• Lion
  • Magnificent Seven, The
  • Se7en – Collector's Edition
  • Sausage Party
  • Moonlight

Crimson Tide

data publikacji: 10/06/2007

Karmazynowy przypływ

Crimson Tide

"...niepodważalna uczta dla uszu..."

Kompozytor: Hans Zimmer

Rok produkcji: 1995

Wytwórnia: Hollywood Records / Edel / Polydor

Czas trwania: 60:17 min.

Film "Karmazynowy przypływ" w tematyce "podwodnej" stoi zaraz za "Polowaniem na czerwony październik" i niemieckim "Okrętem". Oczywiście nie ma tu mowy o jakimś nadzwyczajnym realizmie, w tej kwestii niedościgniony pozostaje nadal ten ostatni. Już fabuła wymaga sporej wyrozumiałości, a to, co dzieje się pod wodą, fachowców pewnie przyprawia o ból głowy. Niemniej obraz reżysersko-producenckiego duetu Tony'ego Scotta i Jerry'ego Bruckheimera jest jednym z najlepszych w swoim gatunku, a rzesze fanów na samo hasło "Crimson Tide" robią maślane oczy i myślą, kiedy by znów przypomnieć sobie swoją ulubioną produkcję. Wpłynęła na to nieziemsko kapitalna obsada na czele z Denzelem Washingtonem i Genem Hackmanem grającymi dwójkę głównych bohaterów – protagonistów, których początkowy wzajemny szacunek przeradza się w prawdziwą wojnę poglądów i charyzmy. Ale także żwawa narracja i świetna atmosfera towarzysząca klaustrofobicznemu zamknięciu i poczuciu, że "gdzieś tam jest wojna". Dla nas jednak, maniaków muzyki filmowej, z "Karmazynowym przypływem" kojarzyć się będzie przede wszystkim, już chyba na zawsze, jedno z największych dzieł, jakie wyszły spod szyldu Media Ventures. Score Hansa Zimmera (no, z małą pomocą Nicka Glennie-Smitha... ale to raczej nie dziwi).

Zanim użyłem określenia "dzieło" musiałem przystanąć na chwilkę i się zastanowić. Takie słowo zobowiązuje, wręcz wymaga dalszego wystawienia maksymalnej oceny i rzucenia hasła "absolutny must have" na końcu recenzji. A tu, gdy spojrzy się w górę, czarno na białym – 4 nutki. Dlaczego? A dlatego, że niestety, serce przegrywa z dziennikarską rzetelnością (nie pierwszy raz zresztą...). Zimmer bowiem na potrzeby filmu Scotta napisał temat przewodni zaliczany do najlepszych lat 90, kilka kapitalnych odpowiadających głównym bohaterom, oraz garść świetnych aranżacji, ale zaprawa, jaka znalazła się między cegiełkami przyprawia niemal o ból głowy. Mowa oczywiście o underscorze. Co ciekawe, choć na płycie niemal morduje słuch, to w połączeniu z obrazem sprawdza się wręcz wyśmienicie, niejednokrotnie przejmując główną rolę w wywoływaniu emocji u widza. W niczym nie odbiega od typowego dla kompozytora stylu. Można rzec, że jest wręcz sztampowy w konsekwentnym, niemal upartym powtarzaniu wciąż tego samego, króciutkiego motywu. W tym kontekście najgorzej wypadają dwa przeogromne utwory. Najdłuższy "Alabama" jest też najgorszym na płycie, trwa niemal 24 minuty! To połowa czasu trwania przeciętnie wydanego soundtracku – porażające. Tym bardziej, że drugi, "ISQ" jest tylko (sic!) o sześć minut krótszy.

Na szczęście ten przeszło 40-minutowy, materiał to nie tylko pulsujący, elektroniczny koszmarek (choć perfekcyjna rytmika może robić wrażenie), ale i kilka ciekawych tematów, których jednak wyłapanie wymaga nie lada skupienia. Monotonność zimmerowskiego underscore'u na tej płycie powoduje, że słuchacz zaczyna się wyłączać i odlatywać gdzieś myślami. Łatwo między innymi przeoczyć ciekawie wykonany main theme przez chór męski ("Alabama"), czy częstsze wzbogacanie motywu o perkusję ("1SQ"). Na szczęście oba kończą się "wielkim przebudzeniem" w postaci monumentalnego fragmentu tematu przewodniego, więc to co następuje dalej, na pewno nie umknie niczyjej uwadze.

Przejdźmy więc do tego, co zdecydowanie najważniejsze. Temat główny, którego przedsmak fani Zimmera mieli już w "Ognistym podmuchu", w "Karmazynowym przypływie" zyskuje takiej mocy, że przy głośniejszym odsłuchiwaniu można z kapci wyskoczyć. To właśnie ten motyw stał się kanwą dla wszystkiego, co dalej napisał kompozytor. Kultowa "Twierdza", czy "Tajna broń", a nawet bohaterski walc z "Gladiatora" Ridley'a Scotta. Hymn - bo tak w zasadzie można go określić - poznajemy już w pierwszym utworze "Mutiny". To w zasadzie taka miniaturowa (9 minut to oczywiście niemało, ale w porównaniu z wyżej wspomnianymi kolosami, cóż...) suita, która prezentuje nam największe skarby soundtracku. Najpierw powoli rozgrzewa się wprowadzając nieco "przymulony" chór – wspomagany ukochanymi przez Niemca syntezatorami imitującymi różne, często nieartykułowane dźwięki, by w końcu po dwóch minutach zafundować nam militarystyczny solowy wstęp wykonany przez Malcolma McNaba na trąbkę - notabene, w filmie przypisany jest on bohaterowi Washingtona. Dalej następuje instrumentalna eksplozja zwiastująca moc, jaka czyha tuż za kolejnym taktem – zanim jednak przejmie utwór, Zimmer funduje nam krótką melodię na gitarę. Podobne zagranie, kompozytor nie tylko sam często stosuje, ale też wpoił je swoim podopiecznym z Media Ventures: rozwinięcie, uderzenie, pauza, potężna końcówka (vide "K-19"). Około czwartej minuty "Mutiny" przeradza się w absolutnie jeden z najbardziej bombastycznych utworów w dziejach muzyki filmowej, on aż epatuje patosem i siłą. Niezwykle bohaterski i dominujący ponad wszystkim, co jeszcze usłyszymy na płycie.

Podobnie jak Basil Poledouris w "Polowaniu na Czerwony Październik", Zimmer wykorzystał w swojej partyturze chór, który jednak z racji tematu filmu nie wykonywał swoich partii po rosyjsku. Biorąc pod uwagę, że Poledouris kazał Amerykanom śpiewać w tym języku, stawia utwory Zimmera w tym kontekście nawet wyżej. Szczególnie niesamowicie sprawdza się "Little Ducks", gdzie pełny męski chór wykonuje starą pieśń "Eternal Father Strong to Save". Prawdziwą chóralną perełką jest jednak ostatnia pozycja na trackliście, "Roll Tide", będąca chyba najlepszym zwieńczeniem, jakie Zimmer mógł stworzyć na potrzeby filmu - słyszymy utwór w ostatnich scenach na okręcie - i soundtracku. Pełne rozwinięcie tematu przewodniego okraszonego wspaniałym chórem i świetnym finałem w postaci wcześniej wspomnianej pieśni. Niepodważalna uczta dla uszu. I tylko żal cztery litery ściska, że przeszło godzinę muzyki podzielono na jedynie pięć utworów, z których sporą część stanowią underscore'owe wstawki, a do kolejnych aranżacji main theme trzeba przedzierać się przez 20-minutowe olbrzymy. I pomyśleć, że istnieje jeszcze wydanie complete...

Autor recenzji: Jakub Kośla


CD 1

01.

Mutiny

02.

Alabama

03.

Little Ducks

04.

1SQ

05.

Roll Tide (zawiera hymn Johna Dykesa "Eternal Father Strong To Save")

Komentarze

Obecnie brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz