Caribbean: At World

"...właśnie takiego Hansa uwielbiają masy..."

Kompozytor: Hans Zimmer

Rok produkcji: 2007

Wytwórnia: Walt Disney Records

Czas trwania: 55:57 min.

Hollywoodzcy magnaci wróżyli "Piratom z Karaibów: Klątwie Czarnej Perły" (2003) spektakularną klapę – mówili: na piratach już nikt nie zarobi, ich przygody są reliktem przeszłości. Tylko jeden człowiek wywęszył sukces i zdecydował się wyłożyć niebanalny budżet, znany producent takich filmów jak "Twierdza" czy "Pearl Harbor", Jerry Bruckheimer. I nie pomylił się, obraz dosłownie zrewolucjonizował kino przygodowe, a tłumy waliły na pokazy, niczym sci-fi-maniacy trzydzieści lat temu na "Gwiezdne wojny" Lucasa. Przygody Jacka Sparrowa i jego łotrzykowskiej kompanii musiały doczekać się kontynuacji, bo jak to w Fabryce Snów bywa, żadne gorące żelazo nie ostygnie bez kucia do granic możliwości. Trzy lata później, swoją premierę miała "Skrzynia umarlaka", a w tym roku – "Na krańcu świata". Niestety to już nie to samo.

Ścieżkę dźwiękową do pierwszej odsłony "Piratów z Karaibów" skomponował Klaus Badelt – jeden z bardziej utalentowanych protegowanych Hansa Zimmera z nieistniejącego już Media Ventures. Jego score był dla wielu sztandarowym przykładem początku końca prawdziwej muzyki filmowej. Wtórne samplowane tematy, jakby żywcem wycięte z wcześniejszych dokonań panów z MV, brak korsarskich motywów i zagadkowa działalność Zimmera, jako producenta soundtracku... Do tej pory niewiadomo kto i ile tak naprawdę się nad tą partyturą napracował – wystarczy spojrzeć na niekończące się listy nazwisk pod dopiskiem "muzyka dodatkowa" – i to na okładkach wszystkich trzech płyt. Dla wielu osób, w tym niżej podpisanego, muzyczna "Czarna perła" to przykład doskonałej rozrywki, świetnie sprawdzającej się w filmie i nieco (tylko nieco) gorzej na płycie. To najzwyczajniej w świecie "hicior", który po dziś dzień świetnie się sprzedaje (!). To właśnie potęga przebojowego Zimmera (a co za tym idzie, jego milusińskich), któremu muzyka filmowa zawdzięcza niesamowite spopularyzowanie.

Jednakże, po zmianie kompozytora na mistrza, poziom – ku zaskoczeniu niejednego fana – spadł, i to znacznie. Badeltowi przy wszystkich zarzutach, trzeba oddać bezpretensjonalną zabawę. To co popełnił Zimmer przy okazji "Skrzyni..." nie ma nic wspólnego z rozrywką nie roszczącą sobie praw do niczego więcej, niż jest w rzeczywistości. Pseudoartystyczne, dramatyczne zapędy Niemca skończyły na mieliźnie i nawet świetne tematy jak "The Kraken", czy "Davy Jones", oraz odejście od nachalnej elektroniki na rzecz żywszej, choć nadal podrasowywanej elektroniką orkiestry, na niewiele się zdało. Słuchało się tego po prostu nie najciekawiej. Stąd obawy o jakość "Na krańcu świata" wydawały się być bardzo uzasadnione. Tym większe, pozytywne rozczarowanie, bo oto Zimmer napisał ścieżkę naprawdę dobrą, nie pozbawioną naturalnie wad – często będących znakiem firmowym Niemca – ale jednak łączącą w sobie największe zalety poprzedniczek ze słuchalnością i przebojowością jedynki oraz technicznym poziomem dwójki na czele. Po wielu latach przerwy w pisaniu wartościowej muzyki akcji, Zimmer wraca ze zdecydowanie najlepszą muzycznie odsłoną pirackiej serii.

Pierwszy mój kontakt z tą muzyką miał miejsce przy okazji oglądania filmu Verbinskiego, więc i od podsumowania tego doświadczenia rozpocznę. I... jest tak sobie. Kompatybilność partytury Zimmera z obrazem jest, co tu dużo mówić, nienajlepsza. W scenach akcji bombastyczność najzwyczajniej w świecie zaczyna męczyć. Wszędobylski patos w połączeniu z chlustającą na lewo i prawo wodą karaibskich mórz, trzaskającym drewnem i zgrzytem krzyżowanych szabelek ma prawo zirytować – szczególnie w ostatnich, długaśnych sekwencjach (widowiskowej skąd inąd niezwykle) bitwy w centrum Maelstromu. Ilustrujący ją tematyczny kombos, trwający ponad dziesięć minut ("I Don't Think Now Is The Best Time") znacznie lepiej wypada na płycie. W "Klątwie Czarnej Perły" także nie brakowało pompatyczności, ale dzięki wywarzeniu scen bitewnych i tych bardziej kameralnych, w żadnym razie nie miało prawa widzowi to przeszkadzać. Tutaj za jednym zamachem serwuje się nam muzyczne i wizualne wzniosłości roku. Chyba gorsze pod tym względem było tylko "300".

Na szczęście słuchanie score’u Zimmera, traktując go jako dzieło autonomiczne, same sobie, to już tylko przyjemność. Wspomniane "I Don't Think Now Is the Best Time" jest tego doskonałym przykładem. Kompozytor serwuje nam tym utworem podróż po najważniejszych tematach, tak z tej części, jak z poprzednich, nadając wszystkim jeszcze bardziej epicki wymiar. Z pewnością miłośnikom subtelności, niesłyszalnego tła, albo wyrafinowanych orkiestrowych brzmień Johna Williamsa, nie przypadnie ten zabieg do gustu, ale każdemu, kto przepada za pełną rozmachu muzyczną epiką i melodyjnym action sporem, wręcz przeciwnie. Tym bardziej, że niewielu jest twórców muzyki filmowej, którzy w ten sposób budują ilustracje pod sceny akcji – dodać należy – udanie. Chyba tylko David Arnold (swoje pierwsze dwa Bondy, czy Muszkieter), Harry Gregson-Williams ("Opowieści z Narnii"), lub ewentualnie Patrick Doyle ("Eragon").

Te niemalże jedenaście minut akcji z "I Don't Think Now Is The Best Time" to w "Na krańcu świata" oczywiście nie wszystko. W zasadzie wieńczące płytę ostatnie trzy utwory to nieprzerwany action score, mieszający tematy całej trylogii... a nawet innych partytur Zimmera. "One Day" przykładowo to mix "Piratów z Karaibów" i "Króla Artura" – zapożyczenie z tego drugiego jest wręcz nachalne, co skutecznie przypomina nam, że Hans mimo swoich eksperymentów, nadal jest tym samym Hansem lubiącym czasami pójść na łatwiznę. Z kolei w "Drink Up Me Hearties", będącym równocześnie finałem filmu i ścieżki dźwiękowej, kompozytor sprytnie wplótł tradycyjny już dla serii temat z pierwszej odsłony losów kapitana Sparrowa, niezapomniany "He’s a Pirate" Badelta. Utwór rozpoczyna napisy końcowe we wszystkich trzech filmach, co stanowi miłe dla ucha, symboliczne spoiwo całości.

Action score ma tu też jedną wielką zaletę, dzięki czemu nawet zrzyny z "Króla Artura", czy przewijające się gdzieniegdzie inspiracje "Batman: Początek" wypadają ciekawiej niż oryginalne partytury. Mowa o orkiestracjach. Zimmer w wielu wywiadach podkreślał, że cały materiał jest żywy, że nie ma tu mowy o inwazji elektroniki. I rzeczywiście, to się słyszy. Naturalnie brzmienie zostało nieco poprawione, co zapulsowało na dynamice całości, ale stricte elektroniczne brzmienie dociera do nas tylko w utworze "Multiple Jacks" – zresztą jednym z gorszych momentów płyty, mocno zapatrującym się w Gregson-Williamsa i jego styl. Poza tym jednak, przez cały czas mamy do czynienia z pełnokrwistą orkiestrą, której zadania rozpisał cały sztab orkiestratorów z nieśmiertelnym Brucem Fowlerem na czele. Chyba nigdy, w przeciągu wieloletniej współpracy z Niemcem, nie udało mu się zrobić orkiestracji równie wyrazistych. Początek "One Day" brzmi o niebo lepiej niż motyw w samym "Królu Arturze", a mimo bombastycznej, zmasowanej kawalkady instrumentalnej w "I Don't Think Now Is The Best Time", słuchacz nie powinien mieć problemów z rozróżnieniem brzmienia każdego instrumentu. To dziwne i wspaniałe, że Bruckheimer przy całym swoim zamiłowaniu do elektroniki, w ogóle na to pozwolił.

Ale "Na krańcu świata" to nie tylko świetne orkiestracje, ale i najlepsza z trylogii baza tematów. Na pierwszy plan wysuwa się tu motyw miłosny, pojawiający się w filmie w bardziej emocjonalnych scenach, którego jednak żaden z utworów nie obejmuje w całości. Jego składowe pojawiają się w niemal wszystkich kompozycjach i tylko na napisach końcowych możemy odsłuchać go w pełnej okazałości. Słyszymy go przede wszystkim w "At Wit's End" (gdzie przewija się znana z dwójki pozytywka Davy Jonesa), "Up is Down", "I See Dead People In Boats", oraz w "Drink Up Me Hearties", ale jego pomniejsze fragmenty przewijają się niemalże wszędzie, nawet w "I Don't Think Now Is The Best Time" czy "Parlay". Biorąc pod uwagę jak różne są to kompozycje, jak różne ilustrują sytuację, można tylko przyklasnąć Zimmerowi za to jak uniwersalne tematy umie pisać. Takie "Up Is Down" chociażby – rozpoczynający się kapitalnym, rytmicznym ostinato na skrzypce, do którego z czasem dochodzi zawadiacki bas, a dalej sekcja dęta, by w końcu utwór rozbrzmiał pełną orkiestrą. To jeden z niewielu utworów tak dobrze pasujących do filmu, w tym wypadku, udanej próby... obracania statku masztem w dół!

Kolejne ciekawe tematy to "Singapure" (kłania się "Ostatni samuraj") oraz "Parlay" (a tu "Pewnego razu na dzikim zachodzie"), w których pojawia się jeden wspólny motyw przypisany do lorda Becketta (jednego z czarnych charakterów). Ten pierwszy utwór to czerpiący pełnymi garściami z klimatów orientalnych, potężny action score, który i tak w porównaniu z wersją z filmu jest znacznie okrojony. Otwierają go azjatyckie powolne instrumenty dęte, ale jakby ospały wstęp to tak naprawdę przyczajony tygrys, który po minucie uderza z potężną siłą waltorni, szybko niestety tracąc ze swojej etnicznej otoczki. Ta wraca dopiero, gdy na chwilę utwór się uspokaja, mamy wtedy szansę posłuchać tematu Sao Feng’a wygrywanego na chińskie cymbałki. Finał "Singapure" to już temat Jacka Sparrowa dobrze nam znany z "Klątwy Czarnej Perły". "Parlay" to natomiast udany hołd dla maestro Ennio Morricone i jego ilustracji do spaghetti westernów z charakterystycznymi "krótkimi" smyczkami, starymi gitarami i zawodzącą harmonijką. Jakby zaraz w kadrze miał się pojawić Charles Bronson. Co ciekawe na gitarze gra tutaj sam reżyser filmu – Gore Verbinski.

Na koniec pozostawiłem sobie słowo o zakazanej pirackiej pieśni, która pojawia się w prologu "Piratów...". Prowadzeni na śmierć więźniowie, którym postawiono zarzut wspierania piractwa, na znak niezłomności, zaczynają śpiewać powolną, lecz wzniosłą piosnkę "Hoist the colours". Rozpoczyna się ona od ponurych uderzeń perkusji, później młodego, chłopięcego głosu, któremu z czasem zaczynają towarzyszyć wszyscy skazańcy oraz uderzane rytmicznie łańcuchy, do których są przykuci. Aranżacja tego utworu, który Zimmer skomponował wspólnie z reżyserem, pojawia się jeszcze w Singapurze, gdzie nuci ją bohaterka grana przez Knigthey, której w tle przygrywa nakręcana chińska pozytywka (co nie znalazło się na płycie), oraz przed wielką bitwą, gdzie chórowi wtóruje potężna symfonia – "What Shall We Die For". Muzyczna definicja patosu.

Tego wszystkiego jest tu jeszcze znacznie więcej, a odkrywanie nowych smaczków sprawi niejednemu radochę. Ale chociaż całość niezaprzeczalnie porywa, jest tematycznie bogata, a technicznie stanowi dla Niemca postęp, to trzeba pamiętać, że niewiele tu oryginalności. Score Zimmera za często też wchodzi w kłótnie z obrazem. Odnoszę jednak wrażenie, że właśnie takiego Hansa uwielbiają masy, tak laików, jak i miłośników muzyki filmowej. Wesołego, ale i smutnego, przygodowego i wzniosłego, a nawet trochę dramatycznego. Po prostu, zimmerowatego.

Autor recenzji: Jakub Kośla


CD 1

01.

Hoist The Colours

02.

Singapore

03.

At Wit's End

04.

Multiple Jacks

05.

Up Is Down

06.

I See Dead People in Boats

07.

The Brethren Court

08.

Parlay

09.

Calypso

10.

What Shall We Die For

11.

I Don't Think Now Is the Best Time

12.

One Day

13.

Drink Up Me Hearties

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 3.78  

DanielosVK 22-08-2011, 01:58

Pełna zgoda, najlepszy score z serii.


Orzech 23-08-2011, 15:46

Również zgadzam się z recenzją. choć ciut za mało w tym świeżości i zbyt dużo podobieństw do innych score'ów Hansa. Czekam na recenzję muzyki z 4. części.


Mefisto 23-08-2011, 16:19

4 część to akurat kupa - i to taka, że chyba nikomu się nie będzie chciało recenzować :) W każdym razie Kuba na pewno się tym nie zajmie.


Bloo 15-01-2012, 23:36

Ja jednak mam nadzieję na recenzję czwartej części, choć nie dziwię się, że chęci brak, bo prócz fenomenalnego - mym skromnym zdaniem - i trochę Oldfieldowego "Mermaids", nic poruszającego na tym soundtracku nie ma. Ale, wracając do "Na krańcu świata" - uwielbiam tę ścieżkę dźwiękową, jej dynamikę, emocjonalność i chwytliwość. Fakt, że spisuje się świetnie na ekranie i na płycie. Że jest dopracowana i działa na wyobraźnię. Stawiam pięć, bo sześć nie można ;) Po "Incepcji" to najlepsza muzyka, jaką uraczył mnie Zimmer.


Brian 12-05-2012, 17:44

No to kiedy panie Kośla recenzja czwartej części?


Mefisto 12-05-2012, 19:33

Takie prośby to raczej bezpośrednio na maila do autora - Jakub już od jakiegoś czasu nie pisze recenzji, więc może na specjalną prośbę się uda ;) Poza tym część czwarta to dno i w sumie nie ma tam co opisywać :)


Brian 13-05-2012, 10:15

W sumie jak się powiedziało A recenzując poprzednie części to raczej powinno się powiedzieć B i dokończyć sprawę.


M/M 08-06-2012, 14:38

Według mnie najlepsza część ze wszystkich dostępnych score. Wracam do niej ciągle i nigdy nie mam dosyć:)


bzyczek881126 23-01-2014, 20:04

zdecydowanie najlepszy score z całej serii. Hans w pełni sił :) uwielbiam tego kompozytora. One Day i At Wit's End wymiatają :)


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz